Dnia dzisiejszego, roku pańskiego, miałam bardzo kiepski dzionek, a przecież wiele gorszego może się jeszcze stać. Północ nie wybiła, noc nie zapadła, dzień jeszcze się ciągnie.
Jakoby zostałam dzisiaj delikatnie zmuszona do sprzedaży własnego samochodu, a tak zgodnie z własnym sercem i duszą prawie do przekazania go w formie darowizny...
Dziwna sprawa.
Na ten moment samochód stoi jeszcze w garażu, decyzja sprzedaży została odroczona, ale bez żadnego entuzjazmu a nawet odrobiny zrozumienia więc obawiam ze że to chwilowa cisza przed nadchodzącą burzą, jaka się dopiero rozpęta.
I na tą chwilę raczej chciałabym pominąć kwestię znalezienia się przeze mnie w tym miejscu i w tej czasie. Nie czuję się na tyle silna, żeby próbować wysilać się na zachowanie obiektywizmu czy zdrowego dystansu.
Ale za to cały czas próbuję przekonać siebie samą do merytoryczności i skalkulowanej logiczno-matematycznej racji mojej argumentacji, choć serce rwie się z krzykiem i łzami żeby takim ludziom auta nie sprzedawać bez względu na cenę.
Mamy takie czasy jakie mamy, stare jeżdżące auta zalewają nas z zachodu, a ich wartość rynkowa bywa niemalże śmieszna. Bywa że cena roweru jest wyższa niż przeciętnego autka "trupka" na chodzie. Nienajgorsza sytuacja może dla kupującego, ale w tej chwili ja znajduję się po drugiej stronie barykady zatem moja perspektywa jest zdecydowanie inna.
I czas na fundamentalne pytanie: czy opłaca się sprzedawać osiemnastoletnie auto z małym przebiegiem, zachowane "w bardzo dobrym stanie jak na swój wiek" (co zostało wypowiedziane podczas okresowego badania), zatankowane prawie do pełna (co jest istotną informacją, gdyż nastały takie czasy, że pełen bak może istotnie podnosić wartość pełnoletniego, czy zbliżającego się do pełnoletności samochodu), z opłaconym na kwartał ubezpieczeniem, świeżo po badaniu, z nowiusieńkim akumulatorem i historią prawie bez drobnych napraw za 2.200 złotych???!!!.
Sam akumulator i paliwo to już 400 złotych, o kwartał ubezpieczenia nie będę się czepiała.
Są jeszcze w domu dwa auta, lepsze, nowsze. Ba, jak Peugeot można nawet próbować porównać z BMW. Dobrze, rozumiem, wiem.
Ale użytkowników też jest trójka, zadupie do dojazdów, żadnych rozsądnych miejskich połączeń i jeszcze gorsze perspektywy połączeń na przyszłość.
I jak jeszcze równanie trzech kierowców+ zadupie + dojazdy do pracy = trzy auta brzmi rozsądnie (lub rozsądnie przynajmniej dla mnie), to jeden wielkimi krokami zbliża się do emerytury i z natury nienawidząc auta prowadzić krzyczy najgłośniej że auta potrzebować nie będzie. Więc trzy auta to głupota.
Daj boże zakochać się we wsi spokojnej, wsi wesołej, zadeczyć się we własnoręcznie zasadzonych krzakach i nie mieć żadnej potrzeby czy przymusu pojawienia się w mieście. Ale.....
Może się wydarzyć potrzeba udania się do dentysty, do lekarza, do koleżanki w odwiedziny - będzie wtedy dużo wolnego czasu - może nawet potrzeba ubrania, umalowania i wyjścia w miasto do ludzi (tak żeby oderwać się od łopaty, robali, perzu i wiejskiej głupoty) .
Auta już nie będzie.
Były plany dorabiania na emeryturze. Niech nie pracuje, odpoczynku i beztroski nie żałuję wręcz życzę, ale może jakiś uniwersytet trzeciego wieku czy inna aktywność wśród ludzi....
Auta już nie będzie.
A kupować wtedy na hura innego "trupka", kupować kota w worku skoro było auto działające, na chodzi, nie zawodzące - dla nie bezsens.
Może gdybym miała nóż na gardle, widmo upadłości konsumenckiej na horyzoncie.
Ale nic mnie nie dusi, nic mnie nie ponagla.
Trudno debatować z kimś kto ma, zresztą jak ja, święte przekonanie o słuszności swojej decyzji.
Bo to nic że auta z tego rocznika są w cenach pomiędzy 2800-5600. Internet to internet a samochód jest wart tyle ile kupiec jest w stanie zapłacić. W przypadku tego kupca (niech stracę i odliczę tylko ten nieszczęsny akumulator) to kwota 1.950,-
To jak spóźniony prezent bożonarodzeniowy, i zdecydowanie nie dla mnie.
I tak uważam, że niekoniecznie to trzecie auto musi być takie zbędne, że może się tak zdarzyć, że będzie użytkowany (chociażby jako zapas, gdy inny odmówi posłuszeństwa), ale nawet jeśli, to wolę żeby niszczał i tracił na wartości - dając mi tylko poczucie spokoju, że jest w zapasie i mam margines bezpieczeństwa, niż dostać za niego 2 tysiące i czuć się oszukaną i wykorzystaną.
I to są dla mnie merytoryczne argumenty. Wystarczające w zupełności do podjęcia decyzji że auto powinno zostać (przynajmniej za tą kasę).
Zgadzacie się ze mną?
Możecie mieć zupełnie inne zdanie jestem otwarta na dyskusję.
I choć argumenty niemerytoryczne nie powinny się tu w ogóle znaleźć postanowiłam i nad nimi się dłuższą chwilę pochylić. Bo już nie tyle chodzi o ich wagę, siłę, czy jakikolwiek wpływ na podejmowaną przeze mnie decyzję, ale kwestię dobrego wychowania, zachowania w społeczeństwie i moje ewentualne oderwanie od rzeczywistości.
Nie jestem gwiazdą, nie jestem duszą towarzystwa, nie jestem imprezowiczką. Moje kontakty towarzyskie są raczej niewielkie i dość sporadyczne. Jednak, jeśli chcę kogoś odwiedzić, spotkać, pogadać, zawrócić głowę, staram się zawsze wcześniej zapowiedzieć. Zaznaczę, choć pewnie zabrzmi to bardzo niegrzecznie wobec wszystkich matek polek (które szanuje i podziwiam- naprawdę) ja pojawiam się bez ogonka.
Co innego gdy podrzucam podłożone spodnie, czy zszytą bluzkę - tu czasem pozwalam sobie na drobny spontan, ale tak jak szybko wchodzę, tak szybko się ulatniam.
Kiedy moja kuzynka ma ochotę wpaść z siostrzenicą też zawsze mam wcześniej telefon.
Mój koleżanki, choć uważam że wpadać mogą do mnie zawsze i wszędzie, również uprzejmie się zapowiadają i za każdym razem pytają czy ewentualnie ogonek pojawić się też może.
I do tej pory tak właśnie się to odbywało, zakładałam zatem że ta właśnie bywa.
Że nie trafiły mi się perfekcyjne koleżanki, że nie jestem traktowana jak delikatne jajeczko z wyjątkową delikatnością i okrywana kloszem antydzieciakowym.
Ale przyszło mi się w zeszłą sobotę z tym boleśnie skonfrontować.
Tym bardziej boleśnie, że usłyszałam ,że to ja jestem oderwana od rzeczywistości i ciężko mi żyć będzie skoro buntuję się wewnętrznie wobec pewnych zachowań nie będąc elastyczną.
Przyjeżdża kupiec obejrzeć samochód. Przyjeżdża z żoną. No skoro Pani ma wozić również swój tyłeczek autem ma prawo je obejrzeć, ma prawo wyrobić sobie zdanie, bo ma prawo mieć wpływ na podejmowaną decyzję. W końcu kasa wspólna. Rozumiem, akceptuję, popieram.
Ale na tym był koniec wspólnego zrozumienia. Wiem, bardzo niewiele, ale pozwólcie że się z tego wytłumaczę.
Kupiec, choć jest powiedzenie "nasz klient nasz Pan", przede wszystkim jest człowiekiem, osobą którą zasady dobrego wychowania powinny obowiązywać również podczas transakcji zakupu.
Nikt nie chce kupować kota w worku. Zdaję sobie z tego sprawę. Kupując samochód możemy chcieć zobaczyć jak chodzi, jak działa silnik, może nawet usiąść na fotelu kierowcy. Nie zabraniam. Ale nie akceptuję również sposobu w jaki miało to miejsce w tej konkretnej sytuacji.
Małżonka, która wbrew moim wcześniejszym założeniom ewidentnie była niezainteresowana samochodem, stała tak sobie stała i nagle rzuca w stronę męża "no się przejedź"
Mąż, jak przystało na dobrze wychowane kochanie natychmiast odwróciło się w moją stronę z zapytaniem czy jadę z nim.
No dla mnie WOW. Może jestem wymagająca, może jestem staroświecka, może mam zbyt wygórowane oczekiwania co do poziomu kultury obcych, ale według moich standardów było to zachowanie niegrzeczne.
Ja nie mam obowiązku dawania obcym auta, nawet potencjalnym kupcom. Ja mogę włączyć mu silnik i otworzy maskę, ja mogę go przewieźć, ja nawet mogę pozwolić mu trochę poprowadzić, ale to jest tylko i wyłącznie moja dobra wola to absolutnie nie jest mój zakichany obowiązek.
No i ta forma.....
Nie było, "czy możemy się przejechać?", "czy nie mam nic przeciwko abyśmy podjechali kawałeczek?", nie było pytania "czy mógłbym poprowadzić auto?"
Pani zadecydowała że Pan się przejedzie i dali mi szanse uczestniczenia w tym jako widz.
No czepiam się? Tak to się normalnie odbywa?
Ja kupiec, ja pan, ja teraz jechać samochodem???!!!
Idźmy dalej.
Pan postanowił przejechać się w kierunku Piły..... zdecydowanie dalej niż pierwsze skrzyżowanie i po nim wybitnie dogodne miejsce do zawracania. W końcu bak pełny, bez nadzoru, można jechać. Kiedy po długiej chwili wrócili, Pan łaskawie kluczyki oddał a Pani udała się w kierunku własnego samochodu..... po dzieciaka.
Choć uważam, ze targane trzylatka na oglądanie samochodu jest nieporozumieniem i grubą pomyłką, choć uważam że zaskakiwanie dodatkowym gościem jest nietaktem, szczególnie że dzieciak mógł zostać z ciocią i kuzynostwem w Pile, swoje pomyślałam, ale bez słowa Panią +1 do domu wpuściłam, drzwi za nami zamknęłam i nieco zirytowana udałam się na górę.
Oczywiście nie obyło się narzekania na samochód, bo to lakier odchodzi, możnaby tam coś doszpachlować, a najlepiej to do lakiernika z autem pojechać bo i rdza gdzieś wyszła- a to są koszty dodatkowe. No tak, w końcu auto za 2 tysiące to jak nówka spod igły być powinno.
Może jakby się zeszło z ceny na 1300-1500 złotych Pan już podkreślać że i tak prezent nam robi na auto się decydując, już by nie musiał, a tak swoje trzeba powiedzieć.
I gadaj człowiecze. Wolność słowa mamy, demokrację, klepać możesz co ci ślina na język przyniesie. Nie zabronię, nawet głośno nie skrytykuję. Gościem rodziców jesteś, masz prawo gadać. W ciszy to zniosę.
Ale aktywuje się dzieciak. A tu pluszaków brak, resoraków brak, klocków brak, nawet kredek brak. Za to są kotki !!!!!!!
Genialna zabaweczka dla trzyletniego dzieciaka. Mięciutki jak pluszak, ruchliwy jak resorak, kreatywny jak klocki, daje tyle możliwości co biała kartka z kredkami. Trudno o lepszą zabawkę.
I myślę tak sobie, że będąc matką, z dzieciakiem w gościach, na widok zwierzaka zapytałabym czy można go dotknąć, można pogłaskać, można podejść. Nie tylko z dobrego wychowania, nie tylko z szacunku do samego zwierzaczka, jego właściciela, ale nawet samego bezpieczeństwa. Nie każdy pies, nie każdy kot ma ochotę i cierpliwość bycia maltretowanym.
I znów podeprę się swoim dotychczasowym doświadczeniem - rodzinne dzieciaki zawsze wiedziały że zwierzątek się nie rusza. Można dostać pozwolenie na pogłaskanie, ale bez tego nie podchodzi.
Gościnne mamusie też dziesięć razy powtarzają, ze kotków się nie rusza.
Ale nie ten gość i nie tym razem.
Zresztą czego ja oczekiwałam. Skoro teraz się przejadą cudzym autem to i teraz można się pobawić cudzym kotem.
Po raz kolejny zatem zapytam, czy to mnie przyzwyczajono do rozpusty i luksusu? Czy cudzą nadkulturę i nadwyraz dobre zachowanie mylnie ustawiłam w swojej głowie jak normę i obowiązujące zasady?
Czy jestem jak ta konserwa, sztywna, cierpka i nieelastyczna oderwana zupełnie od rzeczywistości?
Odludkiem, odseparowanym od społeczeństwa, nie nadającym się do życia stadnego?
Aspołecznym dziwolągiem?
poniedziałek, 9 lutego 2015
wtorek, 27 stycznia 2015
Rodzina rodziny
Kiedy znajdujemy tego jednego jedynego latają motyle, bez względu na porę roku kwiaty pachną intensywniej, zakwitają pąki na drzewach, ptaki ćwierkają jakoś tak bardziej melodyjnie, ekspedientki w sklepie nie wiedząc dlaczego zaczynają się do ciebie częściej uśmiechać. Nawet sygnalizacja świetlna zaczyna ci sprzyjać bo dałabyś głowę że częściej niż zwykle masz zielone światło.
A ON ....
Cudo. Mądry, inteligentny, błyskotliwy, dowcipny, zabawny, męski, delikatny, odpowiedzialny, dojrzały, dowcipny, filuterny, zawadiacki, temperamentny, wyważony, ostoja spokoju, mistrz ciętej riposty, romantyczny książe, dusza towarzystwa. Itd., itp.
Cudo. Mądry, inteligentny, błyskotliwy, dowcipny, zabawny, męski, delikatny, odpowiedzialny, dojrzały, dowcipny, filuterny, zawadiacki, temperamentny, wyważony, ostoja spokoju, mistrz ciętej riposty, romantyczny książe, dusza towarzystwa. Itd., itp.
I mogłabym tak godzinami o tym światełku w oczach, rozbrajającym uśmiechu, dołeczku w lewym policzku tudzież brodzie, tym słodkim marszczeniu noska gdy jest zakłopotany, sarnich oczach gdy coś przeskrobie. Oj mogłabym.
To wszystko i każde z osobna warte jest po tysiąckroć grzechu.
Toteż się grzeszy. A już szczególnie w pierwszej fazie znajomości :)
Czasem tylko ta jego siostrzyczka wkurzy głupim tekstem jak się ją tam raz w miesiącu zobaczy. Zdarza się że niedoszła teściowa podniesie ciśnienie, bo to trzeba ją zawieść do lekarza, to pojechać wymienić telefon na nowszy model, to zawieść na zakupy, to umówić do dentysty.
Na szczęście potem Bączek, Kochanie, Koteczek, Misiaczek, Skarb, Słoneczko czy Żuczek będzie nam wynagradzał nasze trudy i poświęcenie. Z nawiązką a bywa to całkiem przyjemnie.
Bo tak to dziwnie się składa, że ON również może posiadać rodzinę.
Powiem więcej, to może być nawet fajna rodzina. Zabawna, przyjazna, pomocna, towarzyska, taka swoja. Można także niestety trafić jak kulą w płot. I w zasadzie nie ma tu żadnego wzoru, żadnego schematu. Czysta rosyjska ruletka.
Jednak z ręką na sercu, czy znajdzie się ktoś, kto kiedykolwiek przy wyborze ukochanego kierował się jego rodziną? Czy jest ktokolwiek, kto choć przez chwilę zastanawiał się w jaką rodzinę wchodzi?
Nie sądzę.
A przecież to nikt inny jak właśnie my sami, z własnej nieprzymuszonej woli, na całe życie, mówiąc "tak" w kościele, nie tylko zobowiązujemy się kochać i nie opuszczać aż do śmierci ukochanego ale również do śmierci wiążemy się z jego rodziną. Na dobre i złe, w doli i niedoli , w bogactwie i biedzie. Z jego rodzina będziemy łamać się opłatkiem, z jego rodziną dzielić wielkanocnym jajem, to z nimi będziemy świętować każde urodziny, imieniny, święta naszych dzieci. Takie trochę dożywocie.
I znów wracamy do fajności. Jeśli niebo nam sprzyja, nie jest źle. Zabawni lub zabawowi, towarzyscy, pomocni i wspierający teściowie, szwagrowie czy bratowe to całkiem znośna sytuacja. Zawsze udane rodzinne spędy okolicznościowe, awaryjna baza wypadowa na podrzucenie dzieciaków, w skrajnych przypadkach idealne towarzystwo na wakacje.
Tylko że to brzmi trochę jak utopia, bajka dla siedmioletnich, niepozbawionych jeszcze złudzeń dziewczynek wierzących naiwnie w królewny, królewiczów i przecudnych teściów.
Życie może być bardziej okrutne.
Oczywiście jest to tylko i wyłącznie nasza wina. Widziały gały co brały, trzeba było myśleć rozumem, a nie podejmować najważniejsze życiowe decyzje na podstawie odruchów serca, czy co gorsza miłosnych uniesień.
Kobieta godzinami potrafi zastanawiać się nad zakupem butów czy torebki, a decyzję o partnerze i ślubie podejmuje czasem w minutę. Kompletny brak logiki o konsekwencji nie wspomnę.
Bo niby jak tu porzucić ukochanego, to cud stworzenie, ten dar od Boga, z powodu wrednej przyszłej teściowej. Teściową wystarczy tolerować, a już Kochanie dyskomfort obcowania z babsztylem zrekompensuje. Wielokrotnie. A jak się będzie stawiał - są i na to sposoby. Kilka cichych dni, płomienna awanturka, choćby foch nawet.
Spawa rozwiązana.
Nie do końca mogę się z tym zgodzić, no nie do końca.
Czy którakolwiek z zakochanych panien, choć przez chwileczkę zastanowiła się nad tym że ta jej pozornie osobista, niezależna i samodzielna decyzja o wyborze partnera jest totalitarnym i dyktatorskim narzucaniem swojej woli całej własnej najbliższej rodzinie i jej podporządkowanie? No właśnie, zaskoczone?
Wam trudny i poświęcenie związanie z obcowaniem z nabytą rodziną zrekompensuje Żabcia, wasze flustracje, wkurzenie czy rozczarowanie rodziną będzie zmuszona wysłuchać i ułagodzić Żabcia a co z bratem, siostrą, mamą, tatą?
Tak daleko odpowiedzialność Żabci już nie sięga.....
Mało tego czasem i Żabcia może być ich źródłem.
Zagmatwane? Dam przykład. Osobisty i nie tak odległy.
Święta Bożego Narodzenia. W kuchni tłok, zamieszanie, niezwykła nerwówka bo i kolacja wigilijna na 16 osób to nie lada wyzwanie, na dodatek przygotowywana na konkretną godzinę (wymuszenie przez obowiązki alimentacyjno-rozwodowe), głowa rodu gdzieś się ulotniła z butelką procentów, choinka nieubrana (jest to męski obowiązek), dzieciaki znudzone i pozostawione same sobie snują się pod nogami robiąc dodatkowe zamieszanie i harmider. Nieciekawy obrazek. Atmosfera tak naładowana ujemnymi ładunkami że tylko czekać wyładowań "atmosferycznych". I w tym wszystkim ON, nabytek, niezależna, samodzielna i suwerenna decyzja córki o wyborze ukochanego. Jak długi leży rozwalony na kanapie i gra w gierki na telefonie. Szczęśliwie dla mnie, byłam w tym uprzywilejowanym położeniu że wystarczyło zabrać tyłek i wyjść. Zrobiłam to. Ale sama nawet myśl, że moja siostra mogłaby mnie też tak urządzić i obciążyć takim przyjemniaczkiem na resztę moich rodzinnych świąt potrafi skutecznie podnieść ciśnienie.
Mnożąc to jeszcze o spotkania sylwestrowo-noworoczne, wszelkie kościelne, czasem i nawet państwowe święta, chrzciny, komunie, bierzmowania, wszelkie imieniny, urodziny, spontaniczne grille. Aż włos się na rękach jeży.
Jak bezpodstawnym i oderwanym od życia i jego realiów jest argument zakochanych którzy na słowo krytyki ukochanego słusznej czy mniej słusznej, bez względu na to czy to rodzina, znajomi, przyjaciel czy wróg, obrusza się i z upartością osła twierdzi ze to jej/jego życie i nikt nie ma prawa się w nie wtrącać.
Kochanie, pobudka, niespodzianka, to życie całych dwóch rodzin z pełnym inwentarzem. A twoja decyzja jest nie tylko decyzją autokraty, despoty i dyktatora ale i wyrokiem skazującym na dożywicie bez prawa do warunkowego skrócenia kary za dobre sprawowanie.
Powiem więcej, to może być nawet fajna rodzina. Zabawna, przyjazna, pomocna, towarzyska, taka swoja. Można także niestety trafić jak kulą w płot. I w zasadzie nie ma tu żadnego wzoru, żadnego schematu. Czysta rosyjska ruletka.
Jednak z ręką na sercu, czy znajdzie się ktoś, kto kiedykolwiek przy wyborze ukochanego kierował się jego rodziną? Czy jest ktokolwiek, kto choć przez chwilę zastanawiał się w jaką rodzinę wchodzi?
Nie sądzę.
A przecież to nikt inny jak właśnie my sami, z własnej nieprzymuszonej woli, na całe życie, mówiąc "tak" w kościele, nie tylko zobowiązujemy się kochać i nie opuszczać aż do śmierci ukochanego ale również do śmierci wiążemy się z jego rodziną. Na dobre i złe, w doli i niedoli , w bogactwie i biedzie. Z jego rodzina będziemy łamać się opłatkiem, z jego rodziną dzielić wielkanocnym jajem, to z nimi będziemy świętować każde urodziny, imieniny, święta naszych dzieci. Takie trochę dożywocie.
I znów wracamy do fajności. Jeśli niebo nam sprzyja, nie jest źle. Zabawni lub zabawowi, towarzyscy, pomocni i wspierający teściowie, szwagrowie czy bratowe to całkiem znośna sytuacja. Zawsze udane rodzinne spędy okolicznościowe, awaryjna baza wypadowa na podrzucenie dzieciaków, w skrajnych przypadkach idealne towarzystwo na wakacje.
Tylko że to brzmi trochę jak utopia, bajka dla siedmioletnich, niepozbawionych jeszcze złudzeń dziewczynek wierzących naiwnie w królewny, królewiczów i przecudnych teściów.
Życie może być bardziej okrutne.
Oczywiście jest to tylko i wyłącznie nasza wina. Widziały gały co brały, trzeba było myśleć rozumem, a nie podejmować najważniejsze życiowe decyzje na podstawie odruchów serca, czy co gorsza miłosnych uniesień.
Kobieta godzinami potrafi zastanawiać się nad zakupem butów czy torebki, a decyzję o partnerze i ślubie podejmuje czasem w minutę. Kompletny brak logiki o konsekwencji nie wspomnę.
Bo niby jak tu porzucić ukochanego, to cud stworzenie, ten dar od Boga, z powodu wrednej przyszłej teściowej. Teściową wystarczy tolerować, a już Kochanie dyskomfort obcowania z babsztylem zrekompensuje. Wielokrotnie. A jak się będzie stawiał - są i na to sposoby. Kilka cichych dni, płomienna awanturka, choćby foch nawet.
Spawa rozwiązana.
Nie do końca mogę się z tym zgodzić, no nie do końca.
Czy którakolwiek z zakochanych panien, choć przez chwileczkę zastanowiła się nad tym że ta jej pozornie osobista, niezależna i samodzielna decyzja o wyborze partnera jest totalitarnym i dyktatorskim narzucaniem swojej woli całej własnej najbliższej rodzinie i jej podporządkowanie? No właśnie, zaskoczone?
Wam trudny i poświęcenie związanie z obcowaniem z nabytą rodziną zrekompensuje Żabcia, wasze flustracje, wkurzenie czy rozczarowanie rodziną będzie zmuszona wysłuchać i ułagodzić Żabcia a co z bratem, siostrą, mamą, tatą?
Tak daleko odpowiedzialność Żabci już nie sięga.....
Mało tego czasem i Żabcia może być ich źródłem.
Zagmatwane? Dam przykład. Osobisty i nie tak odległy.
Święta Bożego Narodzenia. W kuchni tłok, zamieszanie, niezwykła nerwówka bo i kolacja wigilijna na 16 osób to nie lada wyzwanie, na dodatek przygotowywana na konkretną godzinę (wymuszenie przez obowiązki alimentacyjno-rozwodowe), głowa rodu gdzieś się ulotniła z butelką procentów, choinka nieubrana (jest to męski obowiązek), dzieciaki znudzone i pozostawione same sobie snują się pod nogami robiąc dodatkowe zamieszanie i harmider. Nieciekawy obrazek. Atmosfera tak naładowana ujemnymi ładunkami że tylko czekać wyładowań "atmosferycznych". I w tym wszystkim ON, nabytek, niezależna, samodzielna i suwerenna decyzja córki o wyborze ukochanego. Jak długi leży rozwalony na kanapie i gra w gierki na telefonie. Szczęśliwie dla mnie, byłam w tym uprzywilejowanym położeniu że wystarczyło zabrać tyłek i wyjść. Zrobiłam to. Ale sama nawet myśl, że moja siostra mogłaby mnie też tak urządzić i obciążyć takim przyjemniaczkiem na resztę moich rodzinnych świąt potrafi skutecznie podnieść ciśnienie.
Mnożąc to jeszcze o spotkania sylwestrowo-noworoczne, wszelkie kościelne, czasem i nawet państwowe święta, chrzciny, komunie, bierzmowania, wszelkie imieniny, urodziny, spontaniczne grille. Aż włos się na rękach jeży.
Jak bezpodstawnym i oderwanym od życia i jego realiów jest argument zakochanych którzy na słowo krytyki ukochanego słusznej czy mniej słusznej, bez względu na to czy to rodzina, znajomi, przyjaciel czy wróg, obrusza się i z upartością osła twierdzi ze to jej/jego życie i nikt nie ma prawa się w nie wtrącać.
Kochanie, pobudka, niespodzianka, to życie całych dwóch rodzin z pełnym inwentarzem. A twoja decyzja jest nie tylko decyzją autokraty, despoty i dyktatora ale i wyrokiem skazującym na dożywicie bez prawa do warunkowego skrócenia kary za dobre sprawowanie.
Agencji PR ciąg dalszy
Kontynuacja tematu samodzielnych, zosio-samosio agencji PR-owych miała być ponowiona w bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni, a dokładniej w dalej nieokreślonej czasoprzestrzeni.
Materiału miało się najpierw trochę nazbierać....
A tu co wejdę na facebook'a to krew i materiał na wpis aż mnie zalewa.
Dosłownie.
Mam koleżankę - tak, tak, możliwe. Rok 2014 miał być jej cudownym rokiem. Jej prawdziwa, cudowna, ciepła, zabawna, elokwentna, wyjątkowa, idealna, perfekcyjna, wymarzona, wymodlona, bezkonfliktowa miłość została prawnie i bosko uprawomocniona. Półtora roku planów, organizowania i zatrudniania najlepszych z najlepszych miało swój finał. Coprawda nieco przemądrzała jeszcze "przyszła panna młoda" nie miała ochoty słuchać żadnych rad, sugestii, podpowiedzi, czy chociaż wątpliwości bo sama w tym już siedzi i wszystko wie najlepiej, życie tą wiedze jednak zweryfikowało i już jako stateczna Pani mężatka przyznała że nie wszystko poszło najlepiej, ale nie o tym.
Wybranek - ten ideał pod każdym względem, był (i nadal jest, patrząc po aktywności), powiem niezwykle delikatnie, zwolennikiem portali społecznościowych i entuzjastą braku anonimowości. Niestety swoje upodobania przekazał miłości życia.
No i się zaczęło.
Oświadczyny na facebook'u. Kolacja z ukochaną w restauracji X na facebooku. Wyjazd w góry do hotelu X na facebook'u. Doszło do tego że nawet będąc "w drodze" informowali o tym wszystkich znajomych. Bo przecież niezwykle istotną dla świata jest informacja o tym że w drodze nad morze do hotelu K zatrzymali się w poznańskiej galerii Plaza na siku. To nie były pospolite krzaczory na trasie, nie był moralnej wątpliwości zagajniczek, nie była nawet stacja paliw. Była Plaza.
W tak zwanym międzyczasie aby nie nudzić własnych czytelniko-obserwatorów, a kto wie może i podglądaczy na stronie pojawiały się photostory z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej i jeszcze jednej wycieczki rowerowej. A odkąd obydwoje nabyli profesjonalne rowerowe odzienie nie było nawet widać czy to ich szósty wyjazd, siódmy a może dziesiąty. Zdjęć oczywiście było dużo więcej. Było morze, łany zboża, choinki, romantyczne zastawiane stoły, zdjęcia potraw (zapewne randkowych). Jednym słowem pełen ekshibicjonizm. Pytam po co?
Czy naprawdę jakieś 800 osób zaproszonych do grona ich znajomych jest żywotnie zainteresowanych miejscem wypróżniania pęcherza moczowego? Czy niezwykle istotną jest wiedza, że koleżanka/kolega będą wieczorem wspólnie konsumować pierożki z jagodami polane przepyszną śmietanką procent 30? Czy do życia niezbędnym jest wiedzieć że byli w restauracji X, barze Y, czy pub'ie Z?
Ekshibicjonizm posuwał się jeszcze dalej zahaczając od życie zawodowe, czyli pełne dezaprobaty komentarze na temat własnych wyjazdów służbowych. Krok niezwykle ryzykowny i być może kosztowny.
Była odrobina wesela, i chyba tylko dlatego że fotograf dał ciała na pełnej linii i zdjęcia wyszły mniej niż zadawalająco.
Były filmy z podróży poślubnej. Prawie pięciominutowa transmisja z perspektywy przedniej szyby wynajętego samochodu. Tylko oni, ty, droga i padający deszcz. Niezwykle interesujące i jakże nowatorskie ujęcie relacji z podróży poślubnej. A z jakim zaciekawieniem i uwagą ogląda się drogi wybudowane w cudzym państwie.....
Ale i to wszystko to pikuś, małe preludium do tego co miało dopiero nastąpić.
Na świecie pojawiła się nowa osóbka. Dość nieoczekiwanie bo dwa miesiące za wcześnie. Nie znam się na ciążach, moja wiedza na ten temat jest prawie zerowa, na szczęście z pomocą przyszedł mi facebookowy wpis tatusia: "na świat przyszła ble ble ble, ble ble ble, walczymy o jej życie".
Zabrzmiało dość groźnie. I daj Boże długie i szczęśliwe życie dla tego dzieciaczka, ale gdyby zakończyło się to inaczej? Czy tatuś pomyślał o ewentualnym nekrologu na fb? Zdjęciu w trumience?
Bo jak się powiedziało A, zamieściło okropne zdjęcie ewidentnego wcześniaka (z całym niedorozwojem fizycznym wynikającym z jego wieku) podłączonego do dziesiątek kabli i rur, to trzeba być przygotowanym na wypowiedzenie B.
Trudno tłumaczyć euforią chęć podzielenia się dobrą nowiną (?) ze światem i to okropne karykaturalne zdjęcie, bo zapewne trudno o euforie gdy dowiadujesz się ze twoje dziecko może po prostu nie przeżyć. Powiem więcej. Jak, w czasie kiedy walczysz o życie swojego dzieciaczka, mieć czas i głowę do wrzucania jakichkolwiek wpisów na facebook.
Czy potrzeba uaktualniania wiedzy na swój temat i swojego życia, informowania o tym całego świata jest tak wielka i tak uzależniająca? Czy to kolejne stadium samouwielbienia?
Na szczęście dziewczynka ma się dobrze. Co dwa, trzy dni, ustami tatusia informuje o swoim aktualnym stanie, wrzuca zdjęcia z butelką, bez butelki, z mamą, bez mamy, z tatą, bez taty, w pieluszce, kocyku czy innym beciku.
Będę optymistką i powiem że to i tak lepsze od tacinej poezji i głębokich przemyśleń o bezsensowności życia bezdzietnego, szarości i marności singli, beznadziejności i nicości samotników, bezdenności życia przed dzieckiem (choć już z żoną :P) ilustrowanych zdjęciami dziecka w inkubatorze. No i nie ma cycka !!!!!
Takich dzielących się własną prywatnością jest sporo. Może nie aż tak ekstremalnie i jednak bardziej przez pryzmat budowania własnego wizerunku w przestrzeni wirtualnej.
Genialnym jej przedstawicielem jest mój dalszy członek rodziny.
Co dwa tygodnie, a dokładniej weekendy fotki rodziny to nad morzem, to w zaprzyjaźnionym schronisku w górach. I zawsze z podpisem "moje księżniczki". Oczywiście księżniczki nie ograniczają się tylko do pozowania w tych dwóch miejscach. Są wyjazdy do aquaparku, do agroturystycznych gospodarstw, kina, wesołego miasteczka. Księżnkiczki bywają w kuchni, ubierają choinki, nakrywają do stołu, malują tacie laurki. Jak na mężczyznę przystało są tam też czysto testosteronowe wkładki, chciałoby się wierzyć, że zabieg celowy w ramach odcukrzenia tego księżniczkowego syropu, ale to chyba zbytnia nadinterpretacja. Po prostu pracujący facet ma prawo do relaksu z kumplami swojego gatunku. A jak ma prawo to jest piłka nożna w pubie przy butelce wyborowej, żużel ozdobiony pięcioma butelkami piwa. Jedna buteleczka z wpisem że nie ma jak klin na kaca. Cudne życie, pełna harmonia pozazdrościć. Tylko jak się to wszystko ma do realu, gdzie słyszę że kredyt, że ciężko, że nie ma jak żyć. Do tego stopnia że posiadając własna firmę transportową bierze się od wujka na paliwo bo przecież przyjechał odwiedzić....
Jest i inny kuzyn - przedstawiciel antagonistycznego obozu facebookowych użytkowników. To oni tworzą najbardziej liczną grupę. Niezwykle skromni w aktywności, możnaby nawet rzecz że wycofani. Pojawiają się tylko sporadycznie, z bardzo ważnych powodów i zawsze są oszczędni w słowach.
Kuzyn: "na warsaw airport" "w drodze a ukrainę" "znów ukraina" "na warsaw airport" "w drodze do domu" "Ukraino witaj znowu" "warsaw airport". Niby niewiele - ale za to jak treściwie. Iluż z nas ma szansę pojawiać się dwa razy do roku na warszawskim lotnisku? Ilu z nas ma szansę latać za darmo w podróż służbową i to zagranicę?? Czasem na dowód wojaży dorzucą się dwie, trzy fotki z jakiegoś zapewne ważnego budynku czy przy równie istotnym pomniku. I co? Zazdrościmy.
No i jeszcze przy okazji gratulujemy odwagi bo jak na osobę samotną, pozostawiającą pusty dom podczas wyjazdów to takie informowanie wszystkich że przez kilka dni mieszkanie czeka na potencjalny włam jest niezłym wyczynem godnym tylko wielkiej odwagi.
Na szczęście, dla tych którym nie dane było podróżować samolotem służbowo są jeszcze własne, prywatne wakacje. I tu zawsze ten sam schemat: airport Poznań, airport Katowice, airport Warsaw, airport Wroclaw; musowo zdjęcie fragmentu samolotowego skrzydła w przestworzach- niezaprzeczalny dowód na lot; dwa zdjęcia rodziny, znajomych czy partnera z miejscem pobytu w tle - najlepiej hotel z dnia przybycia, jeszcze czysto i nie widać rozbebeszonych walizek oraz spacer wieczorową porą przy zachodzie słońca - człowiek jest wtedy odziany i nie będzie się musiał stresować fałdami tłuszczyku które niestety w bikini czy kąpielówkach jakoś się zawsze pojawią na fotkach. I cisza........ do następnego wyjazdu.
No i mamy mistrzów autoprezentacji. U mnie to mistrzyni. Kreatorka równoległego wirtualnego świata. Co weekend, aby odpocząć, pobyć sam na sam z ukochanym, nabrać dystansu, podładować baterie, nadrobić zaległości stara się wypchnąć pacholęcia z domu do rodziny. Bo mama też człowiek i urlop jej się należy. Tylko że zbiegiem okoliczności co weekend na facebook'u pojawia się to fotka ze wspólnego gotowania z pociechami, to ze wspólnej zabawy, wspólnego spaceru, wspólnego leżenia, wspólnego tańczenia - i zawsze ze skarbami, Moimi ukochanymi słoneczkami. Ale może tylko wtedy znajduje czas żeby na zdjęcie zrobione telefonem kliknąć "udostępnij na facebooku"
Życzenia urodzinowe dla męża na facebook. Deklaracja że kocha i dziękuję za wspólne życie corocznie w rocznicę ślubu na facebook. Walentynkowe wyznanie miłości na facebook. Życzenia z okazji dnia chłopaka na facebook. Nawet podziękowania za cudny weekend, fantastyczną kolację czy niezapomniany spływ kajakowy też sobie składają przez facebook. Żeby nikomu nie przyszło nigdy do głowy że tam daleko od sielanki.
Bo nie ważne jak żyjemy, nie ważne co myślimy, ważne jak myślą że żyjemy......
Materiału miało się najpierw trochę nazbierać....
A tu co wejdę na facebook'a to krew i materiał na wpis aż mnie zalewa.
Dosłownie.
Mam koleżankę - tak, tak, możliwe. Rok 2014 miał być jej cudownym rokiem. Jej prawdziwa, cudowna, ciepła, zabawna, elokwentna, wyjątkowa, idealna, perfekcyjna, wymarzona, wymodlona, bezkonfliktowa miłość została prawnie i bosko uprawomocniona. Półtora roku planów, organizowania i zatrudniania najlepszych z najlepszych miało swój finał. Coprawda nieco przemądrzała jeszcze "przyszła panna młoda" nie miała ochoty słuchać żadnych rad, sugestii, podpowiedzi, czy chociaż wątpliwości bo sama w tym już siedzi i wszystko wie najlepiej, życie tą wiedze jednak zweryfikowało i już jako stateczna Pani mężatka przyznała że nie wszystko poszło najlepiej, ale nie o tym.
Wybranek - ten ideał pod każdym względem, był (i nadal jest, patrząc po aktywności), powiem niezwykle delikatnie, zwolennikiem portali społecznościowych i entuzjastą braku anonimowości. Niestety swoje upodobania przekazał miłości życia.
No i się zaczęło.
Oświadczyny na facebook'u. Kolacja z ukochaną w restauracji X na facebooku. Wyjazd w góry do hotelu X na facebook'u. Doszło do tego że nawet będąc "w drodze" informowali o tym wszystkich znajomych. Bo przecież niezwykle istotną dla świata jest informacja o tym że w drodze nad morze do hotelu K zatrzymali się w poznańskiej galerii Plaza na siku. To nie były pospolite krzaczory na trasie, nie był moralnej wątpliwości zagajniczek, nie była nawet stacja paliw. Była Plaza.
W tak zwanym międzyczasie aby nie nudzić własnych czytelniko-obserwatorów, a kto wie może i podglądaczy na stronie pojawiały się photostory z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej i jeszcze jednej wycieczki rowerowej. A odkąd obydwoje nabyli profesjonalne rowerowe odzienie nie było nawet widać czy to ich szósty wyjazd, siódmy a może dziesiąty. Zdjęć oczywiście było dużo więcej. Było morze, łany zboża, choinki, romantyczne zastawiane stoły, zdjęcia potraw (zapewne randkowych). Jednym słowem pełen ekshibicjonizm. Pytam po co?
Czy naprawdę jakieś 800 osób zaproszonych do grona ich znajomych jest żywotnie zainteresowanych miejscem wypróżniania pęcherza moczowego? Czy niezwykle istotną jest wiedza, że koleżanka/kolega będą wieczorem wspólnie konsumować pierożki z jagodami polane przepyszną śmietanką procent 30? Czy do życia niezbędnym jest wiedzieć że byli w restauracji X, barze Y, czy pub'ie Z?
Ekshibicjonizm posuwał się jeszcze dalej zahaczając od życie zawodowe, czyli pełne dezaprobaty komentarze na temat własnych wyjazdów służbowych. Krok niezwykle ryzykowny i być może kosztowny.
Była odrobina wesela, i chyba tylko dlatego że fotograf dał ciała na pełnej linii i zdjęcia wyszły mniej niż zadawalająco.
Były filmy z podróży poślubnej. Prawie pięciominutowa transmisja z perspektywy przedniej szyby wynajętego samochodu. Tylko oni, ty, droga i padający deszcz. Niezwykle interesujące i jakże nowatorskie ujęcie relacji z podróży poślubnej. A z jakim zaciekawieniem i uwagą ogląda się drogi wybudowane w cudzym państwie.....
Ale i to wszystko to pikuś, małe preludium do tego co miało dopiero nastąpić.
Na świecie pojawiła się nowa osóbka. Dość nieoczekiwanie bo dwa miesiące za wcześnie. Nie znam się na ciążach, moja wiedza na ten temat jest prawie zerowa, na szczęście z pomocą przyszedł mi facebookowy wpis tatusia: "na świat przyszła ble ble ble, ble ble ble, walczymy o jej życie".
Zabrzmiało dość groźnie. I daj Boże długie i szczęśliwe życie dla tego dzieciaczka, ale gdyby zakończyło się to inaczej? Czy tatuś pomyślał o ewentualnym nekrologu na fb? Zdjęciu w trumience?
Bo jak się powiedziało A, zamieściło okropne zdjęcie ewidentnego wcześniaka (z całym niedorozwojem fizycznym wynikającym z jego wieku) podłączonego do dziesiątek kabli i rur, to trzeba być przygotowanym na wypowiedzenie B.
Trudno tłumaczyć euforią chęć podzielenia się dobrą nowiną (?) ze światem i to okropne karykaturalne zdjęcie, bo zapewne trudno o euforie gdy dowiadujesz się ze twoje dziecko może po prostu nie przeżyć. Powiem więcej. Jak, w czasie kiedy walczysz o życie swojego dzieciaczka, mieć czas i głowę do wrzucania jakichkolwiek wpisów na facebook.
Czy potrzeba uaktualniania wiedzy na swój temat i swojego życia, informowania o tym całego świata jest tak wielka i tak uzależniająca? Czy to kolejne stadium samouwielbienia?
Na szczęście dziewczynka ma się dobrze. Co dwa, trzy dni, ustami tatusia informuje o swoim aktualnym stanie, wrzuca zdjęcia z butelką, bez butelki, z mamą, bez mamy, z tatą, bez taty, w pieluszce, kocyku czy innym beciku.
Będę optymistką i powiem że to i tak lepsze od tacinej poezji i głębokich przemyśleń o bezsensowności życia bezdzietnego, szarości i marności singli, beznadziejności i nicości samotników, bezdenności życia przed dzieckiem (choć już z żoną :P) ilustrowanych zdjęciami dziecka w inkubatorze. No i nie ma cycka !!!!!
Takich dzielących się własną prywatnością jest sporo. Może nie aż tak ekstremalnie i jednak bardziej przez pryzmat budowania własnego wizerunku w przestrzeni wirtualnej.
Genialnym jej przedstawicielem jest mój dalszy członek rodziny.
Co dwa tygodnie, a dokładniej weekendy fotki rodziny to nad morzem, to w zaprzyjaźnionym schronisku w górach. I zawsze z podpisem "moje księżniczki". Oczywiście księżniczki nie ograniczają się tylko do pozowania w tych dwóch miejscach. Są wyjazdy do aquaparku, do agroturystycznych gospodarstw, kina, wesołego miasteczka. Księżnkiczki bywają w kuchni, ubierają choinki, nakrywają do stołu, malują tacie laurki. Jak na mężczyznę przystało są tam też czysto testosteronowe wkładki, chciałoby się wierzyć, że zabieg celowy w ramach odcukrzenia tego księżniczkowego syropu, ale to chyba zbytnia nadinterpretacja. Po prostu pracujący facet ma prawo do relaksu z kumplami swojego gatunku. A jak ma prawo to jest piłka nożna w pubie przy butelce wyborowej, żużel ozdobiony pięcioma butelkami piwa. Jedna buteleczka z wpisem że nie ma jak klin na kaca. Cudne życie, pełna harmonia pozazdrościć. Tylko jak się to wszystko ma do realu, gdzie słyszę że kredyt, że ciężko, że nie ma jak żyć. Do tego stopnia że posiadając własna firmę transportową bierze się od wujka na paliwo bo przecież przyjechał odwiedzić....
Jest i inny kuzyn - przedstawiciel antagonistycznego obozu facebookowych użytkowników. To oni tworzą najbardziej liczną grupę. Niezwykle skromni w aktywności, możnaby nawet rzecz że wycofani. Pojawiają się tylko sporadycznie, z bardzo ważnych powodów i zawsze są oszczędni w słowach.
Kuzyn: "na warsaw airport" "w drodze a ukrainę" "znów ukraina" "na warsaw airport" "w drodze do domu" "Ukraino witaj znowu" "warsaw airport". Niby niewiele - ale za to jak treściwie. Iluż z nas ma szansę pojawiać się dwa razy do roku na warszawskim lotnisku? Ilu z nas ma szansę latać za darmo w podróż służbową i to zagranicę?? Czasem na dowód wojaży dorzucą się dwie, trzy fotki z jakiegoś zapewne ważnego budynku czy przy równie istotnym pomniku. I co? Zazdrościmy.
No i jeszcze przy okazji gratulujemy odwagi bo jak na osobę samotną, pozostawiającą pusty dom podczas wyjazdów to takie informowanie wszystkich że przez kilka dni mieszkanie czeka na potencjalny włam jest niezłym wyczynem godnym tylko wielkiej odwagi.
Na szczęście, dla tych którym nie dane było podróżować samolotem służbowo są jeszcze własne, prywatne wakacje. I tu zawsze ten sam schemat: airport Poznań, airport Katowice, airport Warsaw, airport Wroclaw; musowo zdjęcie fragmentu samolotowego skrzydła w przestworzach- niezaprzeczalny dowód na lot; dwa zdjęcia rodziny, znajomych czy partnera z miejscem pobytu w tle - najlepiej hotel z dnia przybycia, jeszcze czysto i nie widać rozbebeszonych walizek oraz spacer wieczorową porą przy zachodzie słońca - człowiek jest wtedy odziany i nie będzie się musiał stresować fałdami tłuszczyku które niestety w bikini czy kąpielówkach jakoś się zawsze pojawią na fotkach. I cisza........ do następnego wyjazdu.
No i mamy mistrzów autoprezentacji. U mnie to mistrzyni. Kreatorka równoległego wirtualnego świata. Co weekend, aby odpocząć, pobyć sam na sam z ukochanym, nabrać dystansu, podładować baterie, nadrobić zaległości stara się wypchnąć pacholęcia z domu do rodziny. Bo mama też człowiek i urlop jej się należy. Tylko że zbiegiem okoliczności co weekend na facebook'u pojawia się to fotka ze wspólnego gotowania z pociechami, to ze wspólnej zabawy, wspólnego spaceru, wspólnego leżenia, wspólnego tańczenia - i zawsze ze skarbami, Moimi ukochanymi słoneczkami. Ale może tylko wtedy znajduje czas żeby na zdjęcie zrobione telefonem kliknąć "udostępnij na facebooku"
Życzenia urodzinowe dla męża na facebook. Deklaracja że kocha i dziękuję za wspólne życie corocznie w rocznicę ślubu na facebook. Walentynkowe wyznanie miłości na facebook. Życzenia z okazji dnia chłopaka na facebook. Nawet podziękowania za cudny weekend, fantastyczną kolację czy niezapomniany spływ kajakowy też sobie składają przez facebook. Żeby nikomu nie przyszło nigdy do głowy że tam daleko od sielanki.
Bo nie ważne jak żyjemy, nie ważne co myślimy, ważne jak myślą że żyjemy......
poniedziałek, 19 stycznia 2015
jestem już po
Nie chodzi mi oczywiście o zażywanie drobnego malutkiego czegoś, co od wczoraj jakiś nawiedziny ksiądz nazwał grzechem śmiertelnym.
O tym może kiedyś.....
Zaliczyłam wszystkie pierścienie!!!!!!
Koło życia zatoczyło okrąg!!!!
Dobra, trochę przesadzam z tym entuzjazmem i jeszcze okaże się zaraz że mój wpis jest bardziej epicki od ostatniej części z trylogii.
No niestety, do tej wielkiej chochli miodu jaką zapodałam wcześniej muszę dodać szczyptę dziekciu.
Nie wiem, ale ta ostatnia część, mimo że logiczna, mimo że wyjaśniająca wiele, mimo że nie epatująca przemocą, jakoś mnie osobiście rozczarowała.
Poznałam historię Golluma. Całą. Muszę przyznać ze zgrabnie wkomponowana, czytelna, bez zbędnego przedłużania i naruszania głównego wątku. Takie syntetyczne 300 lat w malutkiej pigułce o pysznym malinowym smaku. Oczywiście moja sympatia do tego exhobbita wyparowała, ale potrzebowałam do tego aż ponad 4 godziny ostatniej części. Nawet pierwsze zabójstwo nie było mnie jeszcze w stanie skłonić do zmiany mojej sympatii, dopiero odgryzienie połowy palca Froda podpisało na niego wyrok. Mam jednak jedno "ale" co do zbudowania tej postaci. Nie mogę już pisać że "kocham" ale mogę z czystym sumieniem nadal pisać że mimo wszystko podziwiam kreację Golluma upadłego i jego wewnętrznej walki nowego pierściennego sługusa z poczciwym hobbitkiem. Choć coś mi tu ewidentnie zgrzyta.
Dwie pierwsze części stworzyły w mojej głowie milutką postać do kochania i przytulania a tu zabójstwo z zimną krwią?...... Ktoś, kto widząc kawałeczek metalu, obojętne czy to pierścionek, zegarek rolex'a czy obrączka władzy, rzuca się przyjacielowi do szyi i bestialsko go zabija, nie może być dobrym człowiekiem. I nie kupuję wyjaśniania tego siłą oddziaływania biżuterii.
Po pierwsze i najważniejsze Sauron nie wyjawiał w tamtym czasie żadnej aktywności (a kompletnie nadaktywności) moc pierścienia nie mogła być taka obezwładniająca. Dodatkowo Gollum jest rasy hobbickiej, zatem mniej podatnej na jego magię (co udowodnili jego gatunkowi następcy) niż ludzie, lub jak Aragorn, ludziopodobni. Jakby tego było mało rządza świecidełka nastąpiła jeszcze przed kontaktem cielesnym. Dla mnie oznacza to że Gollum po prostu zabił kogoś dla bogactwa więc był od początku nędznym robakiem w swojej społeczności, a jeśli jeszcze pierścień w jakikolwiek sposób działał na niego w tamtej chwili, to był on nie tylko nędznym robakiem, ale jeszcze niezwykle słabym psychicznie nędznym robakiem rzezimieszkiem. I to nie pasuje mi do późniejszej kreacji takiego dobrodusznego, słodkiego, naiwnego potworka. Choć oczywiście nadal uważam, że pomysł na taką dwubiegunową postać skrajnie dobrą i złą jest zabiegiem fajnym (szczególnie dla aktora kreującego postać).
Tak sobie myślę, czy nie wystarczało zrobić go zabójcą przypadkowym. Popchniecie na kamień w trakcie szarpaniny, niecelowe zrzucenie z urwiska, złamanie karku o wiosło.... To nadal byłaby śmierć w walce o skarb władzy absolutnej, nadal powód by go wygnać, nadal powód dla postępującej degeneracji, ale większa wiarygodność dla tej czystej i dobrej strony Golluma.
Podoba mi się również, choć to pewnie zdecydowanie żeński punkt widzenia, że pomimo iż to w zasadzie część o samych wojnach i bitwach nie ma tu bezsensownej apoteozy zabijania. Nie ma sikajacej w stronę widza krwi, nie ma aż tak wiele fruwających ucinanych głów, rozczłonkowane kończyny nie walają się pod nogami bohaterów. Wszystko z umiarem.
Ze scen walecznych podobała mi się potyczka Legolasa z hiper mamutem. Zamiast bezsensownej przemocy inteligentny schemat punkt po punkcie jak powalić teoretycznie niepokonane.
Ne mogę też nie wspomnieć o zabawnym i zupełnie nieobciążającym fabuły wątku rywalizacji na zaliczanie orków pomiędzy wyżej wymienionym a krasnoludem Gimlim. Taki śródziemowy PlayStation dla tych dwojga.
Nie wiem czy jakiekolwiek znaczenie dla całego filmu miała historia końca Denethora -namiestnika państwa ludzkiego - poza oczywiście ukazaniem cierpienia z powodu straty syna w Drużynie Pierścienia (lepiej późno niż wcale?) ale dla mnie było to miłą odskocznią pomiędzy kolejnymi scenami walk. Na dodatek ciekawą odskocznią. Fajnie że się pojawił.
No i to by było na tyle dobrego, chyba.
Główny zarzut to ta wszechogarniająca szarość. Rozumiem, że to kontynuacja wycieczki z Shire i że skoro na początku było zielono to musi być ciemność bo im dalej w las......
Zrozumiałam również wagę oddziaływania pierścienia. Ale czy nie było jej za dużo? Wystarczająco sugestywny był kawałek poparzonej od łańcuszka szyi Froda. Jak na dłoni widać było ciężar i moc zła jaką musiał targać ten mały niziołek przez całe śródziemie - czyli jakieś ponad dziewięć godzin całej trylogii. Nie raz, nie dwa i nie trzy biedny Frodo musiał zamierać z tymi wybałuszonymi cudownie niebiesko wielkimi oczami i cierpiącą miną w poprzednich filmach. Po co jeszcze tutaj. Za dużo tego bólu wewnętrznego, za dużo.
No i ta droga.... niekończące się powulkanoczne przestrzenie po sam horyzont. Gdyby w drodze ten duet trafił jeszcze na atak mrówek mutantów, karczmę z rozrywkami, ruchomą jaskinię, dziurawy wąwóz, spotkał ciekawych tambylców, to coś by się tam zadziało a sama droga nie dłużyłaby się w nieskończoność. A tak..... nudy, ciemność, spękane usta i wieczny grymas wykrzywienia na Frodowym cierpiącym licu. Wypisz wymaluj droga krzyżowa z Pasji Gibsona.
I jeszcze jedna istotna rzecz.
Jakby się tak głębiej zastanowić, to ten cały caluśki cykl to dzieło szowinisty.....
Tak, tak.
Przyjrzyjmy się rolom kobiet, a dokładniej ich postaciom.
Po pierwsze nie ma ich wiele bo to w końcu mężczyźni A- rządzą światem, B-ratują świat.
Mamy fajną Arvenę - niebylejaką elficę, bo z samego królewskiego rodu. Chociażby jak każdy elf powinna znać elficką magię, ma bliższy elficki kontakt z naturą. Mogła być pomocna drużynie pierścienia, mogła być niezbędna. A jak widział ją rubaszny Pan Tolkien?
Płaczącą kluseczkę, która tak się biedna zakochała w ludzkim facecie że tylko tęskniła, płakała, płakała, tęskniła, aż z tej szlochającej miłości postanowiła zrezygnować ze swojej natury, swojego gatunku, swojej rodziny żeby stać się zwykłym ludzikiem. W imię miłości oczywiście.
Co w tymczasie robi jej ukochany? Walczy, przeżywa przygody, niszczy zło, sieje zagładę wśród orków by ostatecznie uratować świat i stać się jego władcą (w części ludzkiej oczywiście). Muszę tu również wspomnieć o wodzeniu na pokuszenie pewnego dziewiczego serduszka. I nie zdobywa się nasz bohater na odwagę i szczerość mówiąc że serce zajęte przez inną na wieki wieków, bo po co. Lepiej bawić się uczuciami naiwnej owieczki..... a może i jakąś bazę uda się zaliczyć...
Jest i druga elfica - Galadriela. Chyba jeszcze wyżej postawiona w ichniej hierarchii. I co? I pstro. Dziewczyna prawie w ogóle nie ma głosu. No dobrze że tam czasem wpadnie na obiadek Gandalf, to sobie dziewczyna w myślach z czarownikiem pogada.
No i mamy Eowinę - niby na pierwszy rzut oka waleczną, niezależną laskę. Taki wyjątek potwierdzający regułę. Wujcio mówi: zostań i umieraj trochę później z innymi kobietami i dziećmi, jak już zwycięzcy pijani swoim sukcesem (i dumni że nas wszystkich powybijali) będą was bić, gwałcić i poniewierać w nieskończoność, bo kto im wtedy przerwie, a ona przywdziewa zbroję, łapie niziołka na konia i jadą ginąć o wolność. I nawet tam walczy na tym polu bitwy i nawet tam staje do nierównego pojedynku z orkiem desperacko próbując uratować życie wujkowi. Ale jak się tak bliżej jej przyjrzeć.... No dziewczyna dość niestabilna, żeby nie napisać niedorozwinięta emocjonalnie. Ginie jej kuzyn, prawie brat rzecby można, bo się razem we dwoje na zamku wychowywali. Powinno dziewczę choć z tydzień żałobnie pochlipać i kuzyna wspominać a tu obcy dziad w pałacu się zjawił i dziewczynka cała jego. Co tam wuj opętany przez Sarumana, co tam jeszcze ciepłe zwłoki kuzyna w grobie, co tam prawie koniec świata, mężczyzna pojawił się na horyzoncie. A że 83 lata ma... kto by się tam przejmował. A że nic o nim nie wie...... czy to ważne. I lgnie do niego, jak ćma do żarówki, prawie mu miłość na okrętkę wyznaje, ba nawet gotuje i to tylko po to żeby dwie sceny dalej łapać się, niby przypadkiem, za innego w balkonowej scenerii. Wyjątkowo kochliwe dzieciątko. I lekko niestabilne.
No a na deser mamy Różyczkę Cotton. Wcześniej przedstawiana nam jako lubująca wstążeczki właścicielka loków pojawia się tylko po to by z pełnym i wiecznym uśmiechem na ustach rozlewać męskim niziołkom (w tym pierwszemu wcieleniu Golluma :) zauważyłam) piwa , a potem posłużyć jako maszyna reprodukcyjna dla Sama. Bo przecież hobbicik do życia codziennego wrócić musi, a co go na miejscu lepiej utrzyma niż dobre bzykanko zakończone czasem stworzeniem kolejnego niziołkowatego potomka.
:)
O tym może kiedyś.....
Zaliczyłam wszystkie pierścienie!!!!!!
Koło życia zatoczyło okrąg!!!!
Dobra, trochę przesadzam z tym entuzjazmem i jeszcze okaże się zaraz że mój wpis jest bardziej epicki od ostatniej części z trylogii.
No niestety, do tej wielkiej chochli miodu jaką zapodałam wcześniej muszę dodać szczyptę dziekciu.
Nie wiem, ale ta ostatnia część, mimo że logiczna, mimo że wyjaśniająca wiele, mimo że nie epatująca przemocą, jakoś mnie osobiście rozczarowała.
Poznałam historię Golluma. Całą. Muszę przyznać ze zgrabnie wkomponowana, czytelna, bez zbędnego przedłużania i naruszania głównego wątku. Takie syntetyczne 300 lat w malutkiej pigułce o pysznym malinowym smaku. Oczywiście moja sympatia do tego exhobbita wyparowała, ale potrzebowałam do tego aż ponad 4 godziny ostatniej części. Nawet pierwsze zabójstwo nie było mnie jeszcze w stanie skłonić do zmiany mojej sympatii, dopiero odgryzienie połowy palca Froda podpisało na niego wyrok. Mam jednak jedno "ale" co do zbudowania tej postaci. Nie mogę już pisać że "kocham" ale mogę z czystym sumieniem nadal pisać że mimo wszystko podziwiam kreację Golluma upadłego i jego wewnętrznej walki nowego pierściennego sługusa z poczciwym hobbitkiem. Choć coś mi tu ewidentnie zgrzyta.
Dwie pierwsze części stworzyły w mojej głowie milutką postać do kochania i przytulania a tu zabójstwo z zimną krwią?...... Ktoś, kto widząc kawałeczek metalu, obojętne czy to pierścionek, zegarek rolex'a czy obrączka władzy, rzuca się przyjacielowi do szyi i bestialsko go zabija, nie może być dobrym człowiekiem. I nie kupuję wyjaśniania tego siłą oddziaływania biżuterii.
Po pierwsze i najważniejsze Sauron nie wyjawiał w tamtym czasie żadnej aktywności (a kompletnie nadaktywności) moc pierścienia nie mogła być taka obezwładniająca. Dodatkowo Gollum jest rasy hobbickiej, zatem mniej podatnej na jego magię (co udowodnili jego gatunkowi następcy) niż ludzie, lub jak Aragorn, ludziopodobni. Jakby tego było mało rządza świecidełka nastąpiła jeszcze przed kontaktem cielesnym. Dla mnie oznacza to że Gollum po prostu zabił kogoś dla bogactwa więc był od początku nędznym robakiem w swojej społeczności, a jeśli jeszcze pierścień w jakikolwiek sposób działał na niego w tamtej chwili, to był on nie tylko nędznym robakiem, ale jeszcze niezwykle słabym psychicznie nędznym robakiem rzezimieszkiem. I to nie pasuje mi do późniejszej kreacji takiego dobrodusznego, słodkiego, naiwnego potworka. Choć oczywiście nadal uważam, że pomysł na taką dwubiegunową postać skrajnie dobrą i złą jest zabiegiem fajnym (szczególnie dla aktora kreującego postać).
Tak sobie myślę, czy nie wystarczało zrobić go zabójcą przypadkowym. Popchniecie na kamień w trakcie szarpaniny, niecelowe zrzucenie z urwiska, złamanie karku o wiosło.... To nadal byłaby śmierć w walce o skarb władzy absolutnej, nadal powód by go wygnać, nadal powód dla postępującej degeneracji, ale większa wiarygodność dla tej czystej i dobrej strony Golluma.
Podoba mi się również, choć to pewnie zdecydowanie żeński punkt widzenia, że pomimo iż to w zasadzie część o samych wojnach i bitwach nie ma tu bezsensownej apoteozy zabijania. Nie ma sikajacej w stronę widza krwi, nie ma aż tak wiele fruwających ucinanych głów, rozczłonkowane kończyny nie walają się pod nogami bohaterów. Wszystko z umiarem.
Ze scen walecznych podobała mi się potyczka Legolasa z hiper mamutem. Zamiast bezsensownej przemocy inteligentny schemat punkt po punkcie jak powalić teoretycznie niepokonane.
Ne mogę też nie wspomnieć o zabawnym i zupełnie nieobciążającym fabuły wątku rywalizacji na zaliczanie orków pomiędzy wyżej wymienionym a krasnoludem Gimlim. Taki śródziemowy PlayStation dla tych dwojga.
Nie wiem czy jakiekolwiek znaczenie dla całego filmu miała historia końca Denethora -namiestnika państwa ludzkiego - poza oczywiście ukazaniem cierpienia z powodu straty syna w Drużynie Pierścienia (lepiej późno niż wcale?) ale dla mnie było to miłą odskocznią pomiędzy kolejnymi scenami walk. Na dodatek ciekawą odskocznią. Fajnie że się pojawił.
No i to by było na tyle dobrego, chyba.
Główny zarzut to ta wszechogarniająca szarość. Rozumiem, że to kontynuacja wycieczki z Shire i że skoro na początku było zielono to musi być ciemność bo im dalej w las......
Zrozumiałam również wagę oddziaływania pierścienia. Ale czy nie było jej za dużo? Wystarczająco sugestywny był kawałek poparzonej od łańcuszka szyi Froda. Jak na dłoni widać było ciężar i moc zła jaką musiał targać ten mały niziołek przez całe śródziemie - czyli jakieś ponad dziewięć godzin całej trylogii. Nie raz, nie dwa i nie trzy biedny Frodo musiał zamierać z tymi wybałuszonymi cudownie niebiesko wielkimi oczami i cierpiącą miną w poprzednich filmach. Po co jeszcze tutaj. Za dużo tego bólu wewnętrznego, za dużo.
No i ta droga.... niekończące się powulkanoczne przestrzenie po sam horyzont. Gdyby w drodze ten duet trafił jeszcze na atak mrówek mutantów, karczmę z rozrywkami, ruchomą jaskinię, dziurawy wąwóz, spotkał ciekawych tambylców, to coś by się tam zadziało a sama droga nie dłużyłaby się w nieskończoność. A tak..... nudy, ciemność, spękane usta i wieczny grymas wykrzywienia na Frodowym cierpiącym licu. Wypisz wymaluj droga krzyżowa z Pasji Gibsona.
I jeszcze jedna istotna rzecz.
Jakby się tak głębiej zastanowić, to ten cały caluśki cykl to dzieło szowinisty.....
Tak, tak.
Przyjrzyjmy się rolom kobiet, a dokładniej ich postaciom.
Po pierwsze nie ma ich wiele bo to w końcu mężczyźni A- rządzą światem, B-ratują świat.
Mamy fajną Arvenę - niebylejaką elficę, bo z samego królewskiego rodu. Chociażby jak każdy elf powinna znać elficką magię, ma bliższy elficki kontakt z naturą. Mogła być pomocna drużynie pierścienia, mogła być niezbędna. A jak widział ją rubaszny Pan Tolkien?
Płaczącą kluseczkę, która tak się biedna zakochała w ludzkim facecie że tylko tęskniła, płakała, płakała, tęskniła, aż z tej szlochającej miłości postanowiła zrezygnować ze swojej natury, swojego gatunku, swojej rodziny żeby stać się zwykłym ludzikiem. W imię miłości oczywiście.
Co w tymczasie robi jej ukochany? Walczy, przeżywa przygody, niszczy zło, sieje zagładę wśród orków by ostatecznie uratować świat i stać się jego władcą (w części ludzkiej oczywiście). Muszę tu również wspomnieć o wodzeniu na pokuszenie pewnego dziewiczego serduszka. I nie zdobywa się nasz bohater na odwagę i szczerość mówiąc że serce zajęte przez inną na wieki wieków, bo po co. Lepiej bawić się uczuciami naiwnej owieczki..... a może i jakąś bazę uda się zaliczyć...
Jest i druga elfica - Galadriela. Chyba jeszcze wyżej postawiona w ichniej hierarchii. I co? I pstro. Dziewczyna prawie w ogóle nie ma głosu. No dobrze że tam czasem wpadnie na obiadek Gandalf, to sobie dziewczyna w myślach z czarownikiem pogada.
No i mamy Eowinę - niby na pierwszy rzut oka waleczną, niezależną laskę. Taki wyjątek potwierdzający regułę. Wujcio mówi: zostań i umieraj trochę później z innymi kobietami i dziećmi, jak już zwycięzcy pijani swoim sukcesem (i dumni że nas wszystkich powybijali) będą was bić, gwałcić i poniewierać w nieskończoność, bo kto im wtedy przerwie, a ona przywdziewa zbroję, łapie niziołka na konia i jadą ginąć o wolność. I nawet tam walczy na tym polu bitwy i nawet tam staje do nierównego pojedynku z orkiem desperacko próbując uratować życie wujkowi. Ale jak się tak bliżej jej przyjrzeć.... No dziewczyna dość niestabilna, żeby nie napisać niedorozwinięta emocjonalnie. Ginie jej kuzyn, prawie brat rzecby można, bo się razem we dwoje na zamku wychowywali. Powinno dziewczę choć z tydzień żałobnie pochlipać i kuzyna wspominać a tu obcy dziad w pałacu się zjawił i dziewczynka cała jego. Co tam wuj opętany przez Sarumana, co tam jeszcze ciepłe zwłoki kuzyna w grobie, co tam prawie koniec świata, mężczyzna pojawił się na horyzoncie. A że 83 lata ma... kto by się tam przejmował. A że nic o nim nie wie...... czy to ważne. I lgnie do niego, jak ćma do żarówki, prawie mu miłość na okrętkę wyznaje, ba nawet gotuje i to tylko po to żeby dwie sceny dalej łapać się, niby przypadkiem, za innego w balkonowej scenerii. Wyjątkowo kochliwe dzieciątko. I lekko niestabilne.
No a na deser mamy Różyczkę Cotton. Wcześniej przedstawiana nam jako lubująca wstążeczki właścicielka loków pojawia się tylko po to by z pełnym i wiecznym uśmiechem na ustach rozlewać męskim niziołkom (w tym pierwszemu wcieleniu Golluma :) zauważyłam) piwa , a potem posłużyć jako maszyna reprodukcyjna dla Sama. Bo przecież hobbicik do życia codziennego wrócić musi, a co go na miejscu lepiej utrzyma niż dobre bzykanko zakończone czasem stworzeniem kolejnego niziołkowatego potomka.
:)
niedziela, 4 stycznia 2015
No nareszcie widzę sens w tych pierścieniach
I stała się jasność. Nareszcie.
Po dziesięciu latach.
W moim skromnym życiu kino nigdy nie odgrywało jakoś znaczącej roli.
Będąc pacholęciem, w domu moim, nie praktykowało się zwyczaju wydawania srebrników na kieszonkowe, a to co udawało mi się uzbierać przy okazji dnia imienia czy rocznicy powicia, jako oszczędnej w genach, zawsze odkładałam na wyższy i szczytniejszy cel na bilet do kina.
I oczywiście mogłabym poruszyć tu kwestię chorendalnych wręcz chorobliwie wysokich stawek dla aktorów, tak abstrakcyjnych dla normalnego zjadacza chleba, które nie tylko mają wpływ na niesprawiedliwy i nieetyczny wręcz podział majątku doprowadzając do takich anomalii, gdzie jakaś "gwiazdka" "gwiazdeczka" "gwiazdunia" "celebrunia" wydaje setki tysięcy euro czy dolarów na jeden wypad odrzutowcem do jakiegoś butiku po idiotycznie drogi designerski płaszcz, gdy w innej części świata ten ekwiwalent zakupowy nakarmiłby przymierającą głodem i ubóstwem wioskę przez trzy, cztery miesiące. Gdzie z powodu nienormalnego bogactwa taka "gwiazdka" "gwiazdeczka" "gwiazdunia" "celebrunia" ulega procesowi degeneracji tylko dlatego że ją na to stać i gwałci, strzela, rozjeżdża po pijaku, pod wpływem narkotyków, bo bogaty może więcej. Może w zasadzie wszystko.
Ale dziś nie o tym.
Wielokrotnie namawiana byłam na zapoznanie się z dziedzictwem Pana Tolkiena. I nie chodziło tu tylko o przeczytanie jego książek, choć jako sporadyczny czytelnik (na warunki polskie i tak powyżej średniej :) ) wiem, że w wielu przypadkach co papierowy pierwowzór to pierwowzór.
Czytając książki, oczami wyobraźni, stwarzamy sobie własne wyobrażenie danego królestwa, domu, okolic, zamków, świątyń, lasów czy samych bohaterów. A przecież ci najmądrzejsi, najbardziej bohaterscy, najpiękniejsi mogą mieć nawet czasem i naszą twarz....
Wyjątkiem od takiej reguły są badziewne "Pamiętniki Wampirów"
(p.s. właśnie uzmysłowiłam sobie, że to ostatnie zapisane zdanie wyśniłam sobie niedawno, ale to nie pierwszy raz kiedy taka rzecz mi się zdarza)
Jednak i ich powstanie miało jakiś głębszy sens ponieważ stały się bazą pod ciekawy (przynajmniej przez pierwsze cztery sezony) serial.
Drugim wyjątkiem jest Gra o tron, gdzie wydaje mi się iż każde zdanie Pana Martina jest odzwierciedlone dokładnie na szklanym ekranie, ale w tym przypadku na książkę przypada cały sezon odcinków a Pan P. Jackson jeden tom musiał upchnąć w trzech godzinach.
Wracając jednak do wątku głównego. Ponieważ dawno temu powiedziano mi iż sam początek "Władcy Pierścieni" jest prawie niekończącym się opisem tamtej rzeczywistości, od początku się do tego dzieła uprzedziłam. Tak skutecznie, że obszedł mnie nawet bum na kinowe ekranizacje tego dzieła. Oczywiście było głośno, było wszędzie, była pierścieniomania. Ja jednak zostałam na to odporna.
Po dłuższej przerwie drużyna pierścienia została znów aktywowana trylogią Hobbitów, ale jak nie podbił mojego serca Gandalf z Frodo we Władcy Pierścienia, to i w duecie z Bilbo w Hobbicie nie miał szans.
Jednak jedna taka uparta Tolkienowsko-Jackson'owa fanka, wytrawna czytelniczka dzieł niezliczonych nie dawała się tak łatwo zniechęcić i nigdy się nie poddała. I to za jej namową zasiadłam raz , drugi a nawet trzeci przed telewizorem by obejrzeć to epickie "jubilerskie" dzieło, ale nic z tego nie kumałam. No nic kompletnie. Czarna dziura.
Dwóch kurdupelków idzie oddać komuś obrączkę, której wcale nie chcą oddać, w tle ścigający komplet dwóch innych kurdupelków, elf z wiecznie umorusanym facetem i krasnoludem, a kim są te dwa inne kurduple, które idą gdzieś, też niewiadomo gdzie i niewiadomo dlaczego, a sam pierścień, znaczy ta obrączka, jest niewiadomo czym.
Bo pisać trylogie, o tym jak ktoś przez pewnie jakiś tysiąc stron idzie gdzieś z kawałkiem biżuterii, z mało łączącym się, ale za to przeplatanym wątkiem drugiego pościgu jest nie tylko mało interesujące, ale jest mało sensowne, mało spójne i trochę mało logiczne. No chyba że ja jestem guła.
I trzy razy podchodziłam do filmu z najlepszymi chęciami, i trzy razy przegrałam.
Aż tu nagle... no może nie tak nagle, jednak mimo wszystko zaskakująco TVN wyświetla Hobbita część pierwszą.
Wiem, od tej upartej pierścieniowej fanki, że Hobbit jest dość poważnie połączony z Władcą Pierścieni, że to taki powrót do przeszłości ale że po pierwsze, nie było interesującej alternatywy na innych kanałach. Po drugie, będąc w nieco gorszym fizycznym samopoczuciu potrzebowałam lekkiej i miłej rozrywki do relaksu, a po trzecie "Hobbit" brzmi zupełnie inaczej niż "Władca pierścieni", bardziej przyjaźnie, zawadiacko i co najważniejsze bez nawiązania do tej nielogicznej biżuterii postanowiłam go obejrzeć. Jak na zachętę i potwierdzenie moich optymistycznych założeń początek filmu a tu na ekranie piękna wiosenna aura, zielona trawa, hobbickie śliczne domki, kwiatuszki. A im dalej w las tym więcej..... logiki. Zbiera się grupa krasnoludów która chce odbić zawładnięty przez smoka swój zamek wraz ze swoim królestwem, potrzebują hobbita żeby ukradł jakiś tam kryształ - insygnia władzy i idą to osiągnąć. Jasno, czytelnie, klarownie, sensownie.
A że przy okazji historii pokazana była piękna przyroda, szczególnie ta elficka kraina, nabrałam ochoty na obejrzenie drugiej i trzeciej części.
I jakby tego było mało, w głowie zaczęła mi świtać myśl ze skoro ten sam autor książki, ten sam autor scenariusza, ten sam reżyser to przecież i "Władca Pierścieni" nie może być tak oderwany od rzeczywistości i logikę winien również posiadać.
No i sobie pierwszą część "Drużyny Pierścenia" zapodałam.
Droga Tolkienowsko-Jackson'owa Fanko,
Wybacz ze tyle czasu wątpiłam w Twój literacko-filmowy gust. Wybacz, że do mojej rycerskiej zakutej głowy nie mógł dojść Twój żaden argument. Wybacz, ze tyle czasu z uporem maniaka obstawałam przy jawnym krytykowaniu tego zacnego dzieła....
Ja po prostu nigdy nie zaczęłam oglądać tej trylogii od początku. Owszem, udał mi się zasiąść przed ekranem i to dwukrotnie przy napisach początkowych, ale do drugiej części. Pierwszy film oglądałam w przeszłości tylko w kilku fragmentach. Stąd ten brak jakiejkolwiek logiki i sensu.
Teraz już wiem, że pierwsze minuty "Drużyny Pierścienia" wyjaśniają wszystko.
Już rozumiem dlaczego Gandalf biały walczy z innym białym Gandalfem (który jest też białym, ale niekoniecznie Gandalfem)
Znam historię pierścienia - tego ostatniego który włada wszystkimi a zatem i wszystkim :)
Wiem czemu ta niezdara Frodo miał go zniszczyć a nie jakiś super zgrabny elfik.
No i wiem że chłopaki wszystkie razem w tą podróż się wybrały, tylko znów ta niezdara postanowiła wszystko utrudnić :)
Nie obejrzałam jeszcze wszystkiego. Czeka mnie ostatnia część Hobbita, bo z racji niedawnej premiery jest jeszcze niedostępna poza kinem. Pomyślałam nawet o wybraniu się do kina, kto wie może nawet na wersję 3D, ale komentarze osób które ją już widziały, nie są powalające. Poczekam więc na inne nośniki :)
Władcy pierścieni zaliczyłam też półtora filmu, a i resztę nadrobię dość szybko, jednak zaczęły dręczyć mnie pewne wątpliwości i pytania. Liczę na to że odpowiedź jest gdzieś ukryta na stronicach książki, jednak ze nie podejrzewam abym ją w najbliższym czasie czytała zwracam się z nimi do mojej Fanki
1. Dlaczego Hobbity mają takie nieproporcjonalnie wielkie stopy. Dlaczego również, skoro odczuwają zimno jak zwykli ludzie (sugeruje to inna, ciepła garderoba przy oziębieniu klimatu) na zimę nie chodzą w butach. Czyżby stopy nic nie odczuwały? Dupka marznie w ciepłym płaszczu a gołe girki hasają po śniegu bez większych konsekwencji?
2. Czy krasnale nosy osiągają takie gigantyczne rozmiary dopiero po osiągnieciu jakiegoś wieku? Następca krasnoludowego tronu oraz dwójka jego jeszcze młodych bratanków posiada normalnej wielkości narząd węchu. Mogłabym to zrzucić na królewskie pochodzenie, ale i ojciec i dziadek Thorina to właściciele ogromnych nochali.
3. Czy Legolas we Władcy Pierścienia jest już bardzo starym elfem? W Hobbicie patrząc na niego i Tauriel po samym tańcu ruchów (bo nie można tego nazwać samym poruszaniem się) i szybkości z jaką ganiają orki widać ze to elfy z krwi i kości. No we Władcy jest toporny i ciężki. Jak zwykły człowiek. Nie rozumiem również jakim cudem podczas tego biegania i poszukiwania porwanych niziołków człowiek jest w stanie dotrzymać mu kroku, ba, jakim cudem krasnal - stary, gruby, o dwa razy krótszych nogach, jest w stanie biec razem z nimi. Czy jest to w książce jakoś wytłumaczone?
4. Dlaczego Frodo, pierwszej potomek linii Bilbo, jego syn, jest taki mało rozwinięty. Tata - trzymając pierwszy raz miecz w ręku umiał nim władać na tyle skutecznie, ze nawet stanął do walki z orkiem i poniekąd uratował krasnoludowego księcia. Walczył ze smokiem, miał dużo logicznych i pomysłowych pomysłów. A syn..... no niezdara..... kompletna sierota. Jak cos może pójść nie tak, to on to zaliczy, na pewno. Czy Frodo nie ma jakiegoś błędu generycznego w swoim DNA? może jakiś czar czy co?
5. Gollum - no jedna wielka zagadka. Liczę, że jeszcze przez te półtora filmu któe mi zostało dowiem się o nim trochę więcej. Póki co wiem tylko, że jest byłym elfem. ALe bardzo zastanawia mnie jego naturalna poddańczość. Patrząc na wszystkie elfy trudno zauwazyc u nich choć odrobinę takiej służalczości. To bardzo dumny, wyniosły ród z niezwykle wysoką samooceną. A Gollum'ek... plecy zgarbione, głowa zawsze nisko, do każdego zwraca się "Panie". No rozumiem, że obiecał służyć pierścieniowi bo go posiadając zdążył się uzależnić, ale służyć tej gapie Frodowi? I to służyć by pomóc pierścień zniszczyć? I czemu ma on rozdwojenie jaźni. Dlaczego dla niego jest ich dwóch?
Z niecierpliwością oczekuję na wyjaśnienie moich pytań i wątpliwości tymczasem wracam do świata magii do Mordoru
Po dziesięciu latach.
W moim skromnym życiu kino nigdy nie odgrywało jakoś znaczącej roli.
Będąc pacholęciem, w domu moim, nie praktykowało się zwyczaju wydawania srebrników na kieszonkowe, a to co udawało mi się uzbierać przy okazji dnia imienia czy rocznicy powicia, jako oszczędnej w genach, zawsze odkładałam na wyższy i szczytniejszy cel na bilet do kina.
I oczywiście mogłabym poruszyć tu kwestię chorendalnych wręcz chorobliwie wysokich stawek dla aktorów, tak abstrakcyjnych dla normalnego zjadacza chleba, które nie tylko mają wpływ na niesprawiedliwy i nieetyczny wręcz podział majątku doprowadzając do takich anomalii, gdzie jakaś "gwiazdka" "gwiazdeczka" "gwiazdunia" "celebrunia" wydaje setki tysięcy euro czy dolarów na jeden wypad odrzutowcem do jakiegoś butiku po idiotycznie drogi designerski płaszcz, gdy w innej części świata ten ekwiwalent zakupowy nakarmiłby przymierającą głodem i ubóstwem wioskę przez trzy, cztery miesiące. Gdzie z powodu nienormalnego bogactwa taka "gwiazdka" "gwiazdeczka" "gwiazdunia" "celebrunia" ulega procesowi degeneracji tylko dlatego że ją na to stać i gwałci, strzela, rozjeżdża po pijaku, pod wpływem narkotyków, bo bogaty może więcej. Może w zasadzie wszystko.
Ale dziś nie o tym.
Wielokrotnie namawiana byłam na zapoznanie się z dziedzictwem Pana Tolkiena. I nie chodziło tu tylko o przeczytanie jego książek, choć jako sporadyczny czytelnik (na warunki polskie i tak powyżej średniej :) ) wiem, że w wielu przypadkach co papierowy pierwowzór to pierwowzór.
Czytając książki, oczami wyobraźni, stwarzamy sobie własne wyobrażenie danego królestwa, domu, okolic, zamków, świątyń, lasów czy samych bohaterów. A przecież ci najmądrzejsi, najbardziej bohaterscy, najpiękniejsi mogą mieć nawet czasem i naszą twarz....
Wyjątkiem od takiej reguły są badziewne "Pamiętniki Wampirów"
(p.s. właśnie uzmysłowiłam sobie, że to ostatnie zapisane zdanie wyśniłam sobie niedawno, ale to nie pierwszy raz kiedy taka rzecz mi się zdarza)
Jednak i ich powstanie miało jakiś głębszy sens ponieważ stały się bazą pod ciekawy (przynajmniej przez pierwsze cztery sezony) serial.
Drugim wyjątkiem jest Gra o tron, gdzie wydaje mi się iż każde zdanie Pana Martina jest odzwierciedlone dokładnie na szklanym ekranie, ale w tym przypadku na książkę przypada cały sezon odcinków a Pan P. Jackson jeden tom musiał upchnąć w trzech godzinach.
Wracając jednak do wątku głównego. Ponieważ dawno temu powiedziano mi iż sam początek "Władcy Pierścieni" jest prawie niekończącym się opisem tamtej rzeczywistości, od początku się do tego dzieła uprzedziłam. Tak skutecznie, że obszedł mnie nawet bum na kinowe ekranizacje tego dzieła. Oczywiście było głośno, było wszędzie, była pierścieniomania. Ja jednak zostałam na to odporna.
Po dłuższej przerwie drużyna pierścienia została znów aktywowana trylogią Hobbitów, ale jak nie podbił mojego serca Gandalf z Frodo we Władcy Pierścienia, to i w duecie z Bilbo w Hobbicie nie miał szans.
Jednak jedna taka uparta Tolkienowsko-Jackson'owa fanka, wytrawna czytelniczka dzieł niezliczonych nie dawała się tak łatwo zniechęcić i nigdy się nie poddała. I to za jej namową zasiadłam raz , drugi a nawet trzeci przed telewizorem by obejrzeć to epickie "jubilerskie" dzieło, ale nic z tego nie kumałam. No nic kompletnie. Czarna dziura.
Dwóch kurdupelków idzie oddać komuś obrączkę, której wcale nie chcą oddać, w tle ścigający komplet dwóch innych kurdupelków, elf z wiecznie umorusanym facetem i krasnoludem, a kim są te dwa inne kurduple, które idą gdzieś, też niewiadomo gdzie i niewiadomo dlaczego, a sam pierścień, znaczy ta obrączka, jest niewiadomo czym.
Bo pisać trylogie, o tym jak ktoś przez pewnie jakiś tysiąc stron idzie gdzieś z kawałkiem biżuterii, z mało łączącym się, ale za to przeplatanym wątkiem drugiego pościgu jest nie tylko mało interesujące, ale jest mało sensowne, mało spójne i trochę mało logiczne. No chyba że ja jestem guła.
I trzy razy podchodziłam do filmu z najlepszymi chęciami, i trzy razy przegrałam.
Aż tu nagle... no może nie tak nagle, jednak mimo wszystko zaskakująco TVN wyświetla Hobbita część pierwszą.
Wiem, od tej upartej pierścieniowej fanki, że Hobbit jest dość poważnie połączony z Władcą Pierścieni, że to taki powrót do przeszłości ale że po pierwsze, nie było interesującej alternatywy na innych kanałach. Po drugie, będąc w nieco gorszym fizycznym samopoczuciu potrzebowałam lekkiej i miłej rozrywki do relaksu, a po trzecie "Hobbit" brzmi zupełnie inaczej niż "Władca pierścieni", bardziej przyjaźnie, zawadiacko i co najważniejsze bez nawiązania do tej nielogicznej biżuterii postanowiłam go obejrzeć. Jak na zachętę i potwierdzenie moich optymistycznych założeń początek filmu a tu na ekranie piękna wiosenna aura, zielona trawa, hobbickie śliczne domki, kwiatuszki. A im dalej w las tym więcej..... logiki. Zbiera się grupa krasnoludów która chce odbić zawładnięty przez smoka swój zamek wraz ze swoim królestwem, potrzebują hobbita żeby ukradł jakiś tam kryształ - insygnia władzy i idą to osiągnąć. Jasno, czytelnie, klarownie, sensownie.
A że przy okazji historii pokazana była piękna przyroda, szczególnie ta elficka kraina, nabrałam ochoty na obejrzenie drugiej i trzeciej części.
I jakby tego było mało, w głowie zaczęła mi świtać myśl ze skoro ten sam autor książki, ten sam autor scenariusza, ten sam reżyser to przecież i "Władca Pierścieni" nie może być tak oderwany od rzeczywistości i logikę winien również posiadać.
No i sobie pierwszą część "Drużyny Pierścenia" zapodałam.
Droga Tolkienowsko-Jackson'owa Fanko,
Wybacz ze tyle czasu wątpiłam w Twój literacko-filmowy gust. Wybacz, że do mojej rycerskiej zakutej głowy nie mógł dojść Twój żaden argument. Wybacz, ze tyle czasu z uporem maniaka obstawałam przy jawnym krytykowaniu tego zacnego dzieła....
Ja po prostu nigdy nie zaczęłam oglądać tej trylogii od początku. Owszem, udał mi się zasiąść przed ekranem i to dwukrotnie przy napisach początkowych, ale do drugiej części. Pierwszy film oglądałam w przeszłości tylko w kilku fragmentach. Stąd ten brak jakiejkolwiek logiki i sensu.
Teraz już wiem, że pierwsze minuty "Drużyny Pierścienia" wyjaśniają wszystko.
Już rozumiem dlaczego Gandalf biały walczy z innym białym Gandalfem (który jest też białym, ale niekoniecznie Gandalfem)
Znam historię pierścienia - tego ostatniego który włada wszystkimi a zatem i wszystkim :)
Wiem czemu ta niezdara Frodo miał go zniszczyć a nie jakiś super zgrabny elfik.
No i wiem że chłopaki wszystkie razem w tą podróż się wybrały, tylko znów ta niezdara postanowiła wszystko utrudnić :)
Nie obejrzałam jeszcze wszystkiego. Czeka mnie ostatnia część Hobbita, bo z racji niedawnej premiery jest jeszcze niedostępna poza kinem. Pomyślałam nawet o wybraniu się do kina, kto wie może nawet na wersję 3D, ale komentarze osób które ją już widziały, nie są powalające. Poczekam więc na inne nośniki :)
Władcy pierścieni zaliczyłam też półtora filmu, a i resztę nadrobię dość szybko, jednak zaczęły dręczyć mnie pewne wątpliwości i pytania. Liczę na to że odpowiedź jest gdzieś ukryta na stronicach książki, jednak ze nie podejrzewam abym ją w najbliższym czasie czytała zwracam się z nimi do mojej Fanki
1. Dlaczego Hobbity mają takie nieproporcjonalnie wielkie stopy. Dlaczego również, skoro odczuwają zimno jak zwykli ludzie (sugeruje to inna, ciepła garderoba przy oziębieniu klimatu) na zimę nie chodzą w butach. Czyżby stopy nic nie odczuwały? Dupka marznie w ciepłym płaszczu a gołe girki hasają po śniegu bez większych konsekwencji?
2. Czy krasnale nosy osiągają takie gigantyczne rozmiary dopiero po osiągnieciu jakiegoś wieku? Następca krasnoludowego tronu oraz dwójka jego jeszcze młodych bratanków posiada normalnej wielkości narząd węchu. Mogłabym to zrzucić na królewskie pochodzenie, ale i ojciec i dziadek Thorina to właściciele ogromnych nochali.
3. Czy Legolas we Władcy Pierścienia jest już bardzo starym elfem? W Hobbicie patrząc na niego i Tauriel po samym tańcu ruchów (bo nie można tego nazwać samym poruszaniem się) i szybkości z jaką ganiają orki widać ze to elfy z krwi i kości. No we Władcy jest toporny i ciężki. Jak zwykły człowiek. Nie rozumiem również jakim cudem podczas tego biegania i poszukiwania porwanych niziołków człowiek jest w stanie dotrzymać mu kroku, ba, jakim cudem krasnal - stary, gruby, o dwa razy krótszych nogach, jest w stanie biec razem z nimi. Czy jest to w książce jakoś wytłumaczone?
4. Dlaczego Frodo, pierwszej potomek linii Bilbo, jego syn, jest taki mało rozwinięty. Tata - trzymając pierwszy raz miecz w ręku umiał nim władać na tyle skutecznie, ze nawet stanął do walki z orkiem i poniekąd uratował krasnoludowego księcia. Walczył ze smokiem, miał dużo logicznych i pomysłowych pomysłów. A syn..... no niezdara..... kompletna sierota. Jak cos może pójść nie tak, to on to zaliczy, na pewno. Czy Frodo nie ma jakiegoś błędu generycznego w swoim DNA? może jakiś czar czy co?
5. Gollum - no jedna wielka zagadka. Liczę, że jeszcze przez te półtora filmu któe mi zostało dowiem się o nim trochę więcej. Póki co wiem tylko, że jest byłym elfem. ALe bardzo zastanawia mnie jego naturalna poddańczość. Patrząc na wszystkie elfy trudno zauwazyc u nich choć odrobinę takiej służalczości. To bardzo dumny, wyniosły ród z niezwykle wysoką samooceną. A Gollum'ek... plecy zgarbione, głowa zawsze nisko, do każdego zwraca się "Panie". No rozumiem, że obiecał służyć pierścieniowi bo go posiadając zdążył się uzależnić, ale służyć tej gapie Frodowi? I to służyć by pomóc pierścień zniszczyć? I czemu ma on rozdwojenie jaźni. Dlaczego dla niego jest ich dwóch?
Z niecierpliwością oczekuję na wyjaśnienie moich pytań i wątpliwości tymczasem wracam do świata magii do Mordoru
środa, 31 grudnia 2014
Jeszcze w lekko w świątecznym klimacie
Ponieważ jeszcze jesteśmy w samym epicentrum świąteczno-poświatecznej zakupowej gorączki postanowiłam dziś delikatnie o ten temat zahaczyć. Bo czy w ciągu całego roku jest lepszy moment do zadumy na temat wpływu reklamy na nasze życie, od okresu przedwigilijnego czy powigilijnych wyprzedaży?
Nie bez powodu ozdoby choinkowe pojawiają się w centrach handlowych coraz szybciej.
Jeszcze nie tak dawno oburzano się na pierwsze niewinne wyglądanie, zza sklepowych regałów, mikołajowych czekoladowych główek zaraz po Święcie Zmarłych, bo przecież choinki wyrastały dopiero po magicznej wizycie bucianego Mikołaja. Pewnie, jak to na świętego przystało, podczas nocnej dostawy prezentów dla grzecznych posiadaczy czystych butów, gdzieś tam niechcący, przemycał na ubranku, czy nawet celowo, nasionka pięknie już ustrojonych choinek, które w dosłownie chwilę wyrastały na dostojne drzewka.
Ale w tym roku, już zaraz na początku listopada, wpadłam do wystrojonych, w kompletnie ubrane drzewka choinkowe, galerii handlowych. I to zdecydowanie nie była sprawka sympatycznego starszego Pana z ogromną białą brodą i w czerwonym ubraniu. Żaden przypadek.
Czyste, przemyślane, wyuczone i zaplanowane działanie marketingowe
Bo przecież każdy wie, nawet małe dzieciaczki, że reklama jest dźwignią handlu.
I tak na marginesie, chciałabym sobie pozwolić na pewna reklamową aluzję :)
Dzięki właśnie świątecznej reklamie chyba już wiem dlaczego część moich wiernych czytelniczek porzuciła Alior Bank. Bo na Boga, jaka dziewczyna z uśmiechem na ustach ma ochotę latać w firmowym uniformie po dworze , w nieporęcznym długaśnym szalu, z wielką łopatą i odśnieżać place, uliczki po to by ułatwić wzięcie pożyczki - a co za tym idzie wyrobić swój miesięczny plan :P
Ale wracając do tematu...
Tak się jakoś stało, że i w mojej rodzinie postanowiono wykorzystywać "magię" świąt próbując dorabiać sobie na rękodziele. Takie ręcznie robione ozdoby, czy z okazji bożego narodzenia, czy przy okazji świąt wielkiej nocy mogą znajdować łatwiej nabywców. W końcu są unikatowe.
No i oczywiście, w tych przypadkach stosuje się najbardziej skuteczną formę dystrybucji czyli marketing bezpośredni.
Przecież nawet gdyby nie chciało się kupić takich gadżetów, lub przynajmniej się ich nie planowało nabyć, to dużo trudniej jest powiedzieć "nie" koleżance z pracy. W końcu w domu siedziała żeby to stworzyć, spakowała i przytaskała do pracy, w końcu cały następy rok będziemy prawdopodobnie dalej ze sobą pracować, siadać do śniadania, mijać w korytarzu, stać obok siebie na firmowych zebraniach..... no i nie można zapomnieć o tym co sobie inne/inni pomyślą, jeśli nic nie kupię.
To bardzo dobre rozwiązanie, niezwykle wydajne. Ma tylko jedną małą wadę.
Jeśli nie zmienia się drastycznie asortymentu, z roku na rok coraz trudniej znaleźć nabywców. Zresztą, nawet przy oferowaniu za każdym razem rzeczy nowych i świeżych rynek nabywców, tak czy inaczej, raczej prędzej niż później zostanie nasycony.
Bo można mieć w szafie trzydzieści sukienek i kupić trzydziestą pierwszą bez większych wyrzutów. Bo można być właścicielem osiemnastu par butów i mieć ochotę na kolejną. W końcu rok ma 365 dni czyli najmniej dokładnie tyle okazji żeby ich użyć.
Święta natomiast to tylko dwa-trzy tygodnie w roku....ileż bałwanków, choineczek, gwiazdeczek, aniołków czy bombek można upchnąć w swoim niewielkim M a jeszcze te ozdoby cały rok trzeba gdzieś upchnąć w szafach....
Więc trzeba poszerzać rynki zbytu.
Jak to zrobić przy minimalnym wysiłku i nakładzie?
Media społecznościowe.
Można zakładać facebook'owe konta "nienawidzę reklamy ME" "jedno zdjęcie Lindy" "wszystko mnie wkurwia" to czemu nie założyć konta "ozdoby świąteczne" czy "bałwanki na Boże Narodzenie".
Lekko łatwo i przyjemnie. A jak konto założone, wystarczy tylko wrzucić kilka dobrych fotek dodać fajny, zachęcający do kupna komentarz. I to cała filozofia.
Tyle. Właśnie. Niewiele.
A jednak.....
Żeby zrobić ciekawy opis trzeba mieć najpierw na niego pomysł, pomysł który potem trzeba ubrać jeszcze w słowa. A to wymaga zaangażowania, wymaga czasu. Przecież gdyby to było takie proste i nieczasochłonne firmy reklamowo-marketingowe niemiałby racji bytu.
Potrzebne jest też dobre zdjęcie.
Bo samo zdjęcie nie problem zrobić w dzisiejszych czasach. Są aparaty, kamery, smartfony, telefony. Przecież zalewają nas właściwie takie zdjęcia umieszczane w internecie.
Fajne zdjęcie to coś więcej niż zwykła fotka czy niedbałe selfie z rączki. Żeby zrobić fajne zdjęcie potrzeba czegoś więcej niż tylko sprzętu fotografującego.
Bo oczywiście można tak:
Nie bez powodu ozdoby choinkowe pojawiają się w centrach handlowych coraz szybciej.
Jeszcze nie tak dawno oburzano się na pierwsze niewinne wyglądanie, zza sklepowych regałów, mikołajowych czekoladowych główek zaraz po Święcie Zmarłych, bo przecież choinki wyrastały dopiero po magicznej wizycie bucianego Mikołaja. Pewnie, jak to na świętego przystało, podczas nocnej dostawy prezentów dla grzecznych posiadaczy czystych butów, gdzieś tam niechcący, przemycał na ubranku, czy nawet celowo, nasionka pięknie już ustrojonych choinek, które w dosłownie chwilę wyrastały na dostojne drzewka.
Ale w tym roku, już zaraz na początku listopada, wpadłam do wystrojonych, w kompletnie ubrane drzewka choinkowe, galerii handlowych. I to zdecydowanie nie była sprawka sympatycznego starszego Pana z ogromną białą brodą i w czerwonym ubraniu. Żaden przypadek.
Czyste, przemyślane, wyuczone i zaplanowane działanie marketingowe
Bo przecież każdy wie, nawet małe dzieciaczki, że reklama jest dźwignią handlu.
I tak na marginesie, chciałabym sobie pozwolić na pewna reklamową aluzję :)
Dzięki właśnie świątecznej reklamie chyba już wiem dlaczego część moich wiernych czytelniczek porzuciła Alior Bank. Bo na Boga, jaka dziewczyna z uśmiechem na ustach ma ochotę latać w firmowym uniformie po dworze , w nieporęcznym długaśnym szalu, z wielką łopatą i odśnieżać place, uliczki po to by ułatwić wzięcie pożyczki - a co za tym idzie wyrobić swój miesięczny plan :P
Ale wracając do tematu...
Tak się jakoś stało, że i w mojej rodzinie postanowiono wykorzystywać "magię" świąt próbując dorabiać sobie na rękodziele. Takie ręcznie robione ozdoby, czy z okazji bożego narodzenia, czy przy okazji świąt wielkiej nocy mogą znajdować łatwiej nabywców. W końcu są unikatowe.
No i oczywiście, w tych przypadkach stosuje się najbardziej skuteczną formę dystrybucji czyli marketing bezpośredni.
Przecież nawet gdyby nie chciało się kupić takich gadżetów, lub przynajmniej się ich nie planowało nabyć, to dużo trudniej jest powiedzieć "nie" koleżance z pracy. W końcu w domu siedziała żeby to stworzyć, spakowała i przytaskała do pracy, w końcu cały następy rok będziemy prawdopodobnie dalej ze sobą pracować, siadać do śniadania, mijać w korytarzu, stać obok siebie na firmowych zebraniach..... no i nie można zapomnieć o tym co sobie inne/inni pomyślą, jeśli nic nie kupię.
To bardzo dobre rozwiązanie, niezwykle wydajne. Ma tylko jedną małą wadę.
Jeśli nie zmienia się drastycznie asortymentu, z roku na rok coraz trudniej znaleźć nabywców. Zresztą, nawet przy oferowaniu za każdym razem rzeczy nowych i świeżych rynek nabywców, tak czy inaczej, raczej prędzej niż później zostanie nasycony.
Bo można mieć w szafie trzydzieści sukienek i kupić trzydziestą pierwszą bez większych wyrzutów. Bo można być właścicielem osiemnastu par butów i mieć ochotę na kolejną. W końcu rok ma 365 dni czyli najmniej dokładnie tyle okazji żeby ich użyć.
Święta natomiast to tylko dwa-trzy tygodnie w roku....ileż bałwanków, choineczek, gwiazdeczek, aniołków czy bombek można upchnąć w swoim niewielkim M a jeszcze te ozdoby cały rok trzeba gdzieś upchnąć w szafach....
Więc trzeba poszerzać rynki zbytu.
Jak to zrobić przy minimalnym wysiłku i nakładzie?
Media społecznościowe.
Można zakładać facebook'owe konta "nienawidzę reklamy ME" "jedno zdjęcie Lindy" "wszystko mnie wkurwia" to czemu nie założyć konta "ozdoby świąteczne" czy "bałwanki na Boże Narodzenie".
Lekko łatwo i przyjemnie. A jak konto założone, wystarczy tylko wrzucić kilka dobrych fotek dodać fajny, zachęcający do kupna komentarz. I to cała filozofia.
Tyle. Właśnie. Niewiele.
A jednak.....
Żeby zrobić ciekawy opis trzeba mieć najpierw na niego pomysł, pomysł który potem trzeba ubrać jeszcze w słowa. A to wymaga zaangażowania, wymaga czasu. Przecież gdyby to było takie proste i nieczasochłonne firmy reklamowo-marketingowe niemiałby racji bytu.
Potrzebne jest też dobre zdjęcie.
Bo samo zdjęcie nie problem zrobić w dzisiejszych czasach. Są aparaty, kamery, smartfony, telefony. Przecież zalewają nas właściwie takie zdjęcia umieszczane w internecie.
Fajne zdjęcie to coś więcej niż zwykła fotka czy niedbałe selfie z rączki. Żeby zrobić fajne zdjęcie potrzeba czegoś więcej niż tylko sprzętu fotografującego.
Bo oczywiście można tak:



Tylko czy taka "reklama" zachęca kogokolwiek do zakupu?
Może i poszło szybko, ale czy naprawdę zachęcająco?
Czy te zdjęcia proszą się o zakup?
W końcu przecież powinny - chęć posiadania przekłada się bezpośrednio na zarobioną kasę.
A przecież można było tak:
Ten sam produkt. Tylko ujęcie jakieś trochę inne.
Oczywiście wymagało to znalezienia odpowiedniego obrusa, kilku świątecznych ozdób, najkorzystniejszego ich ułożenia, odpowiedniego doświetlenia.....
Oczywiście wymagało to znalezienia odpowiedniego obrusa, kilku świątecznych ozdób, najkorzystniejszego ich ułożenia, odpowiedniego doświetlenia.....
Tak około trzy godziny pracy......
Można powiedzieć, że niepotrzebny burdel, niepotrzebne zamieszanie, niepotrzebna strata czasu....
Ja jednak wolę myśleć, że jeśli już coś się robi, szczególnie jeśli może to pociągać za sobą osobiste finansowe profity, warto włożyć w to odrobinę serca.
Nie cierpię odwalania popeliny. Jak się już za coś bierzesz to rób to w stu procentach.
Jeśli się do czegoś zobowiązujesz, to poświęć temu swój niezwykle cenny czas i się zaangażuj.
A tak przy okazji to również dowód na to, że nie ma niefotogenicznych kobiet. Po prostu czasem to wina braku zaangażowania, braku pomysł lub zbyt mało poświęconego nam czasu przez fotografującego.
Moim skromnym zdaniem oczywiście :P
środa, 5 listopada 2014
Pustawo jakoś
Minęło kolejne Wszystkich Świętych.
Sponsorowała je w tym roku, bardzo intensywnie, literka H.
Z jednej strony kościół demonizujący halloween'owe zabawy promując Holly wins - smutny, niemrawy, tak naprawdę pozbawiony radości, zabawy, żeby nie powiedzieć życia, głupi marsz dzieciaków poprzebieranych głównie za Maryje i aniołków.
Niby potępiają bożonarodzeniowe wystawy w supermarketach wystawiane już 2 listopada, a sami organizują stajenkowy pochód jeszcze dwa dni wcześniej. Tylko kiedy o kościele można było powiedzieć ze jest logiczny czy spójny.
Z drugiej strony Halloween, na szczęście jeszcze nie tak bardzo, promujący się ze sklepowych półek i głównie stron internetowych, bo jakaż celebrytko-gwiazdka odmówiłaby sobie takiej darmowej reklamy w seksowym, coraz częściej mniej strasznym, a jeszcze rzadziej wesołym przebraniu.
I w zasadzie nie mam nic przeciwko dwóm H. Ba, uważam że jeśli ktoś ma taką potrzebę może przemaszerować po południu jako święta Teresa przez swoje miasto, a w późnych godzinach wieczornych bawić się z przyjaciółmi na domówkach czy organizowanych imprezach jako gnijąca panna młoda.
Jednak przenoszona na nasz grunt tradycja szwendania się po okolicy w celu wyżebrania cukierków od singli sąsiadów jest wkurzająca.
Bo niby z jakiej okazji ja mam sponsorować słodkości dla bachorów, które czasem mogę widzieć po raz pierwszy na oczy?
Niech wpadną z torebuszką (a nie reklamówką CCC na damskie kozaki pod uda) bratanice, bratanki, siostrzenice, siostrzanki. Dla tych dzieciaczków mogę nawet udać że ich nie poznaję w takim przebraniu, czy nawet teatralnie się ich wystraszyć i wrzucić garstkę cukierków
Ale dla obcych?
Zupełnie inna sprawa, że tam, gdzie ten głupi zwyczaj wymyślono, dzieciarnia puka do drzwi pod okiem i nadzorem dorosłych wiec pewnie są to drzwi wyselekcjonowane i przemyślane. U nas żywioł - umówmy się, jaki dzieciak, mając wizję zdobycia darmowych słodyczy, poczuje obciach, niestosowność czy zażenowanie dobijając się do jakichkolwiek drzwi.
Bo u mnie to było często aż dobijanie się. Dzwonienie do drzwi przypominało najmniej alarm przeciwpożarowy, a nie grzeczne odwiedziny postaci zza światów. Postaci..... połowa dzieciarni nie była nawet przebrana. Nie wykazały się nawet minimalnym poświeceniem czy zaangażowaniem. Nie wymagam przebierania się za Marcina Tyszkę w pstrokaty garnitur, Batmana z nietoperzowymi skrzydłami, królewien z Monster High, Kapturka który dopiero co wyszedł z wilczych trzewi, mumii czy innych zombie z wnętrznościami na wierzchu. Ale na Boga, zrób cokolwiek !!!! Pobrudź się, ubierz sweter 4 lata młodszego brata, weź porządna gałąź w rękę. Nie przyłaź do mnie tak jakbyś odszedł właśnie od komputera, czy meczu piłki nożnej. Ja musiałam wybrać się do miasta, kupić cukierki, zapłacić za nie i przywieść je tutaj (nie wspominając o tym, że musiałam jeszcze na te cukierki zarobić) - kosztowało mnie to odrobine zachodu i pracy. Wku***a mnie że łakoma dzieciarnia nie zrobiła minimum, żeby się o nie postarać.
I oczywiście z rodzicami taki numer by nie przeszedł. Nikt dorosły nie odważyłby się wysyłać swojego nieprzebranego dzieciaka pod obce drzwi. Ale, jaka to ironia, okazuje się że to my mamy dziki zachód, a nie ameryka.
Ale jeszcze nie to wydaje mi się najgorsze.
Każdego roku zauważam na naszych grobach coraz mniejszą frekwencję.
Na pewno nie jest to spowodowane odchodzeniem najbliższych do wieczności, bo od 5 lat nic się w tej sprawie nie zmieniło. Liczebność rodzinnej populacji pozostała na tym samym poziomie. Na cmentarzu jednak jakoś widocznie mniej.
Pomijam tu temat obecny od kilku lat, pomimo tego że głośno krytykowany, to jednak nadal uprawianego nekrofocizmu. Kiedyś Steczkowska latała w designerskich sukienkach po cmentarzu wokół nagrobka swojego ojca, robiąc sesje do kolorowego magazynu, dziś idąc z duchem czasu na facebook czy instagram trafiają sweet focie z nagrobkami w tle.
Jednak czy młodość, niezależność, europejskość i postęp cywilizacyjny spowodowały że bardziej fashion jest się pojawić jako czarownica czy seksowny kocur w knajpie, niż nad grobem ukochanej babci?
Czy tak bardzo passe jest już zapalanie zniczy, czy paradowanie przez cmentarz ze stroikiem, że po prostu tego nie wypada już robić?
Nie sądzę, żeby nawet niezwykle intensywnie zakrapiana impreza z cyklu tych na H, w jakiś istotny sposób kolidowała z pojawieniem się w godzinach popołudniowych dnia następnego przy rodzinnym grobie. Również nie ma chyba większego obciachu związanego z zapaleniem znicza czy dwóch. Postęp techniki oraz coraz większa dostępność aut także raczej ułatwia niż utrudnia dotarcie na miejsce spoczynku najbliższych.....
Więc chyba idę trochę w złym kierunku....
Może nie moda, może nie europeizacja stoją za tymi zmianami Może to po prostu....
Coprawda dziadek opłacał czesne za szkołę, dokładał do wynajmowanego mieszkania, fundował oryginalne jeans'y ale w zasadzie to było ponad 5 lat temu. Przecież pamięć ludzka jest jednak mimo wszystko ulotna. Jeśli łatwo było zapominać o tym, że bił babcię, to przecież równie łatwo zapomnieć można że wnusię utrzymywał lat kilka. Zresztą i drugi dziadek już na tamtym świecie, a pochowani na dwóch różnych cmentarzach. 15 kilometrów to mimo wszystko porządny dystans, nawet dla posiadaczy samochodu, a młodzi przecież na dorobku, nowe mieszkanko zakupione, pewnie kredyt w frankach, i stoi się przed wyborem, czy spłacić ratę kredytu, czy zatankować bak, wykosztować się na chryzantemkę za 3,99 i jednak dziadziusia odwiedzić.
I z babcią najwyraźniej wspomnienia coraz bledsze.
Ja przyznaję, bywałam na wakacjach. Mało kosztownych, bo i śmietanka na codzienne śniadanka zakupywana przez rodziców była, dzięki bogu na obiad wystarczała chińska zupka lub hasło "jemy dziś u drugiej babci". Nie czas tu i miejsce na wspomnienia, jak babcia wyrównywała ten dług wdzięczności i w zamian za pokoik na wakacje odpłacała nam awanturami za niemoralne prowadzenie i seksualną rozwiązłość (mówimy tu o czternastolatkach, i to dwadzieścia lat temu). Ale ja mimo wszystko stoję. Jeśli słyszę że na pomniku nie ma żadnej wiązanki zaraz coś przygotowuje i wiozę. Choć nie byłam ulubioną wnuczką, choć po babci pozostało mi tylko kilka mało miłych wspomnień..... jestem.
Są inne wnuczki, ale nie na grobie.
Na palcach przypominacz, złote pierścionki po babce. Widać je gdy się obiera ziemniaki, ściera kurze z mebli, wiesza pranie, myje ręce, wrzuca zdjęcie na facebook'a, pisze sms'a. Teoretycznie trudniej o lepszą pamiątkę która mogłaby tak często o babunci przypominać. I zapewne przypomina. Jednak może wejście w posiadanie całej rodzinnej biżuterii to i tak za mało żeby zapomnieć fakt, bycia wnuczką tej drugiej kategorii. Na rok, dwa mogło starczać, najwyraźniej 5 lat to zbyt odległy czas żeby magia złota działała nadal. Istnieje też możliwość poczucia posiadania przez zasiedzenie. Nosząc codziennie, przez pięć lat pierścionki na własnych, osobistych palcach przecież można zacząć czuć, jakby były tam zawsze, jakby były moje....
Być może było tego jeszcze za mało... wiadomym jest , że niedoinwestowane projekty czasami kończą się klapą... Ale skąd dziadek socjalista miał takie rzeczy wiedzieć. Gospodarka rynkowa to nie komuna.
Jest i najmłodszy synuś wraz z rodzinką. Cotygodniowy bywalec u mamusi na niedzielnych lunch'owo-obiadkach. Jakże on kochał swoich rodziców. Pozwalał na ubliżanie ze strony ojca, na jego ataki w stronę babci, kiedy na każde święta siedział napruty przy stole nawet tego nie zauważał. Akceptował wszystko - taka bezwarunkowa miłość to była.
Na szczęście ta miłość na jakieś ciężkie próby wystawiana nie była. Zawsze zwrot kosztów podróży do tatusia, jakieś bonusy, każdorazowe partycypowanie w wymianie autka na lepsze, dofinansowanie wczasów, pomoc przy zamianie mieszkania na bardziej przestronne w metrach kwadratowych. Oczywiście to największe wsparcie i tak miało miejsce pozagrobowo. Wnusia dostała mieszkanko za gotówkę (które w wersji oficjalnej i na trzeźwo jest mieszkaniem na kredyt), synek autko z salonu zakupił. Jednak muszę dodać sprawiedliwie, iż są to tylko domysły i przypuszczenia. Znów oficjalna wersja mówi, że u kresu życia dziadek napadnięty manią prześladowczą wynosił gotówkę z domu chowając niewiadomo gdzie, kasa na kontach przez zagubienie wersji papierowej pełnomocnictwa przez synusia w banku także przepadła. Ostało się ino mieszkanko, które też zapisane na synusia zostało (niestety dwa testamenty uległy zdematerializowaniu) ale znajcie gest, podzielę się kasą, po utrąceniu kosztów własnych :).
I tutaj wyglądało na to że ta inwestycja się opłaciła (szczególnie ta pozagrobowa). Były wiązanki na imieniny, na rocznicę śmierci. Ba, nawet pokazał się znicz z oficjalnym napisem: "pamiętamy" i imiennych podpisach niezapominającej rodzinki.
No i szok. Prawdopodobnie proporcjonalnie do ubywającej kasy po tatusiu, zaczęło ubywać pamięci. Może też wyrzutów sumienia w stosunku do rodzeństwa czy poczucia zobowiązania....
Fakt jest taki, że po pojawieniu się nowiutkiego, pachnącego jeszcze fabryką autka skończyły się cmentarne wizyty.
A żeby nikt nie zarzucał mi niesprawiedliwości czy stronniczości dodam, że przecież na innym cmentarzu leży zmarła ponad 10 lat temu teściowa. Może bliższa sercu stałą się niż tatuś i mamusia. Może grubo pośmiertnie połączyła ich jakaś niesamowita i wyjątkowo silna więź. Może po dekadzie spędzania tego dnia ze swoimi babciami, wujkami, potem rodzicami przyszedł czas na teściową. Czas na jej znicz z "pamiętamy", I na Boga nie można zapomnieć, że przecież szykuje się tam powiększenie rodziny. Jakże nie pokazać się z kumami przy tamtych rodzinnych grobach. Przecież wypada. Skoro widują się z tamtymi żywymi co tydzień (niestety zaniedbując rodzeństwo, nad czym niezwykle ubolewają, wiedząc jaka to strata dla reszty) to jakże nie odwiedzić ich zmarłych choć ten jeden dzień w roku........
Tak.....
I chyba nie mam już czego dodawać....
Spoczywajcie w pokoju wszyscy kochani, wspominani, pamiętani, czy odchodzący w otchłań zapomnienia.
Sponsorowała je w tym roku, bardzo intensywnie, literka H.
Z jednej strony kościół demonizujący halloween'owe zabawy promując Holly wins - smutny, niemrawy, tak naprawdę pozbawiony radości, zabawy, żeby nie powiedzieć życia, głupi marsz dzieciaków poprzebieranych głównie za Maryje i aniołków.
Niby potępiają bożonarodzeniowe wystawy w supermarketach wystawiane już 2 listopada, a sami organizują stajenkowy pochód jeszcze dwa dni wcześniej. Tylko kiedy o kościele można było powiedzieć ze jest logiczny czy spójny.
Z drugiej strony Halloween, na szczęście jeszcze nie tak bardzo, promujący się ze sklepowych półek i głównie stron internetowych, bo jakaż celebrytko-gwiazdka odmówiłaby sobie takiej darmowej reklamy w seksowym, coraz częściej mniej strasznym, a jeszcze rzadziej wesołym przebraniu.
I w zasadzie nie mam nic przeciwko dwóm H. Ba, uważam że jeśli ktoś ma taką potrzebę może przemaszerować po południu jako święta Teresa przez swoje miasto, a w późnych godzinach wieczornych bawić się z przyjaciółmi na domówkach czy organizowanych imprezach jako gnijąca panna młoda.
Jednak przenoszona na nasz grunt tradycja szwendania się po okolicy w celu wyżebrania cukierków od singli sąsiadów jest wkurzająca.
Bo niby z jakiej okazji ja mam sponsorować słodkości dla bachorów, które czasem mogę widzieć po raz pierwszy na oczy?
Niech wpadną z torebuszką (a nie reklamówką CCC na damskie kozaki pod uda) bratanice, bratanki, siostrzenice, siostrzanki. Dla tych dzieciaczków mogę nawet udać że ich nie poznaję w takim przebraniu, czy nawet teatralnie się ich wystraszyć i wrzucić garstkę cukierków
Ale dla obcych?
Zupełnie inna sprawa, że tam, gdzie ten głupi zwyczaj wymyślono, dzieciarnia puka do drzwi pod okiem i nadzorem dorosłych wiec pewnie są to drzwi wyselekcjonowane i przemyślane. U nas żywioł - umówmy się, jaki dzieciak, mając wizję zdobycia darmowych słodyczy, poczuje obciach, niestosowność czy zażenowanie dobijając się do jakichkolwiek drzwi.
Bo u mnie to było często aż dobijanie się. Dzwonienie do drzwi przypominało najmniej alarm przeciwpożarowy, a nie grzeczne odwiedziny postaci zza światów. Postaci..... połowa dzieciarni nie była nawet przebrana. Nie wykazały się nawet minimalnym poświeceniem czy zaangażowaniem. Nie wymagam przebierania się za Marcina Tyszkę w pstrokaty garnitur, Batmana z nietoperzowymi skrzydłami, królewien z Monster High, Kapturka który dopiero co wyszedł z wilczych trzewi, mumii czy innych zombie z wnętrznościami na wierzchu. Ale na Boga, zrób cokolwiek !!!! Pobrudź się, ubierz sweter 4 lata młodszego brata, weź porządna gałąź w rękę. Nie przyłaź do mnie tak jakbyś odszedł właśnie od komputera, czy meczu piłki nożnej. Ja musiałam wybrać się do miasta, kupić cukierki, zapłacić za nie i przywieść je tutaj (nie wspominając o tym, że musiałam jeszcze na te cukierki zarobić) - kosztowało mnie to odrobine zachodu i pracy. Wku***a mnie że łakoma dzieciarnia nie zrobiła minimum, żeby się o nie postarać.
I oczywiście z rodzicami taki numer by nie przeszedł. Nikt dorosły nie odważyłby się wysyłać swojego nieprzebranego dzieciaka pod obce drzwi. Ale, jaka to ironia, okazuje się że to my mamy dziki zachód, a nie ameryka.
Ale jeszcze nie to wydaje mi się najgorsze.
Każdego roku zauważam na naszych grobach coraz mniejszą frekwencję.
Na pewno nie jest to spowodowane odchodzeniem najbliższych do wieczności, bo od 5 lat nic się w tej sprawie nie zmieniło. Liczebność rodzinnej populacji pozostała na tym samym poziomie. Na cmentarzu jednak jakoś widocznie mniej.
Pomijam tu temat obecny od kilku lat, pomimo tego że głośno krytykowany, to jednak nadal uprawianego nekrofocizmu. Kiedyś Steczkowska latała w designerskich sukienkach po cmentarzu wokół nagrobka swojego ojca, robiąc sesje do kolorowego magazynu, dziś idąc z duchem czasu na facebook czy instagram trafiają sweet focie z nagrobkami w tle.
Jednak czy młodość, niezależność, europejskość i postęp cywilizacyjny spowodowały że bardziej fashion jest się pojawić jako czarownica czy seksowny kocur w knajpie, niż nad grobem ukochanej babci?
Czy tak bardzo passe jest już zapalanie zniczy, czy paradowanie przez cmentarz ze stroikiem, że po prostu tego nie wypada już robić?
Nie sądzę, żeby nawet niezwykle intensywnie zakrapiana impreza z cyklu tych na H, w jakiś istotny sposób kolidowała z pojawieniem się w godzinach popołudniowych dnia następnego przy rodzinnym grobie. Również nie ma chyba większego obciachu związanego z zapaleniem znicza czy dwóch. Postęp techniki oraz coraz większa dostępność aut także raczej ułatwia niż utrudnia dotarcie na miejsce spoczynku najbliższych.....
Więc chyba idę trochę w złym kierunku....
Może nie moda, może nie europeizacja stoją za tymi zmianami Może to po prostu....
Coprawda dziadek opłacał czesne za szkołę, dokładał do wynajmowanego mieszkania, fundował oryginalne jeans'y ale w zasadzie to było ponad 5 lat temu. Przecież pamięć ludzka jest jednak mimo wszystko ulotna. Jeśli łatwo było zapominać o tym, że bił babcię, to przecież równie łatwo zapomnieć można że wnusię utrzymywał lat kilka. Zresztą i drugi dziadek już na tamtym świecie, a pochowani na dwóch różnych cmentarzach. 15 kilometrów to mimo wszystko porządny dystans, nawet dla posiadaczy samochodu, a młodzi przecież na dorobku, nowe mieszkanko zakupione, pewnie kredyt w frankach, i stoi się przed wyborem, czy spłacić ratę kredytu, czy zatankować bak, wykosztować się na chryzantemkę za 3,99 i jednak dziadziusia odwiedzić.
I z babcią najwyraźniej wspomnienia coraz bledsze.
Ja przyznaję, bywałam na wakacjach. Mało kosztownych, bo i śmietanka na codzienne śniadanka zakupywana przez rodziców była, dzięki bogu na obiad wystarczała chińska zupka lub hasło "jemy dziś u drugiej babci". Nie czas tu i miejsce na wspomnienia, jak babcia wyrównywała ten dług wdzięczności i w zamian za pokoik na wakacje odpłacała nam awanturami za niemoralne prowadzenie i seksualną rozwiązłość (mówimy tu o czternastolatkach, i to dwadzieścia lat temu). Ale ja mimo wszystko stoję. Jeśli słyszę że na pomniku nie ma żadnej wiązanki zaraz coś przygotowuje i wiozę. Choć nie byłam ulubioną wnuczką, choć po babci pozostało mi tylko kilka mało miłych wspomnień..... jestem.
Są inne wnuczki, ale nie na grobie.
Na palcach przypominacz, złote pierścionki po babce. Widać je gdy się obiera ziemniaki, ściera kurze z mebli, wiesza pranie, myje ręce, wrzuca zdjęcie na facebook'a, pisze sms'a. Teoretycznie trudniej o lepszą pamiątkę która mogłaby tak często o babunci przypominać. I zapewne przypomina. Jednak może wejście w posiadanie całej rodzinnej biżuterii to i tak za mało żeby zapomnieć fakt, bycia wnuczką tej drugiej kategorii. Na rok, dwa mogło starczać, najwyraźniej 5 lat to zbyt odległy czas żeby magia złota działała nadal. Istnieje też możliwość poczucia posiadania przez zasiedzenie. Nosząc codziennie, przez pięć lat pierścionki na własnych, osobistych palcach przecież można zacząć czuć, jakby były tam zawsze, jakby były moje....
Być może było tego jeszcze za mało... wiadomym jest , że niedoinwestowane projekty czasami kończą się klapą... Ale skąd dziadek socjalista miał takie rzeczy wiedzieć. Gospodarka rynkowa to nie komuna.
Jest i najmłodszy synuś wraz z rodzinką. Cotygodniowy bywalec u mamusi na niedzielnych lunch'owo-obiadkach. Jakże on kochał swoich rodziców. Pozwalał na ubliżanie ze strony ojca, na jego ataki w stronę babci, kiedy na każde święta siedział napruty przy stole nawet tego nie zauważał. Akceptował wszystko - taka bezwarunkowa miłość to była.
Na szczęście ta miłość na jakieś ciężkie próby wystawiana nie była. Zawsze zwrot kosztów podróży do tatusia, jakieś bonusy, każdorazowe partycypowanie w wymianie autka na lepsze, dofinansowanie wczasów, pomoc przy zamianie mieszkania na bardziej przestronne w metrach kwadratowych. Oczywiście to największe wsparcie i tak miało miejsce pozagrobowo. Wnusia dostała mieszkanko za gotówkę (które w wersji oficjalnej i na trzeźwo jest mieszkaniem na kredyt), synek autko z salonu zakupił. Jednak muszę dodać sprawiedliwie, iż są to tylko domysły i przypuszczenia. Znów oficjalna wersja mówi, że u kresu życia dziadek napadnięty manią prześladowczą wynosił gotówkę z domu chowając niewiadomo gdzie, kasa na kontach przez zagubienie wersji papierowej pełnomocnictwa przez synusia w banku także przepadła. Ostało się ino mieszkanko, które też zapisane na synusia zostało (niestety dwa testamenty uległy zdematerializowaniu) ale znajcie gest, podzielę się kasą, po utrąceniu kosztów własnych :).
I tutaj wyglądało na to że ta inwestycja się opłaciła (szczególnie ta pozagrobowa). Były wiązanki na imieniny, na rocznicę śmierci. Ba, nawet pokazał się znicz z oficjalnym napisem: "pamiętamy" i imiennych podpisach niezapominającej rodzinki.
No i szok. Prawdopodobnie proporcjonalnie do ubywającej kasy po tatusiu, zaczęło ubywać pamięci. Może też wyrzutów sumienia w stosunku do rodzeństwa czy poczucia zobowiązania....
Fakt jest taki, że po pojawieniu się nowiutkiego, pachnącego jeszcze fabryką autka skończyły się cmentarne wizyty.
A żeby nikt nie zarzucał mi niesprawiedliwości czy stronniczości dodam, że przecież na innym cmentarzu leży zmarła ponad 10 lat temu teściowa. Może bliższa sercu stałą się niż tatuś i mamusia. Może grubo pośmiertnie połączyła ich jakaś niesamowita i wyjątkowo silna więź. Może po dekadzie spędzania tego dnia ze swoimi babciami, wujkami, potem rodzicami przyszedł czas na teściową. Czas na jej znicz z "pamiętamy", I na Boga nie można zapomnieć, że przecież szykuje się tam powiększenie rodziny. Jakże nie pokazać się z kumami przy tamtych rodzinnych grobach. Przecież wypada. Skoro widują się z tamtymi żywymi co tydzień (niestety zaniedbując rodzeństwo, nad czym niezwykle ubolewają, wiedząc jaka to strata dla reszty) to jakże nie odwiedzić ich zmarłych choć ten jeden dzień w roku........
Tak.....
I chyba nie mam już czego dodawać....
Spoczywajcie w pokoju wszyscy kochani, wspominani, pamiętani, czy odchodzący w otchłań zapomnienia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)