Jakiś czas temu chwaliłam się Wam że należę do grona tych które Greya nie tylko czytały, ale i widziały.
Tak widziałam, ale postanowiłam dzieło sobie przypomnieć i ten weekend minął mi także pod jego znakiem.
Obejrzałam go po raz drugi, trzeci, czwarty i piąty.
No dobra. Tak naprawdę pierwsze podejście było mało udane.
Rząd 76, pełen sikunów z pełnymi pęcherzami, przede mną babsztyl w wielkim kapeluszu, nieco falujący ekran, kiepściutka fonia i jeszcze w takim języku którego ja absolutnie nie kumam. Uparłam się żeby w temacie szybko się zorientować, ale to był błąd. Orientację już i tak miałam po książkach oraz setce trailer'ów w internecie. Absolutnie niepotrzebnie. I nieefektywnie. Na szczęście po tym weekend'zie mogę z pełną świadomością powiedzieć że obejrzałam Greya po raz pierwszy, drugi, trzeci i czwarty.
I nikogo chyba nie zaskoczę mówiąc, że epokowe dzieło to to nie jest.
Ale trudno czynić z tego zarzut, skoro producenci wcale nie mieli ambicji stworzenia Kleopatry części drugiej czy re-make'u Przeminęło z wiatrem.
Miało być miło, seksownie a przede wszystkim zyskowo.
I niby tak jest, ale jest kilka ale.
Kiepsko napisana książka na podstawie której kręcony jest film przecież wcale nie musi wymuszać podobnej kiepskości na szarym ekranie. Szczególnie że książka jest bestsellerem, chociażby grafomańskim, zakładałam że ekipa producencka to nie będzie jakaś piątą ligą tylko ludzie z pasją, doświadczeniem. I wizją.
Sądziłam więc, że nas (oglądaczy) odrobinę zaskoczą i puszczą do nas oczko.
No bo jeśli w Zmierzchu można było wkręcić coś fajnego, czego pozazdrościła nawet sama autorka sagi, jeśli można było odrobinę podkręcić już i tak zacne dzieło jak Władca pierścienia, o Grze o tron nawet nie chcę wspominać, liczyłam na kreatywność drużyny producenckiej.
Zapewne jednak całą swoją moc i kreatywną siłę wykorzystali na poszukiwanie idealnego mieszkanka dla Christiana (choć bardzo, bardzo wolałabym z przyczyn osobistych żeby był to Christopher :)) i zaraz potem nastąpiło zawodowe wypalenie. Inaczej nie mogę tego nazwać.
Mało tego że nie tylko nie podkręcili scenariusza swoim geniuszem to to co ujęli w dwóch godzinach i ośmiu minutach to dla mnie wyrwane fragmenty nie chcące się za cholerę złożyć w jedną całość. Brak logiki, brak związku przyczynowo skutkowego, zupełny brak poczucia czasu i żadnej prawdy o bohaterach, pomijając gołe ciałko Anastasi i tyłeczka Grey'a.
Pierwszy kontakt bohaterów - rzecz najważniejsza. Bo od tego zaczęła się przecież cała trzytomowa historia.
Oczywiście nie wykluczam że moja pamięć jest ulotna, bądź dobra ale krótka, jednak wydawało mi się, że to ich pierwsze spotkanie było nieco zabawne, ale przede wszystkim rozerwał się tam worek z chemią międzypłciową. On imponował jej wiedzą, postawą, doświadczeniem. ona go nieco rozbawiała. I tak rozpoczął się ich romans. W kinie odniosłam jedynie wrażenie że jej zaimponowało jego bogactwo i pozycja a ona go irytowała brakiem profesjonalizmu podczas wywiadu.
Sławnego upadku nawet nie będę komentowała, bo tylko dla tego filmu powinni stworzyć taką kategorię przy nominacjach do złotych malin.
I tu muszę napomknąć na temat gry Dakoty. Oscarową aktorką nigdy nie była, pewnie nawet nie ma takich aspiracji, ale czy w samej książce nie było wystarczająco dużo odwzorowania się na Belli Swan? Czy Dakota musiała za punkt honoru obrać sobie kopiowanie również gry aktorskiej swojego pierwowzoru? A mówiąc o grze, mam na myśli dwie dyżurne miny z półotwartymi ustami.
Irytowało mnie to, i nadal irytuje.
Grey natomiast jest tak płaski jak bohaterowie disneyowskich kreskówek z lat sześćdziesiątych zanim pojawiła się animacja komputerowa i 3D . No żadnej głębi, drugiego dna, traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa, nietuzinkowej przeszłości, psychicznych przymusów.
Odarto go z całej wnętrzności i tego wszystkiego co stworzyło go takim jakim jest.
Na ekranie, pomijając jego wszechogarniające z każdej strony bogactwo facet nie do zaakceptowania.
Wracając jednak do samego filmu.
Nie mam pojęcia jak to się twórcom filmu dało, ale za cholerę nie czuję tam czasu. Zupełnie. Czy randka w sklepie odbyła się dzień po wywiadzie?
Nie mam pojęcia.
Jak długo para spotykał się zanim doszło do rozstania?
Nie mam pojęcia. Do tego stopnia że nie umiałabym powiedzieć, czy to był tydzień, miesiąc, czy kwartał.
Kiedy padła z ekranu kwestia, zaraz po odebraniu dyplomów, że Anastasia zna się z Greyem kilka tygodni najpierw zbaraniałam, a chwilę potem szukałam podstępu, bo dla mnie było to ewidentne kłamstwo.
Jak długo zajęło im negocjowanie umowy?
Nie mam pojęcia.
Wszystko zlewa się w jedną nieokreśloną czasoprzestrzeń. Niedobrze.
Zastanawiam się też po co w filmie była ta scena z łazienką. Dla cycek? Nie sądzę, można je obejrzeć w prawie każdej innej scenie. Żeby zareklamować kolekcje kafelek? Chyba tylko dlatego, bo nic innego nie wniosła. A można było spożytkować ten czas na pogłębienie relacji między tą parą. Pokazać jego ludzką twarz w której Ana mogła się zakochać.
Bo oglądając tylko film miałabym nieodparte przeświadczenie że dziewczyna jest jak nasze polskie niedoszłe top modelki które za kilka tysięcy dolarów pozwalają robić na siebie kupę w Dubaju. I nie ważne kto kupę robi ważne ile płaci.
Facet jest chamem, arogantem i zadufanym w sobie egocentrykiem bez grama ludzkich uczuć, na dodatek Pan/dominant w seksie. Nic co możnaby polubić. Nic co możnaby tolerować.
Dlaczego wiec Ana wchodzi w ten układ? Układ, w którym od pierwszego dnia jest tylko nieszczęśliwa. Płacze mamie do telefon, nie ukrywa smutku przed przyjaciółką, jest nieszczęśliwa nawet w jego towarzystwie.
No jak to. Jest fortepian, jest helikopter, jest laptop, samochód, lot szybowcem i weekendowy apartament w Seatle.
Całkiem rozsądny biznesowo układ.
Jedna daje się biczować za 150 złotych za godzinę inna za lot szybowcem. Taka różnica. Kwestia odpowiedniej wyceny.
Hallo!!!!
A gdzie miłość ??!!
A gdzie ogromne uczucie dające,choć złudne ale nadzieje, że może zmienić świat, a przynajmniej naprostować faceta którego się kocha??!!
Uratować go. Ocalić przed samym sobą. Pokazać lepszy świat, wprowadzić w ten świat.
Nauczyć kochania, miłości.
Gdzieś mi to wszystko zupełnie uleciało w wersji kinowej.
Ale jest jedna rzecz która mi się podoba :)
Sceny seksu.
Ta jedna rzecz została dobrze zrobiona.
Nie wulgarnie za to zdecydowanie w kategorii wiekowej +18, jest dominacja, są pejczyki bardzo w temacie (dzięki bogu tutaj nie poszli drogą zmierzchu).
Samych scen nie było za dużo, ale są tak nakręcone że jestem święcie przekonana że samego seksu w tym związku było dużo. I to różnego. Tutaj wielki szacun.
I choć ogólnie moja ocena filmu wypada słabo i bardzo przeciętnie postanowiłam stać się właścicielką filmu na DVD.
Bo choć scenariusz dość banalny i bardziej dziecięco-bajkowy niż soft porno dla mamusiek jakoś tak strasznie zidentyfikowałam się z główną bohaterką i to nie bez powodu....
A już tak całkiem na marginesie to doszło do mnie że Pięćdziesiąt twarzy Greya ma wiele wspólnego nie tylko ze zmierzchem, ale również z Piękną i bestią. A idąc tym tropem myślę czy i zmierzch nie wziął sobie tej bajki za pierwowzór.
Piękna Bella mieszkała z tatą - matka Any też nie sprawdziła się zbytnio w swojej roli (u Belli S. na czas opowieści też tata staje się kluczowym rodzicem)
Piękna Bella przez okoliczności zmuszona jest do życia z bestią bez manier, bez zahamowani, dosłownie ze zwierzem - Ana też wiąże się z tyranem i "Panem" (Edward też określa się mianem potwora).
Piękna Bella decyduje się żyć z bestią i go resocjalizować, Ana też postanawia być z Greyem licząc na to że go "naprawi".
Nawet obie Panie w pewnym momencie uciekają od swoich partnerów, po to żeby wrócić i ostatecnie ich nawrócić :)
No i trzeba pamiętać że, oby trzy panie są zdecydowanie dziewicami, którym nie w głowie były związki, chłopaki, randkowania, flirty czy seks.
środa, 17 czerwca 2015
niedziela, 22 marca 2015
Znów kinowo czyli Hobbit - ostateczne starcie
Miałam okazję zobaczyć ostatnio ostatnią część Hobbita.
Chciałam podzielić się z Wami odczuciami zaraz po seansie, ale czekał już na mnie Kopciuszek, i drugi blog z rozpoczętymi wpisami. Bilbo musiał więc poczekać i boję się teraz czy mi coś nie umknie.
Bardzo ogólnie i treściwie - Aniu, I'm loving it.
Żałuje ogromnie że była to wersja kiepska jakościowo ale tak jak Ty Kopciuszka przy lampce wina, tak ja planuję z drineczkiem w ręku pochylić się raz jeszcze nad tym dziełem - miejmy nadzieję w HD a na pewno z radością i nieopisaną przyjemnością.
Po kilku nieco niepochlebnych opiniach jakie ostatnio miałam na tematy kinematografii zagranicznej okazję zamieścić dziś sama słodycz.
Aż trudno mi uwierzyć że ta sama ekipa i napisała i nakręciła te dwa dzieła, lub bardziej dzieło i jego marną kontynuację.
Szybka akcja. Nie ma tu niepotrzebnego i rozciąganego w czasie etosu drogi. Tu się nikt nie wspina trzy wersje reżyserskie rozszerzone po górach i dolinach żeby wrzucić pierścionek w przepaść. Tu nie ma możliwości pomylenia się w oszacowaniu oglądanej części, jak to mam miejsce we władcy pierścieni, gdzie kolejne części odróżnia się tylko różnymi odmianami lasów służących jako tło dla wędrowców.
Pach, zabijamy smoka, pach, walka z elfami, pach, epicka bitwa z orkami i koniec filmu. Ani się nawet obejrzałam.
Pełne zaskoczenie. Nauczona Władcą Pierścienia zakładałam, że żaden bohater pozytywny zginać nie może. Stracić pół palca możliwe, ale nigdy całe własne życie. A tu? Dwa najprzystojniejsze, najmilsze i najfajniejsze krasnale giną w ostatnich minutach filmu, a zaraz przed napisami ginie na dodatek król. Zupełnie się tego nie spodziewałam, więc zaskoczyło mnie to pozytywnie. Pewnie miałabym za złe autorom zarówno książki jak i filmów (jeśli to się pokrywa) gdyby uśmiercili Kili'ego za pierwszym podejściem czyli pod koniec drugiej części, a że zrobiono to dopiero w ostatnich minutach części trzeciej mogę wybaczyć doceniając element zupełnie niespodziewany a równocześnie ciesząc oko jego wyglądem prawie do samego końca.
No i żeby zginał młody, przystojny, obiecujący król.... Codziennie niespodziewane więc uciekające od sztampowości. We Władcy nie dość że nierozgarnięty Frodo nie zginął - a przecież dla dobra pierścienia można było go spokojnie wrzucić w tą lawinę. W końcu tak czy siak zszedł przed czasem z hobbickiego światka. To nawet jego koleżka przeżył nietknięty, a tak marginalna postać mogła umrzeć parokrotnie.
Tak na marginesie myślałam że Galadriela czy sama, czy też przy pomocy Gandalfa przywróci krasnalków do życia, ale o nic że się tak nie stało. TO niczemu nie szkodzi.
Dużo bohaterskich bohaterów. Mamy krasnoludowego króla. Nie podejrzewałam że Thorin szaleństwu bogactwa się nie oprze. Jako pozytywny bohater z dobrym sercem - w końcu docenił Bilba pomimo wcześniejszych obaw - zła powinien nie doświadczyć. A jednak, i to prawie całe dwie godziny, możnaby powiedzieć że niemal do końca swoich chwil. A jednak zebrał się w sobie i przezwyciężył swoje słabości i demony, chociażby przed samą śmiercią. Co nie umniejsza oczywiście innych stereotypowych bohaterskich zasług czyli odzyskania ojczyzny dla swego ludu czy pomszczenia śmierci swoich bezpośrednich przodków i zakończenia żywota szefa orków.
Mój ulubiony Bilbo. Mędrzec wśród mędrców. Znów logiką, sprytem i czujnością uratował gatunki przed prawie bratobójczą śmiercią. Nie musiał wywijać mieczem, nie musiał strzelać w locie z łuku, wystarczyło że pomyślał, dodał jeden do jednego i fortelem rozwiązał problem. Oczywiście i jego waleczne serduszko nie pozwoliło stać z założonymi rękoma gdy braci tłuczono i rzucił się w wir walk. Słodziaczek jeden.
Mamy też Barda - najbardziej ludzkiego człowieka , godnego przedstawiciela mojego gatunku. Facet skromny, cichy, z lekką przeszłością, ale kiedy było trzeba wziął się w garść, smoka unicestwił, ludźmi sprawiedliwie i mądrze pokierował. Na małego bohatera, będąc podpórką do strzały, wykreował się przy nim nawet jego synek.
No i Tauriel taka wisienka która jest zawsze ukoronowaniem tortu i jego największą ozdobą.
Nie dość że dla dobrych ludzi, a raczej krasnoludków, już wcześniej sprzeciwiła się woli swojego króla to w ostatniej części pokazała absolutne nadbohaterskie bohaterstwo.
Sercem wybrała malutkiego krasnalka. Coprawda urodziwego ale przecież i Legolasowi nic w tym obszarze nie brakowało :) Legolas był krwi królewskiej jej gatunku, jej ludu. Kili też którymś w kolejce do korony zapewne był. Ale nie dość że dopiero którymś to przecież nie jej skala, nie rasa... A jednak on. Jednak serce, wbrew naturze, wbrew kalkulacjom, wbrew rozsądkowi i oczekiwaniom. Prawdziwa odwaga.
Gdy go straciła, gdy wygodnym mogło stać się rodzące uczucie Legolasa zdania nie zmieniła. Wierna sobie, własnym ideałom, własnym zasadom.
Legolas. Nie będę zaprzeczała pięknie biegał, pięknie skakał, celnie strzelał, skuteczność w eliminacji orków imponująca. Ale oprócz tego dla kobiety a raczej elficy zostawił ojca, koronę (swoja drogą piękną i zjawiskową), królestwo, władzę (i już wiem dlaczego we władcy jest takim samotnym strzelecem, trzymającym się z dala od elfów). Piękny, szlachetny i bohaterski.
Oczywiście bitwy epickie, pełne rozmachu jak przystało na nowoczesną kinematografię, przy tym nie przeciągane, nie eksploatowane do ostatniej kropli krwi, nie brutalizowane. Dziwnie tak o tym pisać, ale aż miło oglądać.
Od pierwszej części kocham wręcz układy choreograficzne dla ruchu w elfim wykonaniu. Ten taniec to mistrzostwo nad mistrzostwami, fantastycznie ktoś to wymyślił.
Bardzo zabawne i rozładowujące tą podniosłą atmosferę epizody z władcą ludzkiego miasta i tym rynsztokowym pochlebcą myślącym tylko o złocie.
Fajnie że miałam okazje być częścią tej przygody :)
Dziękuję Aniu :) :)
Chciałam podzielić się z Wami odczuciami zaraz po seansie, ale czekał już na mnie Kopciuszek, i drugi blog z rozpoczętymi wpisami. Bilbo musiał więc poczekać i boję się teraz czy mi coś nie umknie.
Bardzo ogólnie i treściwie - Aniu, I'm loving it.
Żałuje ogromnie że była to wersja kiepska jakościowo ale tak jak Ty Kopciuszka przy lampce wina, tak ja planuję z drineczkiem w ręku pochylić się raz jeszcze nad tym dziełem - miejmy nadzieję w HD a na pewno z radością i nieopisaną przyjemnością.
Po kilku nieco niepochlebnych opiniach jakie ostatnio miałam na tematy kinematografii zagranicznej okazję zamieścić dziś sama słodycz.
Aż trudno mi uwierzyć że ta sama ekipa i napisała i nakręciła te dwa dzieła, lub bardziej dzieło i jego marną kontynuację.
Szybka akcja. Nie ma tu niepotrzebnego i rozciąganego w czasie etosu drogi. Tu się nikt nie wspina trzy wersje reżyserskie rozszerzone po górach i dolinach żeby wrzucić pierścionek w przepaść. Tu nie ma możliwości pomylenia się w oszacowaniu oglądanej części, jak to mam miejsce we władcy pierścieni, gdzie kolejne części odróżnia się tylko różnymi odmianami lasów służących jako tło dla wędrowców.
Pach, zabijamy smoka, pach, walka z elfami, pach, epicka bitwa z orkami i koniec filmu. Ani się nawet obejrzałam.
Pełne zaskoczenie. Nauczona Władcą Pierścienia zakładałam, że żaden bohater pozytywny zginać nie może. Stracić pół palca możliwe, ale nigdy całe własne życie. A tu? Dwa najprzystojniejsze, najmilsze i najfajniejsze krasnale giną w ostatnich minutach filmu, a zaraz przed napisami ginie na dodatek król. Zupełnie się tego nie spodziewałam, więc zaskoczyło mnie to pozytywnie. Pewnie miałabym za złe autorom zarówno książki jak i filmów (jeśli to się pokrywa) gdyby uśmiercili Kili'ego za pierwszym podejściem czyli pod koniec drugiej części, a że zrobiono to dopiero w ostatnich minutach części trzeciej mogę wybaczyć doceniając element zupełnie niespodziewany a równocześnie ciesząc oko jego wyglądem prawie do samego końca.
No i żeby zginał młody, przystojny, obiecujący król.... Codziennie niespodziewane więc uciekające od sztampowości. We Władcy nie dość że nierozgarnięty Frodo nie zginął - a przecież dla dobra pierścienia można było go spokojnie wrzucić w tą lawinę. W końcu tak czy siak zszedł przed czasem z hobbickiego światka. To nawet jego koleżka przeżył nietknięty, a tak marginalna postać mogła umrzeć parokrotnie.
Tak na marginesie myślałam że Galadriela czy sama, czy też przy pomocy Gandalfa przywróci krasnalków do życia, ale o nic że się tak nie stało. TO niczemu nie szkodzi.
Dużo bohaterskich bohaterów. Mamy krasnoludowego króla. Nie podejrzewałam że Thorin szaleństwu bogactwa się nie oprze. Jako pozytywny bohater z dobrym sercem - w końcu docenił Bilba pomimo wcześniejszych obaw - zła powinien nie doświadczyć. A jednak, i to prawie całe dwie godziny, możnaby powiedzieć że niemal do końca swoich chwil. A jednak zebrał się w sobie i przezwyciężył swoje słabości i demony, chociażby przed samą śmiercią. Co nie umniejsza oczywiście innych stereotypowych bohaterskich zasług czyli odzyskania ojczyzny dla swego ludu czy pomszczenia śmierci swoich bezpośrednich przodków i zakończenia żywota szefa orków.
Mój ulubiony Bilbo. Mędrzec wśród mędrców. Znów logiką, sprytem i czujnością uratował gatunki przed prawie bratobójczą śmiercią. Nie musiał wywijać mieczem, nie musiał strzelać w locie z łuku, wystarczyło że pomyślał, dodał jeden do jednego i fortelem rozwiązał problem. Oczywiście i jego waleczne serduszko nie pozwoliło stać z założonymi rękoma gdy braci tłuczono i rzucił się w wir walk. Słodziaczek jeden.
Mamy też Barda - najbardziej ludzkiego człowieka , godnego przedstawiciela mojego gatunku. Facet skromny, cichy, z lekką przeszłością, ale kiedy było trzeba wziął się w garść, smoka unicestwił, ludźmi sprawiedliwie i mądrze pokierował. Na małego bohatera, będąc podpórką do strzały, wykreował się przy nim nawet jego synek.
No i Tauriel taka wisienka która jest zawsze ukoronowaniem tortu i jego największą ozdobą.
Nie dość że dla dobrych ludzi, a raczej krasnoludków, już wcześniej sprzeciwiła się woli swojego króla to w ostatniej części pokazała absolutne nadbohaterskie bohaterstwo.
Sercem wybrała malutkiego krasnalka. Coprawda urodziwego ale przecież i Legolasowi nic w tym obszarze nie brakowało :) Legolas był krwi królewskiej jej gatunku, jej ludu. Kili też którymś w kolejce do korony zapewne był. Ale nie dość że dopiero którymś to przecież nie jej skala, nie rasa... A jednak on. Jednak serce, wbrew naturze, wbrew kalkulacjom, wbrew rozsądkowi i oczekiwaniom. Prawdziwa odwaga.
Gdy go straciła, gdy wygodnym mogło stać się rodzące uczucie Legolasa zdania nie zmieniła. Wierna sobie, własnym ideałom, własnym zasadom.
Legolas. Nie będę zaprzeczała pięknie biegał, pięknie skakał, celnie strzelał, skuteczność w eliminacji orków imponująca. Ale oprócz tego dla kobiety a raczej elficy zostawił ojca, koronę (swoja drogą piękną i zjawiskową), królestwo, władzę (i już wiem dlaczego we władcy jest takim samotnym strzelecem, trzymającym się z dala od elfów). Piękny, szlachetny i bohaterski.
Oczywiście bitwy epickie, pełne rozmachu jak przystało na nowoczesną kinematografię, przy tym nie przeciągane, nie eksploatowane do ostatniej kropli krwi, nie brutalizowane. Dziwnie tak o tym pisać, ale aż miło oglądać.
Od pierwszej części kocham wręcz układy choreograficzne dla ruchu w elfim wykonaniu. Ten taniec to mistrzostwo nad mistrzostwami, fantastycznie ktoś to wymyślił.
Bardzo zabawne i rozładowujące tą podniosłą atmosferę epizody z władcą ludzkiego miasta i tym rynsztokowym pochlebcą myślącym tylko o złocie.
Fajnie że miałam okazje być częścią tej przygody :)
Dziękuję Aniu :) :)
wtorek, 17 marca 2015
Kapciuszek
Wypadałoby chyba powiedzieć kilka słów o "Kopciuszku". Jakoś tak się złożyło, że nie było okazji ogadać tematu świeżo po seansie (przynajmniej nie w komplecie), a po drugie mijają 24 godziny więc można złapać odrobinę dystansu i świeżym, neutralnym wzrokiem spojrzeć na to dzieło. Oczywiście liczę na wymianę zdań i bardzo aktywną polemikę :).
Zacznę od wrażeń pozytywnych, niech szklanka będzie do połowy pełna.
Do kina poszłam z tabula rasa. Żadnych trailerów, galerii, opisów, komentarzy czy recenzji. Żadnych reżyserów, aktorów, twórców muzyki. Nic, zero. Do tego stopnia że jadąc do kina zastanawiałam się czy to przypadkiem nie będzie w 3D.
Jakaż radość mnie ogarnęła gdy oczy ujrzały na ekranie Robba Starka z Winterfell. Myślałam że po jego nagłej, nieoczekiwanej, tragicznej śmierci długo się nie zobaczymy, a tu taka niespodzianka. No radzi sobie chłopak, muszę przyznać. Jak mu zupełnie nie wyszło objęcie tronu siedmiu królestw, bądź tylko północy, to sobie chłopak zorganizował zupełnie inne królestwo, dużo lepszy zamek, bardziej znośny klimat, a przede wszystkim bardziej twarzowy kolor garderoby. Błękity, turkusy i nasycony niebieski to zdecydowanie kolory pasujące do jego oczu w odróżnieniu od szaro czarnych futrzysk, jakie zdarzało mu się przywdziewać jeszcze nie tak dawno.
Zjawiskowe wręcz kreacje macochy pewnie prosto z wybiegów. Odważnie współczesne, nadające smaczku filmowi, w jakimś stopniu współgrające nawet z garderobą córek, równie daleką od dworskich kanonów mody. Unowocześnione lata 70-te w sukienkach złych sióstr były również do schrupania. No a suknia panny młodej.... Mmmmm...... Szkoda że nieco odpustową niebieską bezę pokazywali z pół godziny a na najpieniejszą suknię poświecono tylko mrugnięcie oka :(
Trzewiczki to także pełne zaskoczenie. Idąc do kina myślałam że na nogach Kopciuszka zobaczę, szczególnie modne na chwilę obecną, przeźroczyste czółenka. Kiedy na ekranie po raz pierwszy pojawiła się Cate Blanchett stawiałam na Louboutin'y, czy szpileczki Manolo Blahnik, które powinny pasować do księżniczki. Na szczęście dla mnie Disney zdecydował ze to i tak za mało i postawił na przepiękne, przezjawiskowe, przecudowne i przebajeczne, szklane trzewiczki. Cudo i magia. Obiekt mych marzeń.
Wróżka, a dokładniej konsekwencje jej niekoniecznie przemyślanych i spontanicznych działań to kolejny mocny punkt tej historii. Przynajmniej dla tej dojrzalszej części widowni.
Ale chyba najmocniejszym elementem tej całej historii są recenzje filmu w internecie.
Cudo kinematografii, świeże, olśniewające, młode i innowacyjne spojrzenie na dwustuletnią bajkę. Jest tam pasja, tam jest przekaz, jest tam humor, życiowa prawda. Film uniwersalny i dla pieluchowca i ryczącej czterdziestki, każdemu niesie właściwe wiekowo przesłanie, jednym słowem, dla każdego coś dobrego. No i ta gra aktorska - godna przynajmniej oskarowych nominacji. Grzech do kina się nie wybrać.
Taaaaaaaaaaa
I na tym koniec cukru w cukrze.
Po pierwszych pięciu minutach siedzenia na kinowym krzesełku wiedziałam już że to nie film dla mnie. Pozostawało tylko zdecydować, czy po prostu jestem już za stara metrykalnie, czy zbyt cyniczna życiowo. Dziś odpowiem, ze ani jedno, ani drugie. To po prostu kiepski film był.
Początek, dałabym głowę wyciągnięty z Pana Tadeusza. Wajda dobrym reżyserem jest, oskar za całokształt odebrał, ale żeby zaraz taka zrzyna??
No widzę Zosię jak do ptactwa w koszulinie po kładce na ogród leci. I gąska, i kurka i ptaszek i kózka i myszka i taniec z tatusiem na nóżkach i podskoki na łączce. A na koniec wymiot. Skoro wprowadzono do historii narratora to po chusteczkę takie niepotrzebnie przeciąganie tej mdlącej słodkości. Ani to nie ma wpływu na dalsze losy bohaterów, ani to nie buduje żadnego napięcia. Może i trzylatek wybitnie inteligentny nie jest, ale wystarczą dwa obrazki głaskania króliczków i głos informujący że Elli miała dobre serduszko i kochała każde boskie stworzenie żeby wiedzieć że główna bohaterka pozytywną postacią jest. Koniec, kropka.
Za to chwilę później czuję wielki niedosyt podczas wprowadzenia do życia naszej biednej półsierotki, macochy i dwóch jej córek - a umówmy się, ma to kluczowy wpływ na tą historię. Ni z gruszki, ni z pietruszki, w zasadzie dorosłej dziewczynie, ojciec komunikuje że czas na matkę macoszą. Ale że co??? Ale skąd??
Królewskie dekrety nakazujące bezwzględne posiadanie matki dziewczętom w wieku rębnym?
Potrzeba damskiego wsparcia i rady przy wyborze kandydata na męża dla córci?
Może obawa przed przeprowadzeniem rozmowy uświadamiającej o kwiatkach, pszczółkach czy antykoncepcji i życiu seksualnym?
A może tatuś po prostu przestaje sobie radzić z narastającą własną chucią, powodując pogłębiającą się frustrację i czas mieć pod rękę panią do chędożenia?
Bo o miłości to się tam nawet nie zająknął.
Tak czy owak nowa rodzinka pojawia się na ekranie, jak wspomniałam olśniewająca kostiumowo. I szkoda tylko że odstaje od całej reszty do ostatnich minut filmu. Zarówno na tym kopciuszkowym zadupiu, jak i dworze królewskim wśród dam i innych wysoko urodzonych. Taki malutki tyci zgrzycik.
No i pierwsza duża scena dorosłej Elli - niech mi ktoś powie po jaką cholerę kazali jej lecieć, jak temu cielakowi, przy ojcowym powozie cztery razy łapiąc ojca za łapsko. Jeśli musiała być ta wielka miłość do ojca koniecznie z kontaktem cielesnym ukazana, można było pociągnąć Kopciuszka przy powozie, ale do pierwszego puszczenia ręki. I pozostawić ją tam na środku drogi, szlochającą czy szlochająco-machającą do oddalającego się ojca. Mogła nawet pobiec za karetą. Ale ZA ODDALAJĄCĄ się coraz szybciej karetą, a nie brykając przez cały dziedziniec równo z zaprzęgiem koni. Kopciuszek to nie cyborg, ironwoman czy olimpijska sprinterka na dystansie sześciuset metrów.
Ucieszyłam się też na niespodziewane u Disney'a nawiązanie do gałązki jako prezentu z podróży ojca jaka jest w oryginale. Tam zamiast wróżki właśnie zasadzony na ojcowym grobie patyczek staje się jej powiernikiem, wróżką garderobuszką i drogowskazem dla księcia. Czyżby ekipa zdecydowała się na ekranizację bliższą oryginału?
Nic z tych rzeczy. Gałązka owszem dotarła do rąk Kopciuszka, ale na tym jej rola się zakończyła. Pannica suszka do serca przytuliła, załkała a ciężką robotę wróżka i tak wykonać musiała. TO po co w ogóle zaczęli ten wątek??
A skoro o wróżce już mowa.... O ile pamięć mnie nie myli wróżka chrzestna jasno się wyraziła że aby stworzyć jakieś cudo musi mieć bazę. Dlatego właśnie potrzebowała dyni, myszek, jaszczurek czy kaczki. Trudno zrozumieć istotę samej magii, ale założenie "coś z czegoś" jest jasne, klarowne, a nawet na swój sposób logiczne. W takim razie skąd szklane pantofelki??
Nie stworzono ich ze schodzonych balerinek, nie powstały również z wieczornej rosy. Powstało coś z niczego. Jakim sposobem?
Pójdźmy dalej, cała magia z ostatnim wybiciem północy miała zniknąć. I zniknęła - znów z wyjątkiem pantofelków. Dlaczego one stały się akurat jedyną stałą magiczną rzeczą nieulegającą działaniu upływu czasu? Głupia nie jestem, zdajęsobie sprawę z tego, że to jedyna rzecz za pomocą której książe może ukochną zidentyfikować, ale same przyznacie że wcale się to kupy nie trzyma.
A to jeszcze nie koniec kontrowersji wokół tajemniczego obuwia. Ze względu na dubbing, nie wiem jak brzmi oryginał, ale u nas wróżka nieco nieodpowiedzialnie i zupełnie lekkomyślnie wypeplała że stworzyła obuwie nr 37 - jeden z najbardziej popularnych i chodliwych rozmiarów damskiej stopy. Jakoś nie tworzy to wyobrażenia unikatowej i niepowtarzalnej wielkości kopciuszkowej nóżki. Pewnie z jedna czwarta damskiej populacji bez problemu wcisnęłaby swoją girę do takiego obuwia. Więc jak tu znaleźć królewnę........
Mam też bardzo poważne zastrzeżenia co do zachowania tej skromnej, czystej, delikatnej, niewieściej duszyczki w obecności księcia. Dziewczę jest dużo bardziej pobudzone niż Anastasia w czerwonym pokoju Christiana Greya. Dzieciaczki na szczęście nie zarejestrują w głowie falującej w dużo za szybkim tempie klatki piersiowej (z wyeksponowanym niepotrzebnie biustem w gorsecie) która obnaża w ten sposób spore podniecenie dziewczyny, ale i tak uważam to za zbędne w familijnej produkcji. Pochwalam że Kopciuszek na widok księcia nie pokrywa się pąsowym rumieńcem od czubka głowy po stopy, nie wbija wzroku w podłogę, nie dyga z uniżeniem, nie ucieka od jego wzroku, to wielki krok w emancypacji kobiet, ale żeby się tak zaraz podniecać???
Prawie nic nie mówi tylko siedzi czy stoi dyszy i dmucha żar z rozrzanego jej podbrzucha bucha.
Spotkanie z księciem podczas polowania również nie zrobiło ma mnie żadnego wrażenia. Zakładam że to podprogowy pokaz asertywności, a nawet feminizmu w wykonaniu Kopciuszka - myslę że to jest ta bryza świeżej krwi i innowacyjności na którą powołują się opiniotwórcy. W końcu silna kobieta przewraca porządek świata głosząc tezę że jeśli coś się robi bo się robi nie znaczy że trzeba to robić. Jednak zrobiono to tak subtelnie że przynajmniej dla mnie prawie niezauważalnie.
Żeby dalej szukać dziury w całym do nudnych i niepotrzebnych wątków, które w ogóle nie mają wpływu na fabułę (przypominam o tym słodkopierdzącym dzieciństwie, czy historii z pośmiertnym prezentem z gałązki) dołączę pozbawione sensu kardy schodów prowadzących do zamku. Czy były symbolem długiej i ciężkiej drogi jaką Kopciuszek musiał przebyć by dostać się do zamku i zaznać szczęścia? Nie sądzę. Czy przeszkodziły lub pomogły w ucieczce? Nie sądzę....A można było w to miejsce rozwinąć wątki które rozwinięcia potrzebowały.......
Nie skrytykowałam jeszcze księcia... ale nie martwcie się, nie wiąże mnie solidarność plemników. Po prostu grzecznie czekał na swoją kolej. W końcu wszystko i tak dochodzi do niego z pewnym opóźnieniem. Do tego stopnia że zastanawiam się czy to nie jest jakiś genetyczny feler.
Bo tak na chłopski rozum. Jest facet. Umówmy się książe - bardzo odpowiedzialny, dojrzały, honorowy. Państwo i jego mieszkańcy są dla niego priorytetem i jest w stanie ponosić za nich i dla nich najwyższe koszty łącznie z osobistymi.
Zdarza się jednak tak, że podczas pewnego polowania spotyka kocmołuszka na koniu w którym zakochuje się od pierwszego widzenia i który przewraca jego świat do góry nogami. Trafiony zatopiony. Żeby ujrzeć ukochaną po raz drugi, żeby poprosić ją o rękę i poślubić, facet urządza największy bal jaki królestwo zapewne widziało. Tak na marginesie sala balowa była nieco pustawa. Szkoda że Disney żałował kasy na statystów. Przy rozbuchanych krajobrazach, wielkich dworach z majestatycznymi pałacami i niekończącymi się do nich schodami pustawa sala wyglądała więcej niż tandetnie. Wracając jednak do opóźnionego. Naraził się ojcu decydując samodzielnie o ożenku ze zwykłą dziewką, wydał kupę kasy na bal, ma w zasadzie jedną, jedyną i ostatnią szansę żeby dziewczynę spotkać i usidlić. Szczęśliwie wybranka się pojawia, akurat na pierwszy królewski taniec, tańczą więc, rozmawiają, są sam na sam w królewskim pokoju, romantycznie udają się do zaczarowanego ogrodu (i znów widzę dużą inspiracje polskim reżyserem - tym razem jest to Agnieszka Holland). Wybija północ, dziewczyna podnosi tyłek z huśtawki, jasno i klarownie żegna się z kięciem i oddala w nieznanym kierunku (czyli na te głupawo długie schody). Co na to Panicz? Stoi, patrzy jak sroka w gnat, głupawo do siebie uśmiecha. Zanim informacja dociera co centralnego ośrodka nerwowego, dziewczyna jest już kilka długości dalej. Co za cymbał skończony.
Jest jeszcze niezrozumiały wątek zdradzieckiej umowy pomiędzy macochą a wielkim zarządcą czy jak mu tam.
Babsztyl który potrafił zakręcić tak czystego serca wdowca wokół palca, babsztyl który pozbawił prawowitą dziedziczkę własnego dworku, przy bardzo niejasnej sytuacji osobistej, bo czy wiemy że ta dama wyszła za wdowca? My nawet nie wiemy jak długo dane jej było żyć z tym fajtłapą pod jednym dachem zanim kipnął, nie wspominając o podjętych lub nie krokach formalnych czy intymnych.
Babsztyl który przejrzał nie tylko samego Kopciuszka, ale nawet wszystkie poluzowane deski naj jej strychu nie był w stanie tak się dogadać by skutecznie ukryć pannicę przed przymierzeniem bucika rozmiar 37. Mam uwierzyć w takie niedopatrzenie lub niedostateczne przewidzenie wypadków???
Żeby się już dalej nie pastwić nad każdą minutą filmu wspomnę tylko o sukience Kopciuszka na balu.
Dupy nie urwało. Zwykła pospolita beza z kilkoma tandetnymi motylkami. Takie coś to ja mogę w sklepie kupić. Od wróżki, która z dyni potrafi zrobić karetę oczekiwałabym więcej polotu, przynajmniej na poziomie Elliego Saab. Niby całkiem poprawnie, ale jak na najważniejszą suknię produkcji absolutnie za mało.
Podsumowując - film to strata pieniędzy i czasu.
Dla maluchów dwie godziny czystego filmu plus godzina reklam to za długo jak na grzeczne siedzenie w kinie.
Jak na świadomość, że główny target odbiorców dzieła to dzieci pomiędzy trzecim a siódmym rokiem życia, czyli istoty na tyle niesamodzielne że do kina musza przyjść z rodzicami bajka ma mało, żeby nie powiedzieć że nie ma wcale aluzji dla dorosłych.
Najlepszym podsumowaniem może być reakcja pewnej trzy-cztero latki. Prawie po godzinie trwania bajki dziewczynka zapytała mamę kiedy zaczną w końcu wyświetlać Kopciuszka.
Zacznę od wrażeń pozytywnych, niech szklanka będzie do połowy pełna.
Do kina poszłam z tabula rasa. Żadnych trailerów, galerii, opisów, komentarzy czy recenzji. Żadnych reżyserów, aktorów, twórców muzyki. Nic, zero. Do tego stopnia że jadąc do kina zastanawiałam się czy to przypadkiem nie będzie w 3D.
Jakaż radość mnie ogarnęła gdy oczy ujrzały na ekranie Robba Starka z Winterfell. Myślałam że po jego nagłej, nieoczekiwanej, tragicznej śmierci długo się nie zobaczymy, a tu taka niespodzianka. No radzi sobie chłopak, muszę przyznać. Jak mu zupełnie nie wyszło objęcie tronu siedmiu królestw, bądź tylko północy, to sobie chłopak zorganizował zupełnie inne królestwo, dużo lepszy zamek, bardziej znośny klimat, a przede wszystkim bardziej twarzowy kolor garderoby. Błękity, turkusy i nasycony niebieski to zdecydowanie kolory pasujące do jego oczu w odróżnieniu od szaro czarnych futrzysk, jakie zdarzało mu się przywdziewać jeszcze nie tak dawno.
Zjawiskowe wręcz kreacje macochy pewnie prosto z wybiegów. Odważnie współczesne, nadające smaczku filmowi, w jakimś stopniu współgrające nawet z garderobą córek, równie daleką od dworskich kanonów mody. Unowocześnione lata 70-te w sukienkach złych sióstr były również do schrupania. No a suknia panny młodej.... Mmmmm...... Szkoda że nieco odpustową niebieską bezę pokazywali z pół godziny a na najpieniejszą suknię poświecono tylko mrugnięcie oka :(
Trzewiczki to także pełne zaskoczenie. Idąc do kina myślałam że na nogach Kopciuszka zobaczę, szczególnie modne na chwilę obecną, przeźroczyste czółenka. Kiedy na ekranie po raz pierwszy pojawiła się Cate Blanchett stawiałam na Louboutin'y, czy szpileczki Manolo Blahnik, które powinny pasować do księżniczki. Na szczęście dla mnie Disney zdecydował ze to i tak za mało i postawił na przepiękne, przezjawiskowe, przecudowne i przebajeczne, szklane trzewiczki. Cudo i magia. Obiekt mych marzeń.
Wróżka, a dokładniej konsekwencje jej niekoniecznie przemyślanych i spontanicznych działań to kolejny mocny punkt tej historii. Przynajmniej dla tej dojrzalszej części widowni.
Ale chyba najmocniejszym elementem tej całej historii są recenzje filmu w internecie.
Cudo kinematografii, świeże, olśniewające, młode i innowacyjne spojrzenie na dwustuletnią bajkę. Jest tam pasja, tam jest przekaz, jest tam humor, życiowa prawda. Film uniwersalny i dla pieluchowca i ryczącej czterdziestki, każdemu niesie właściwe wiekowo przesłanie, jednym słowem, dla każdego coś dobrego. No i ta gra aktorska - godna przynajmniej oskarowych nominacji. Grzech do kina się nie wybrać.
Taaaaaaaaaaa
I na tym koniec cukru w cukrze.
Po pierwszych pięciu minutach siedzenia na kinowym krzesełku wiedziałam już że to nie film dla mnie. Pozostawało tylko zdecydować, czy po prostu jestem już za stara metrykalnie, czy zbyt cyniczna życiowo. Dziś odpowiem, ze ani jedno, ani drugie. To po prostu kiepski film był.
Początek, dałabym głowę wyciągnięty z Pana Tadeusza. Wajda dobrym reżyserem jest, oskar za całokształt odebrał, ale żeby zaraz taka zrzyna??
No widzę Zosię jak do ptactwa w koszulinie po kładce na ogród leci. I gąska, i kurka i ptaszek i kózka i myszka i taniec z tatusiem na nóżkach i podskoki na łączce. A na koniec wymiot. Skoro wprowadzono do historii narratora to po chusteczkę takie niepotrzebnie przeciąganie tej mdlącej słodkości. Ani to nie ma wpływu na dalsze losy bohaterów, ani to nie buduje żadnego napięcia. Może i trzylatek wybitnie inteligentny nie jest, ale wystarczą dwa obrazki głaskania króliczków i głos informujący że Elli miała dobre serduszko i kochała każde boskie stworzenie żeby wiedzieć że główna bohaterka pozytywną postacią jest. Koniec, kropka.
Za to chwilę później czuję wielki niedosyt podczas wprowadzenia do życia naszej biednej półsierotki, macochy i dwóch jej córek - a umówmy się, ma to kluczowy wpływ na tą historię. Ni z gruszki, ni z pietruszki, w zasadzie dorosłej dziewczynie, ojciec komunikuje że czas na matkę macoszą. Ale że co??? Ale skąd??
Królewskie dekrety nakazujące bezwzględne posiadanie matki dziewczętom w wieku rębnym?
Potrzeba damskiego wsparcia i rady przy wyborze kandydata na męża dla córci?
Może obawa przed przeprowadzeniem rozmowy uświadamiającej o kwiatkach, pszczółkach czy antykoncepcji i życiu seksualnym?
A może tatuś po prostu przestaje sobie radzić z narastającą własną chucią, powodując pogłębiającą się frustrację i czas mieć pod rękę panią do chędożenia?
Bo o miłości to się tam nawet nie zająknął.
Tak czy owak nowa rodzinka pojawia się na ekranie, jak wspomniałam olśniewająca kostiumowo. I szkoda tylko że odstaje od całej reszty do ostatnich minut filmu. Zarówno na tym kopciuszkowym zadupiu, jak i dworze królewskim wśród dam i innych wysoko urodzonych. Taki malutki tyci zgrzycik.
No i pierwsza duża scena dorosłej Elli - niech mi ktoś powie po jaką cholerę kazali jej lecieć, jak temu cielakowi, przy ojcowym powozie cztery razy łapiąc ojca za łapsko. Jeśli musiała być ta wielka miłość do ojca koniecznie z kontaktem cielesnym ukazana, można było pociągnąć Kopciuszka przy powozie, ale do pierwszego puszczenia ręki. I pozostawić ją tam na środku drogi, szlochającą czy szlochająco-machającą do oddalającego się ojca. Mogła nawet pobiec za karetą. Ale ZA ODDALAJĄCĄ się coraz szybciej karetą, a nie brykając przez cały dziedziniec równo z zaprzęgiem koni. Kopciuszek to nie cyborg, ironwoman czy olimpijska sprinterka na dystansie sześciuset metrów.
Ucieszyłam się też na niespodziewane u Disney'a nawiązanie do gałązki jako prezentu z podróży ojca jaka jest w oryginale. Tam zamiast wróżki właśnie zasadzony na ojcowym grobie patyczek staje się jej powiernikiem, wróżką garderobuszką i drogowskazem dla księcia. Czyżby ekipa zdecydowała się na ekranizację bliższą oryginału?
Nic z tych rzeczy. Gałązka owszem dotarła do rąk Kopciuszka, ale na tym jej rola się zakończyła. Pannica suszka do serca przytuliła, załkała a ciężką robotę wróżka i tak wykonać musiała. TO po co w ogóle zaczęli ten wątek??
A skoro o wróżce już mowa.... O ile pamięć mnie nie myli wróżka chrzestna jasno się wyraziła że aby stworzyć jakieś cudo musi mieć bazę. Dlatego właśnie potrzebowała dyni, myszek, jaszczurek czy kaczki. Trudno zrozumieć istotę samej magii, ale założenie "coś z czegoś" jest jasne, klarowne, a nawet na swój sposób logiczne. W takim razie skąd szklane pantofelki??
Nie stworzono ich ze schodzonych balerinek, nie powstały również z wieczornej rosy. Powstało coś z niczego. Jakim sposobem?
Pójdźmy dalej, cała magia z ostatnim wybiciem północy miała zniknąć. I zniknęła - znów z wyjątkiem pantofelków. Dlaczego one stały się akurat jedyną stałą magiczną rzeczą nieulegającą działaniu upływu czasu? Głupia nie jestem, zdajęsobie sprawę z tego, że to jedyna rzecz za pomocą której książe może ukochną zidentyfikować, ale same przyznacie że wcale się to kupy nie trzyma.
A to jeszcze nie koniec kontrowersji wokół tajemniczego obuwia. Ze względu na dubbing, nie wiem jak brzmi oryginał, ale u nas wróżka nieco nieodpowiedzialnie i zupełnie lekkomyślnie wypeplała że stworzyła obuwie nr 37 - jeden z najbardziej popularnych i chodliwych rozmiarów damskiej stopy. Jakoś nie tworzy to wyobrażenia unikatowej i niepowtarzalnej wielkości kopciuszkowej nóżki. Pewnie z jedna czwarta damskiej populacji bez problemu wcisnęłaby swoją girę do takiego obuwia. Więc jak tu znaleźć królewnę........
Mam też bardzo poważne zastrzeżenia co do zachowania tej skromnej, czystej, delikatnej, niewieściej duszyczki w obecności księcia. Dziewczę jest dużo bardziej pobudzone niż Anastasia w czerwonym pokoju Christiana Greya. Dzieciaczki na szczęście nie zarejestrują w głowie falującej w dużo za szybkim tempie klatki piersiowej (z wyeksponowanym niepotrzebnie biustem w gorsecie) która obnaża w ten sposób spore podniecenie dziewczyny, ale i tak uważam to za zbędne w familijnej produkcji. Pochwalam że Kopciuszek na widok księcia nie pokrywa się pąsowym rumieńcem od czubka głowy po stopy, nie wbija wzroku w podłogę, nie dyga z uniżeniem, nie ucieka od jego wzroku, to wielki krok w emancypacji kobiet, ale żeby się tak zaraz podniecać???
Prawie nic nie mówi tylko siedzi czy stoi dyszy i dmucha żar z rozrzanego jej podbrzucha bucha.
Spotkanie z księciem podczas polowania również nie zrobiło ma mnie żadnego wrażenia. Zakładam że to podprogowy pokaz asertywności, a nawet feminizmu w wykonaniu Kopciuszka - myslę że to jest ta bryza świeżej krwi i innowacyjności na którą powołują się opiniotwórcy. W końcu silna kobieta przewraca porządek świata głosząc tezę że jeśli coś się robi bo się robi nie znaczy że trzeba to robić. Jednak zrobiono to tak subtelnie że przynajmniej dla mnie prawie niezauważalnie.
Żeby dalej szukać dziury w całym do nudnych i niepotrzebnych wątków, które w ogóle nie mają wpływu na fabułę (przypominam o tym słodkopierdzącym dzieciństwie, czy historii z pośmiertnym prezentem z gałązki) dołączę pozbawione sensu kardy schodów prowadzących do zamku. Czy były symbolem długiej i ciężkiej drogi jaką Kopciuszek musiał przebyć by dostać się do zamku i zaznać szczęścia? Nie sądzę. Czy przeszkodziły lub pomogły w ucieczce? Nie sądzę....A można było w to miejsce rozwinąć wątki które rozwinięcia potrzebowały.......
Nie skrytykowałam jeszcze księcia... ale nie martwcie się, nie wiąże mnie solidarność plemników. Po prostu grzecznie czekał na swoją kolej. W końcu wszystko i tak dochodzi do niego z pewnym opóźnieniem. Do tego stopnia że zastanawiam się czy to nie jest jakiś genetyczny feler.
Bo tak na chłopski rozum. Jest facet. Umówmy się książe - bardzo odpowiedzialny, dojrzały, honorowy. Państwo i jego mieszkańcy są dla niego priorytetem i jest w stanie ponosić za nich i dla nich najwyższe koszty łącznie z osobistymi.
Zdarza się jednak tak, że podczas pewnego polowania spotyka kocmołuszka na koniu w którym zakochuje się od pierwszego widzenia i który przewraca jego świat do góry nogami. Trafiony zatopiony. Żeby ujrzeć ukochaną po raz drugi, żeby poprosić ją o rękę i poślubić, facet urządza największy bal jaki królestwo zapewne widziało. Tak na marginesie sala balowa była nieco pustawa. Szkoda że Disney żałował kasy na statystów. Przy rozbuchanych krajobrazach, wielkich dworach z majestatycznymi pałacami i niekończącymi się do nich schodami pustawa sala wyglądała więcej niż tandetnie. Wracając jednak do opóźnionego. Naraził się ojcu decydując samodzielnie o ożenku ze zwykłą dziewką, wydał kupę kasy na bal, ma w zasadzie jedną, jedyną i ostatnią szansę żeby dziewczynę spotkać i usidlić. Szczęśliwie wybranka się pojawia, akurat na pierwszy królewski taniec, tańczą więc, rozmawiają, są sam na sam w królewskim pokoju, romantycznie udają się do zaczarowanego ogrodu (i znów widzę dużą inspiracje polskim reżyserem - tym razem jest to Agnieszka Holland). Wybija północ, dziewczyna podnosi tyłek z huśtawki, jasno i klarownie żegna się z kięciem i oddala w nieznanym kierunku (czyli na te głupawo długie schody). Co na to Panicz? Stoi, patrzy jak sroka w gnat, głupawo do siebie uśmiecha. Zanim informacja dociera co centralnego ośrodka nerwowego, dziewczyna jest już kilka długości dalej. Co za cymbał skończony.
Jest jeszcze niezrozumiały wątek zdradzieckiej umowy pomiędzy macochą a wielkim zarządcą czy jak mu tam.
Babsztyl który potrafił zakręcić tak czystego serca wdowca wokół palca, babsztyl który pozbawił prawowitą dziedziczkę własnego dworku, przy bardzo niejasnej sytuacji osobistej, bo czy wiemy że ta dama wyszła za wdowca? My nawet nie wiemy jak długo dane jej było żyć z tym fajtłapą pod jednym dachem zanim kipnął, nie wspominając o podjętych lub nie krokach formalnych czy intymnych.
Babsztyl który przejrzał nie tylko samego Kopciuszka, ale nawet wszystkie poluzowane deski naj jej strychu nie był w stanie tak się dogadać by skutecznie ukryć pannicę przed przymierzeniem bucika rozmiar 37. Mam uwierzyć w takie niedopatrzenie lub niedostateczne przewidzenie wypadków???
Żeby się już dalej nie pastwić nad każdą minutą filmu wspomnę tylko o sukience Kopciuszka na balu.
Dupy nie urwało. Zwykła pospolita beza z kilkoma tandetnymi motylkami. Takie coś to ja mogę w sklepie kupić. Od wróżki, która z dyni potrafi zrobić karetę oczekiwałabym więcej polotu, przynajmniej na poziomie Elliego Saab. Niby całkiem poprawnie, ale jak na najważniejszą suknię produkcji absolutnie za mało.
Podsumowując - film to strata pieniędzy i czasu.
Dla maluchów dwie godziny czystego filmu plus godzina reklam to za długo jak na grzeczne siedzenie w kinie.
Jak na świadomość, że główny target odbiorców dzieła to dzieci pomiędzy trzecim a siódmym rokiem życia, czyli istoty na tyle niesamodzielne że do kina musza przyjść z rodzicami bajka ma mało, żeby nie powiedzieć że nie ma wcale aluzji dla dorosłych.
Najlepszym podsumowaniem może być reakcja pewnej trzy-cztero latki. Prawie po godzinie trwania bajki dziewczynka zapytała mamę kiedy zaczną w końcu wyświetlać Kopciuszka.
wtorek, 10 marca 2015
PO
Chyba mogę pochwalić się że zaliczyłam Grey'a.
Oczywiście zdecydowanie wolałabym napisać że to Grey zaliczył mnie, bo to i dużo większa przyjemność by była i gwarancja satysfakcji, praktyczna wiedza a temat zatyczek analnych i innych przyjemnościowych gadżetów, a kto wie, może nawet zakończyłoby się jakimś skromniutkim audi przed domem....
Wszystkiego wszakże mieć nie można, a że moim wszystkim jest Grey więc zostaje mi tylko zaliczać jego. Zdecydowanie zrobię to jeszcze parokrotnie chociażby przy kolejnych częściach ale i wrócę do części pierwszej, gdyż jakoś tak obejrzałam ją bardzo powierzchownie i bez żadnego skupienia.
Od razu spieszę tłumaczyć że to nie ja byłam tą osobą ze środkowych foteli którą sceny erotyczne za bardzo poniosły na sali kinowej. Owszem, w trakcie seansu mą głowę zajmowały inne myśli bynajmniej jednak z masturbacją niezwiązane.
Jednak ze względu na fakt iż nie wszystkie czytelniczki z dziełem miały okazję się już zaznajomić, a i moja wiedza jest, jak na ten temat, jednak zbyt powierzchowna, informuję oficjalnie że spamu dziś nie będzie....
A że nie będzie, to postanowiłam zejść z dużego formatu na ten mniejszy i bardziej ogółowi dostępny.
I to jak inteligentnie i błyskotliwie, że niby taka elokwentna, że oczytana, że złotousta ;)
W takim razie słuchajcie dalej....
To jeśli nie szaleństwo wokół pana Christiana G. to może wokół Pana Zbigniewa R.
Bliższy sercu z racji wykonywanego zawodu, bliższy sercu z racji kraju pochodzenia, bliższy sercu z racji majsterkowania przy dokładnie tym narządzie. A w końcu film równie dochodowy - uwzględniając oczywiście polskie realia. No i ile orłów zagarnął.
Tylko jest mały, malutki, tyci problem. Nie obejrzałam "Bogowie".
Ale obejrzałam za to Orły.
Nie dla samych orłów a raczej kreacji jakie miały się tam pojawić i mnie olśnić, jednak nie ważne pobudki, ważny efekt. A ten mnie nie powalił, oj nie. O kreacjach nie ma co wspominać a i zasłonę milczenia przydałoby się spuścić na tegoroczny festiwal a szczególnie na prowadzącą. Nie mam nic osobistego do pani Grażyny Torbickiej. Na pewno kocha kino, na pewno ma na jego temat ogromną wiedzę, na pewno sama jest bardzo mądra, inteligentna, błyskotliwa, światowa i mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale na pewno nie ma zacięcia komediowego. Po co więc ktoś na siłę próbował wciskać ją w ten żałowania godny scenariusz.
To że starszy brat, choć przy Oskarach nasze orzełki wyglądają bardziej jak ich bękarckie dalekie kuzynostwo, od jakiegoś czasu idzie konsekwentnie w kierunku show w show z zamawianiem pizzy, rozdawaniem lego'wych statuetek czy gwiazdorskich selfie, nie musi przecież oznaczać że i my mamy iść tą drogą. Na Boga, nie wszystko co amerykańskie (z wyjątkiem McDonalds) musi być dobre. Nie każdy ich obierany kierunek musi od razu być kierunkiem oświeconym!.
A nawet jeśli naprawdę uważamy że sami nie jesteśmy w stanie nic rozsądnego i dobrego wymyśleć to postawcie na Stuhra który posiada w sobie spory komediowy pierwiastek, który jest w stanie udźwignąć galę w tej konwencji, który udowodnił to niejednokrotnie. Nie każcie posągowej Torbickiej robić z siebie kiszonego ogóra. No nic na siłę!
Zresztą, czego ja wymagam skoro gwiazdą numer jeden festiwalu Polskiej Akademii Filmowej jest celebrytka pełną gębą "prezesowa" Agnieszka Szulim.
Pinda, która swoja karierę oparła na głośnym sformułowaniu, podobno głębokiego przekonania, że takową pindą siedzącą obok kwiatka nie chce być nigdy, oraz jasnych i równie głośnych deklaracji powiększenia biustu ze skromnego A na wydatne C rzekomo dla męża, którego niedługo potem już nierzekomo zostawiła.
I co osiągnęła buntowniczka z wielkimi aspiracjami, fajterka, wojowniczka, współczesna Joanna d'Arc stająca w pojedynkę przeciwko systemowi i wielkiej telewizyjnej korporacji?
Osobiście i dla siebie chyba nie najgorzej. Trzy własne programy w konkurencyjnej stacji, zapewne za większe pieniądze.
"Na językach", które szumnie miało miażdżyć nadęty, sztuczny, głupi i pusty świat polskiego szołbiznesiku. No tak, tylko jak miażdżyć psiapsiółki stojące koło niej na ściankach i otwarciach kolejnych sklepików w galeriach handlowych, jak miażdżyć koleżanki które za chwilę jako ekspertki mają się wypowiadać w jej kolejnych autorskich programach..... No to zajęła się pinda historią konta facebook'owego dla psa Pikusia, które na potrzebę programu (a w praniu okazało się że można go wykorzystać i w innych) założono. Dla wypełnienia czasu antenowego wprowadziła stały element przeglądania torebek podarunkowych dla ściankowych bywalców - jakieś trzy-cztery minuty programu z głowy, czytanie hejcików przez zapraszane "gwiazdy" na swój temat (i znów wracamy do wykluczającego się paradoksu założeń na językach). Od czasu do czasu można przygotować jakiś psalm pochwalny na temat cudownej i błyskotliwej kariery Anny Lewandowskiej, która wszystko zawdzięcza tylko i wyłącznie własnej, ciężkiej pracy a ślub z cenionym w środowisku piłkarzem, dziesiątki ślubnych i poślubnych sesji w kolorowych gazetach z ukochanym tylko jej przeszkadzał i rzucał kłody pod nogi. I co się dziwić, w końcu taką psiapsiółę mieć warto.
Bardzo podobne w formacie są "Tajemnice show biznesu" prowadzone nawet z tymi samymi współpracownikami, choć pewnie powinnam powiedzieć pracownikami. Te same tematy, ten sam Pikuś, te same psalmy, jedynie tym razem siedzi na tle greenscreen'a a nie przy stole z koleżankami i kolegami no i nie ma żarełka z podarunkowych toreb za "bywanie" i "przybycie".
Jest jeszcze "Stylowy magazyn" - w końcu coś skrojone na panią "Prezesową" - czytaj: ukochaną ostatnio bardzo znanego jako producent (film Bogowie), a wcześniej jako syn milionera - pana Staraka Juniora.
I tu pinda nie siedzi obok kwiatka, a obok Pikusia w gustownie urządzonym na styl loftowy studiu z jasnymi mebelkami, pięknie wyglądającymi kanapami. Przynajmniej następna generacja pustogłowych żon/narzeczonych/ kochanek/sympatii wschodzących gwiazd footbool'u, znanych i kochanych gwiazd telewizji może czerpać inspiracje przy urządzaniu wspólnych gwiazdeczek, i zaimponować kochanym samodzielnością, smakiem, stylem, wiedzą z zakresu urządzania wnętrz no i oszczędnością. Choć tu, po zakończeniu kręcenia "Czasu Honoru", bo tak na marginesie, ileż lat można kręcić obrazki Warszawy w czasie II wojny światowej - i tak trwało to kilkakrotnie dłużej niż sama okupacja hitlerowców, stałe pensyjki wielu rozbłyskających męskich gwiazd się zakończyły więc taka zaradna oszczędność może być jak najbardziej na miejscua nawet porządana.
Bo poza ładnie i ze smakiem urządzonym studiu, program jakoś nie wnosi wiele.
Coprawda na potrzeby tego wpisu obejrzałam tylko dwa odcinki, ale one w zupełności wystarczyły mi na wyrobienie sobie zdania na ten temat. Pustka, nijakość, miernota. No i oczywiście celebryci w roli ekspertów. Bo przecież kto wie więcej na temat wychowania dzieci w roli mężczyzny i ojca niż Piotr Szwedes czy Rafał Cieszyński. Co do tego drugiego, to sama pierwsza zadałabym sobie od razu pytanie a kim że jest ten Cieszyński. I mimo wielkiej sympatii do tego pierwszego za "Młode wilki" zapytuję co zrobili w swoich życiach owi panowie że znaleźć się na tych kanapach. Co my wiemy o ich życiu osobisto rodzinnym, żeby dać im mandat wypowiadania się na temat rodzicielstwa i tacieżyństwa? Zresztą ta plaga "eksperckich" gwiazd i celebrytów robi się nieznośna i nie do opanowania. Mucha: ekspert od obsranych pieluch na stole w restauracji, ekspert od wywalania cyca na środku centrum handlowego, ekspert od paradowania na golasa po mieszkaniu, ekspert od ozdabiania kocyków; Cichopek: ekspert od zdrowego odżywiania, ekspert od ćwiczeń, ekspert brafitterka, wreszcie ekspert od bycia sexi; Ślotała dopiero w trzecim miesiącu ciąży ale już ekspert-matka. Felicjańska - ekspertka od wychodzenia z nałogów i długów. Niestety mogłabym tak wymieniać i wymieniać........ No na Boga!!!!
Z drugiej jednak strony - co się dziwić gwiazdeczkom, celebrytom i ściankolubcom. Obecna sytuacja jest dla nich coraz trudniejsza. Kanały telewizyjne mnożą się jak grzyby po deszczu, trzeba w nich przecież coś wyświetlać a gwiazdorski angaż do najmniejszych nie należy. To powstały "trudne sprawy" "dlaczego ja" "ukryta prawda" "sekrety sąsiadów", "weselne gorączki" "zdrady" "tylko ja" "pamiętniki z wakacji" i tony temu podobnego chłamu, z aktorami naturszczykami. Człowiek zwykły też ambicje ma, aspiracje do bycia sławnym, parcie na szkło i ścianki, chęć do bycia rozpoznawalnym. No to się zgłaszają. Role niestety recytują jak przedszkolak na akademii z okazji dnia babci, ale oglądalność jest. I to jaka. Bo problemy w nich poruszane są bliskie szaraczkowi po drugiej stornie ekranu. Jest mowa o wrednych teściowych, o tym że nie starcza do pierwszego, że mąż z koleżanką z pracy, że córka za pieniądze z klientami, że szwagier kasę pożyczył i się ulotnił. Programy się prawie same kręcą, nturszczyki występują, a rynek pracy dla Szwedesa, Cieszyńskiego czy innych mu podobnych zaczyna się kurczyć. No to też się przebranżawiają idąc w eksperckim kierunku. Pieniądz nie śmierdzi, a można się jeszcze przy okazji przypomnieć widowni, reżyserom, scenarzystom.
I tak telewizja polska schodzi na psy, a raczej zaczyna się zmieniać w szambo. I to na tyle specyficzne gdzie to całe gówno idzie jeszcze dalej, na dno.
Bo jeszcze chciałam na deser zostawić sobie kanały informacyjne. To co jeszcze w telewizji oglądam, choć też nie wiem jak długo.
I tu widać jak na dłoni tendencję do pączkowania. Było TVN24, doszedł biznes i świat, był Polsat news mamy teraz news2. Po co? Świat się przecież nie zwiększa, nie dochodzą wiadomości z innych planet. Ilość wydarzeń nie powinna nieproporcjonalnie wzrastać. Będzie wybuch na platformie wiertniczej, wulkan się obudzi, zamach terrorystyczny? Na to czas antenowy się zawsze znajdzie. Najwyżej trzeba będzie zrezygnować z news'a jak poseł wpieprza sałatkę na sali obrad, lub czegoś równie istotnego dla losów polskiej gospodarki czy polskiego ustawodawstwa. No tak, tylko o czym ja mówię....
W Polsce, też dzięki telewizji, praca polityka zdecydowanie przeobraziła się w celebryctwo i bywanie w mediach. To Lis na żywo, to kropka nad i, fakty po faktach, rozmowa, rozmowa dnia, kawa na ławę, piaskiem po oczach, wstajesz i wiesz, świat się kręci... itd. itp.
Niedawno jedna z pań posłanek takie sobie telewizyjne jednodniowe tour zrobiła że zaliczyła tvp, potem poleciała do tvn żeby zakończyć dzień na fotelu u Lisa. W tej samej nowej skórzanej kurtce tylko bluzki pod spodem i korale zmieniała. Za to jej przeciwniczka z opozycji, tego samego dnia, spotkała się z nią zarówno w "faktach po faktach" jak i w "co z tą polską" ale poszła o krok dalej bo nie dość że całą garderobę zmieniła to jeszcze drastycznie uczesanie. Nieprawdopodobne.
A słyszy się, bez względu na kolor bluzki, uczesanie, obecność krawata czy nie, te same paplaniny. Ten sam bełkot bez względu na zadawane pytane i temat rozmowy. I te same gęby tydzień w tydzień, miesiąc za miesiącem. Ba, już nawet z kolorowych gazet wystają....
A ciągła emigracja młodych? ujemny przyrost naturalny? rosnące bezrobocie? coraz gorsze warunki dla zatrudnionych? służba zdrowia? programy naprawcze dla kulejąco-upadających spółek skarbu państwa? wstydliwe pozycje w samym ogonie we wszystkich poważnych rankingach ułatwiających życie ludziom, podatnikom krajów nie tylko unii europejskiej ale i świata.
Eeeeeeee......
Kto by się tym przejmował. Jest popyt na tyrady pseudo elokwentnych wypowiedzi nowo powstałego gatunku polibrytów i polibrytek (politycznych celebrytów) w telewizji informacyjnej? to się pchają. Darmowa reklama, darmowa promocja, darmowa kampania wyborcza.
A telewizja promuje, zaprasza, reklamuje.
W końcu nie dość ze łatwiej to jeszcze jak tanio zaprosić bandę polibrytek i polibrytów żeby sobie skakali do oczu, bardziej czy mniej kulturalnie ale za to przez dwadzieścia minut, czterdzieści, a możne nawet godzinę. I biznes się kręci. Gówniany w szambie, ale się kręci.
Miłego oglądania.
Oczywiście zdecydowanie wolałabym napisać że to Grey zaliczył mnie, bo to i dużo większa przyjemność by była i gwarancja satysfakcji, praktyczna wiedza a temat zatyczek analnych i innych przyjemnościowych gadżetów, a kto wie, może nawet zakończyłoby się jakimś skromniutkim audi przed domem....
Wszystkiego wszakże mieć nie można, a że moim wszystkim jest Grey więc zostaje mi tylko zaliczać jego. Zdecydowanie zrobię to jeszcze parokrotnie chociażby przy kolejnych częściach ale i wrócę do części pierwszej, gdyż jakoś tak obejrzałam ją bardzo powierzchownie i bez żadnego skupienia.
Od razu spieszę tłumaczyć że to nie ja byłam tą osobą ze środkowych foteli którą sceny erotyczne za bardzo poniosły na sali kinowej. Owszem, w trakcie seansu mą głowę zajmowały inne myśli bynajmniej jednak z masturbacją niezwiązane.
Jednak ze względu na fakt iż nie wszystkie czytelniczki z dziełem miały okazję się już zaznajomić, a i moja wiedza jest, jak na ten temat, jednak zbyt powierzchowna, informuję oficjalnie że spamu dziś nie będzie....
A że nie będzie, to postanowiłam zejść z dużego formatu na ten mniejszy i bardziej ogółowi dostępny.
I to jak inteligentnie i błyskotliwie, że niby taka elokwentna, że oczytana, że złotousta ;)
W takim razie słuchajcie dalej....
To jeśli nie szaleństwo wokół pana Christiana G. to może wokół Pana Zbigniewa R.
Bliższy sercu z racji wykonywanego zawodu, bliższy sercu z racji kraju pochodzenia, bliższy sercu z racji majsterkowania przy dokładnie tym narządzie. A w końcu film równie dochodowy - uwzględniając oczywiście polskie realia. No i ile orłów zagarnął.
Tylko jest mały, malutki, tyci problem. Nie obejrzałam "Bogowie".
Ale obejrzałam za to Orły.
Nie dla samych orłów a raczej kreacji jakie miały się tam pojawić i mnie olśnić, jednak nie ważne pobudki, ważny efekt. A ten mnie nie powalił, oj nie. O kreacjach nie ma co wspominać a i zasłonę milczenia przydałoby się spuścić na tegoroczny festiwal a szczególnie na prowadzącą. Nie mam nic osobistego do pani Grażyny Torbickiej. Na pewno kocha kino, na pewno ma na jego temat ogromną wiedzę, na pewno sama jest bardzo mądra, inteligentna, błyskotliwa, światowa i mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale na pewno nie ma zacięcia komediowego. Po co więc ktoś na siłę próbował wciskać ją w ten żałowania godny scenariusz.
To że starszy brat, choć przy Oskarach nasze orzełki wyglądają bardziej jak ich bękarckie dalekie kuzynostwo, od jakiegoś czasu idzie konsekwentnie w kierunku show w show z zamawianiem pizzy, rozdawaniem lego'wych statuetek czy gwiazdorskich selfie, nie musi przecież oznaczać że i my mamy iść tą drogą. Na Boga, nie wszystko co amerykańskie (z wyjątkiem McDonalds) musi być dobre. Nie każdy ich obierany kierunek musi od razu być kierunkiem oświeconym!.
A nawet jeśli naprawdę uważamy że sami nie jesteśmy w stanie nic rozsądnego i dobrego wymyśleć to postawcie na Stuhra który posiada w sobie spory komediowy pierwiastek, który jest w stanie udźwignąć galę w tej konwencji, który udowodnił to niejednokrotnie. Nie każcie posągowej Torbickiej robić z siebie kiszonego ogóra. No nic na siłę!
Zresztą, czego ja wymagam skoro gwiazdą numer jeden festiwalu Polskiej Akademii Filmowej jest celebrytka pełną gębą "prezesowa" Agnieszka Szulim.
Pinda, która swoja karierę oparła na głośnym sformułowaniu, podobno głębokiego przekonania, że takową pindą siedzącą obok kwiatka nie chce być nigdy, oraz jasnych i równie głośnych deklaracji powiększenia biustu ze skromnego A na wydatne C rzekomo dla męża, którego niedługo potem już nierzekomo zostawiła.
I co osiągnęła buntowniczka z wielkimi aspiracjami, fajterka, wojowniczka, współczesna Joanna d'Arc stająca w pojedynkę przeciwko systemowi i wielkiej telewizyjnej korporacji?
Osobiście i dla siebie chyba nie najgorzej. Trzy własne programy w konkurencyjnej stacji, zapewne za większe pieniądze.
"Na językach", które szumnie miało miażdżyć nadęty, sztuczny, głupi i pusty świat polskiego szołbiznesiku. No tak, tylko jak miażdżyć psiapsiółki stojące koło niej na ściankach i otwarciach kolejnych sklepików w galeriach handlowych, jak miażdżyć koleżanki które za chwilę jako ekspertki mają się wypowiadać w jej kolejnych autorskich programach..... No to zajęła się pinda historią konta facebook'owego dla psa Pikusia, które na potrzebę programu (a w praniu okazało się że można go wykorzystać i w innych) założono. Dla wypełnienia czasu antenowego wprowadziła stały element przeglądania torebek podarunkowych dla ściankowych bywalców - jakieś trzy-cztery minuty programu z głowy, czytanie hejcików przez zapraszane "gwiazdy" na swój temat (i znów wracamy do wykluczającego się paradoksu założeń na językach). Od czasu do czasu można przygotować jakiś psalm pochwalny na temat cudownej i błyskotliwej kariery Anny Lewandowskiej, która wszystko zawdzięcza tylko i wyłącznie własnej, ciężkiej pracy a ślub z cenionym w środowisku piłkarzem, dziesiątki ślubnych i poślubnych sesji w kolorowych gazetach z ukochanym tylko jej przeszkadzał i rzucał kłody pod nogi. I co się dziwić, w końcu taką psiapsiółę mieć warto.
Bardzo podobne w formacie są "Tajemnice show biznesu" prowadzone nawet z tymi samymi współpracownikami, choć pewnie powinnam powiedzieć pracownikami. Te same tematy, ten sam Pikuś, te same psalmy, jedynie tym razem siedzi na tle greenscreen'a a nie przy stole z koleżankami i kolegami no i nie ma żarełka z podarunkowych toreb za "bywanie" i "przybycie".
Jest jeszcze "Stylowy magazyn" - w końcu coś skrojone na panią "Prezesową" - czytaj: ukochaną ostatnio bardzo znanego jako producent (film Bogowie), a wcześniej jako syn milionera - pana Staraka Juniora.
I tu pinda nie siedzi obok kwiatka, a obok Pikusia w gustownie urządzonym na styl loftowy studiu z jasnymi mebelkami, pięknie wyglądającymi kanapami. Przynajmniej następna generacja pustogłowych żon/narzeczonych/ kochanek/sympatii wschodzących gwiazd footbool'u, znanych i kochanych gwiazd telewizji może czerpać inspiracje przy urządzaniu wspólnych gwiazdeczek, i zaimponować kochanym samodzielnością, smakiem, stylem, wiedzą z zakresu urządzania wnętrz no i oszczędnością. Choć tu, po zakończeniu kręcenia "Czasu Honoru", bo tak na marginesie, ileż lat można kręcić obrazki Warszawy w czasie II wojny światowej - i tak trwało to kilkakrotnie dłużej niż sama okupacja hitlerowców, stałe pensyjki wielu rozbłyskających męskich gwiazd się zakończyły więc taka zaradna oszczędność może być jak najbardziej na miejscua nawet porządana.
Bo poza ładnie i ze smakiem urządzonym studiu, program jakoś nie wnosi wiele.
Coprawda na potrzeby tego wpisu obejrzałam tylko dwa odcinki, ale one w zupełności wystarczyły mi na wyrobienie sobie zdania na ten temat. Pustka, nijakość, miernota. No i oczywiście celebryci w roli ekspertów. Bo przecież kto wie więcej na temat wychowania dzieci w roli mężczyzny i ojca niż Piotr Szwedes czy Rafał Cieszyński. Co do tego drugiego, to sama pierwsza zadałabym sobie od razu pytanie a kim że jest ten Cieszyński. I mimo wielkiej sympatii do tego pierwszego za "Młode wilki" zapytuję co zrobili w swoich życiach owi panowie że znaleźć się na tych kanapach. Co my wiemy o ich życiu osobisto rodzinnym, żeby dać im mandat wypowiadania się na temat rodzicielstwa i tacieżyństwa? Zresztą ta plaga "eksperckich" gwiazd i celebrytów robi się nieznośna i nie do opanowania. Mucha: ekspert od obsranych pieluch na stole w restauracji, ekspert od wywalania cyca na środku centrum handlowego, ekspert od paradowania na golasa po mieszkaniu, ekspert od ozdabiania kocyków; Cichopek: ekspert od zdrowego odżywiania, ekspert od ćwiczeń, ekspert brafitterka, wreszcie ekspert od bycia sexi; Ślotała dopiero w trzecim miesiącu ciąży ale już ekspert-matka. Felicjańska - ekspertka od wychodzenia z nałogów i długów. Niestety mogłabym tak wymieniać i wymieniać........ No na Boga!!!!
Z drugiej jednak strony - co się dziwić gwiazdeczkom, celebrytom i ściankolubcom. Obecna sytuacja jest dla nich coraz trudniejsza. Kanały telewizyjne mnożą się jak grzyby po deszczu, trzeba w nich przecież coś wyświetlać a gwiazdorski angaż do najmniejszych nie należy. To powstały "trudne sprawy" "dlaczego ja" "ukryta prawda" "sekrety sąsiadów", "weselne gorączki" "zdrady" "tylko ja" "pamiętniki z wakacji" i tony temu podobnego chłamu, z aktorami naturszczykami. Człowiek zwykły też ambicje ma, aspiracje do bycia sławnym, parcie na szkło i ścianki, chęć do bycia rozpoznawalnym. No to się zgłaszają. Role niestety recytują jak przedszkolak na akademii z okazji dnia babci, ale oglądalność jest. I to jaka. Bo problemy w nich poruszane są bliskie szaraczkowi po drugiej stornie ekranu. Jest mowa o wrednych teściowych, o tym że nie starcza do pierwszego, że mąż z koleżanką z pracy, że córka za pieniądze z klientami, że szwagier kasę pożyczył i się ulotnił. Programy się prawie same kręcą, nturszczyki występują, a rynek pracy dla Szwedesa, Cieszyńskiego czy innych mu podobnych zaczyna się kurczyć. No to też się przebranżawiają idąc w eksperckim kierunku. Pieniądz nie śmierdzi, a można się jeszcze przy okazji przypomnieć widowni, reżyserom, scenarzystom.
I tak telewizja polska schodzi na psy, a raczej zaczyna się zmieniać w szambo. I to na tyle specyficzne gdzie to całe gówno idzie jeszcze dalej, na dno.
Bo jeszcze chciałam na deser zostawić sobie kanały informacyjne. To co jeszcze w telewizji oglądam, choć też nie wiem jak długo.
I tu widać jak na dłoni tendencję do pączkowania. Było TVN24, doszedł biznes i świat, był Polsat news mamy teraz news2. Po co? Świat się przecież nie zwiększa, nie dochodzą wiadomości z innych planet. Ilość wydarzeń nie powinna nieproporcjonalnie wzrastać. Będzie wybuch na platformie wiertniczej, wulkan się obudzi, zamach terrorystyczny? Na to czas antenowy się zawsze znajdzie. Najwyżej trzeba będzie zrezygnować z news'a jak poseł wpieprza sałatkę na sali obrad, lub czegoś równie istotnego dla losów polskiej gospodarki czy polskiego ustawodawstwa. No tak, tylko o czym ja mówię....
W Polsce, też dzięki telewizji, praca polityka zdecydowanie przeobraziła się w celebryctwo i bywanie w mediach. To Lis na żywo, to kropka nad i, fakty po faktach, rozmowa, rozmowa dnia, kawa na ławę, piaskiem po oczach, wstajesz i wiesz, świat się kręci... itd. itp.
Niedawno jedna z pań posłanek takie sobie telewizyjne jednodniowe tour zrobiła że zaliczyła tvp, potem poleciała do tvn żeby zakończyć dzień na fotelu u Lisa. W tej samej nowej skórzanej kurtce tylko bluzki pod spodem i korale zmieniała. Za to jej przeciwniczka z opozycji, tego samego dnia, spotkała się z nią zarówno w "faktach po faktach" jak i w "co z tą polską" ale poszła o krok dalej bo nie dość że całą garderobę zmieniła to jeszcze drastycznie uczesanie. Nieprawdopodobne.
A słyszy się, bez względu na kolor bluzki, uczesanie, obecność krawata czy nie, te same paplaniny. Ten sam bełkot bez względu na zadawane pytane i temat rozmowy. I te same gęby tydzień w tydzień, miesiąc za miesiącem. Ba, już nawet z kolorowych gazet wystają....
A ciągła emigracja młodych? ujemny przyrost naturalny? rosnące bezrobocie? coraz gorsze warunki dla zatrudnionych? służba zdrowia? programy naprawcze dla kulejąco-upadających spółek skarbu państwa? wstydliwe pozycje w samym ogonie we wszystkich poważnych rankingach ułatwiających życie ludziom, podatnikom krajów nie tylko unii europejskiej ale i świata.
Eeeeeeee......
Kto by się tym przejmował. Jest popyt na tyrady pseudo elokwentnych wypowiedzi nowo powstałego gatunku polibrytów i polibrytek (politycznych celebrytów) w telewizji informacyjnej? to się pchają. Darmowa reklama, darmowa promocja, darmowa kampania wyborcza.
A telewizja promuje, zaprasza, reklamuje.
W końcu nie dość ze łatwiej to jeszcze jak tanio zaprosić bandę polibrytek i polibrytów żeby sobie skakali do oczu, bardziej czy mniej kulturalnie ale za to przez dwadzieścia minut, czterdzieści, a możne nawet godzinę. I biznes się kręci. Gówniany w szambie, ale się kręci.
Miłego oglądania.
poniedziałek, 9 lutego 2015
Bardzo, bardzo zły czas
Dnia dzisiejszego, roku pańskiego, miałam bardzo kiepski dzionek, a przecież wiele gorszego może się jeszcze stać. Północ nie wybiła, noc nie zapadła, dzień jeszcze się ciągnie.
Jakoby zostałam dzisiaj delikatnie zmuszona do sprzedaży własnego samochodu, a tak zgodnie z własnym sercem i duszą prawie do przekazania go w formie darowizny...
Dziwna sprawa.
Na ten moment samochód stoi jeszcze w garażu, decyzja sprzedaży została odroczona, ale bez żadnego entuzjazmu a nawet odrobiny zrozumienia więc obawiam ze że to chwilowa cisza przed nadchodzącą burzą, jaka się dopiero rozpęta.
I na tą chwilę raczej chciałabym pominąć kwestię znalezienia się przeze mnie w tym miejscu i w tej czasie. Nie czuję się na tyle silna, żeby próbować wysilać się na zachowanie obiektywizmu czy zdrowego dystansu.
Ale za to cały czas próbuję przekonać siebie samą do merytoryczności i skalkulowanej logiczno-matematycznej racji mojej argumentacji, choć serce rwie się z krzykiem i łzami żeby takim ludziom auta nie sprzedawać bez względu na cenę.
Mamy takie czasy jakie mamy, stare jeżdżące auta zalewają nas z zachodu, a ich wartość rynkowa bywa niemalże śmieszna. Bywa że cena roweru jest wyższa niż przeciętnego autka "trupka" na chodzie. Nienajgorsza sytuacja może dla kupującego, ale w tej chwili ja znajduję się po drugiej stronie barykady zatem moja perspektywa jest zdecydowanie inna.
I czas na fundamentalne pytanie: czy opłaca się sprzedawać osiemnastoletnie auto z małym przebiegiem, zachowane "w bardzo dobrym stanie jak na swój wiek" (co zostało wypowiedziane podczas okresowego badania), zatankowane prawie do pełna (co jest istotną informacją, gdyż nastały takie czasy, że pełen bak może istotnie podnosić wartość pełnoletniego, czy zbliżającego się do pełnoletności samochodu), z opłaconym na kwartał ubezpieczeniem, świeżo po badaniu, z nowiusieńkim akumulatorem i historią prawie bez drobnych napraw za 2.200 złotych???!!!.
Sam akumulator i paliwo to już 400 złotych, o kwartał ubezpieczenia nie będę się czepiała.
Są jeszcze w domu dwa auta, lepsze, nowsze. Ba, jak Peugeot można nawet próbować porównać z BMW. Dobrze, rozumiem, wiem.
Ale użytkowników też jest trójka, zadupie do dojazdów, żadnych rozsądnych miejskich połączeń i jeszcze gorsze perspektywy połączeń na przyszłość.
I jak jeszcze równanie trzech kierowców+ zadupie + dojazdy do pracy = trzy auta brzmi rozsądnie (lub rozsądnie przynajmniej dla mnie), to jeden wielkimi krokami zbliża się do emerytury i z natury nienawidząc auta prowadzić krzyczy najgłośniej że auta potrzebować nie będzie. Więc trzy auta to głupota.
Daj boże zakochać się we wsi spokojnej, wsi wesołej, zadeczyć się we własnoręcznie zasadzonych krzakach i nie mieć żadnej potrzeby czy przymusu pojawienia się w mieście. Ale.....
Może się wydarzyć potrzeba udania się do dentysty, do lekarza, do koleżanki w odwiedziny - będzie wtedy dużo wolnego czasu - może nawet potrzeba ubrania, umalowania i wyjścia w miasto do ludzi (tak żeby oderwać się od łopaty, robali, perzu i wiejskiej głupoty) .
Auta już nie będzie.
Były plany dorabiania na emeryturze. Niech nie pracuje, odpoczynku i beztroski nie żałuję wręcz życzę, ale może jakiś uniwersytet trzeciego wieku czy inna aktywność wśród ludzi....
Auta już nie będzie.
A kupować wtedy na hura innego "trupka", kupować kota w worku skoro było auto działające, na chodzi, nie zawodzące - dla nie bezsens.
Może gdybym miała nóż na gardle, widmo upadłości konsumenckiej na horyzoncie.
Ale nic mnie nie dusi, nic mnie nie ponagla.
Trudno debatować z kimś kto ma, zresztą jak ja, święte przekonanie o słuszności swojej decyzji.
Bo to nic że auta z tego rocznika są w cenach pomiędzy 2800-5600. Internet to internet a samochód jest wart tyle ile kupiec jest w stanie zapłacić. W przypadku tego kupca (niech stracę i odliczę tylko ten nieszczęsny akumulator) to kwota 1.950,-
To jak spóźniony prezent bożonarodzeniowy, i zdecydowanie nie dla mnie.
I tak uważam, że niekoniecznie to trzecie auto musi być takie zbędne, że może się tak zdarzyć, że będzie użytkowany (chociażby jako zapas, gdy inny odmówi posłuszeństwa), ale nawet jeśli, to wolę żeby niszczał i tracił na wartości - dając mi tylko poczucie spokoju, że jest w zapasie i mam margines bezpieczeństwa, niż dostać za niego 2 tysiące i czuć się oszukaną i wykorzystaną.
I to są dla mnie merytoryczne argumenty. Wystarczające w zupełności do podjęcia decyzji że auto powinno zostać (przynajmniej za tą kasę).
Zgadzacie się ze mną?
Możecie mieć zupełnie inne zdanie jestem otwarta na dyskusję.
I choć argumenty niemerytoryczne nie powinny się tu w ogóle znaleźć postanowiłam i nad nimi się dłuższą chwilę pochylić. Bo już nie tyle chodzi o ich wagę, siłę, czy jakikolwiek wpływ na podejmowaną przeze mnie decyzję, ale kwestię dobrego wychowania, zachowania w społeczeństwie i moje ewentualne oderwanie od rzeczywistości.
Nie jestem gwiazdą, nie jestem duszą towarzystwa, nie jestem imprezowiczką. Moje kontakty towarzyskie są raczej niewielkie i dość sporadyczne. Jednak, jeśli chcę kogoś odwiedzić, spotkać, pogadać, zawrócić głowę, staram się zawsze wcześniej zapowiedzieć. Zaznaczę, choć pewnie zabrzmi to bardzo niegrzecznie wobec wszystkich matek polek (które szanuje i podziwiam- naprawdę) ja pojawiam się bez ogonka.
Co innego gdy podrzucam podłożone spodnie, czy zszytą bluzkę - tu czasem pozwalam sobie na drobny spontan, ale tak jak szybko wchodzę, tak szybko się ulatniam.
Kiedy moja kuzynka ma ochotę wpaść z siostrzenicą też zawsze mam wcześniej telefon.
Mój koleżanki, choć uważam że wpadać mogą do mnie zawsze i wszędzie, również uprzejmie się zapowiadają i za każdym razem pytają czy ewentualnie ogonek pojawić się też może.
I do tej pory tak właśnie się to odbywało, zakładałam zatem że ta właśnie bywa.
Że nie trafiły mi się perfekcyjne koleżanki, że nie jestem traktowana jak delikatne jajeczko z wyjątkową delikatnością i okrywana kloszem antydzieciakowym.
Ale przyszło mi się w zeszłą sobotę z tym boleśnie skonfrontować.
Tym bardziej boleśnie, że usłyszałam ,że to ja jestem oderwana od rzeczywistości i ciężko mi żyć będzie skoro buntuję się wewnętrznie wobec pewnych zachowań nie będąc elastyczną.
Przyjeżdża kupiec obejrzeć samochód. Przyjeżdża z żoną. No skoro Pani ma wozić również swój tyłeczek autem ma prawo je obejrzeć, ma prawo wyrobić sobie zdanie, bo ma prawo mieć wpływ na podejmowaną decyzję. W końcu kasa wspólna. Rozumiem, akceptuję, popieram.
Ale na tym był koniec wspólnego zrozumienia. Wiem, bardzo niewiele, ale pozwólcie że się z tego wytłumaczę.
Kupiec, choć jest powiedzenie "nasz klient nasz Pan", przede wszystkim jest człowiekiem, osobą którą zasady dobrego wychowania powinny obowiązywać również podczas transakcji zakupu.
Nikt nie chce kupować kota w worku. Zdaję sobie z tego sprawę. Kupując samochód możemy chcieć zobaczyć jak chodzi, jak działa silnik, może nawet usiąść na fotelu kierowcy. Nie zabraniam. Ale nie akceptuję również sposobu w jaki miało to miejsce w tej konkretnej sytuacji.
Małżonka, która wbrew moim wcześniejszym założeniom ewidentnie była niezainteresowana samochodem, stała tak sobie stała i nagle rzuca w stronę męża "no się przejedź"
Mąż, jak przystało na dobrze wychowane kochanie natychmiast odwróciło się w moją stronę z zapytaniem czy jadę z nim.
No dla mnie WOW. Może jestem wymagająca, może jestem staroświecka, może mam zbyt wygórowane oczekiwania co do poziomu kultury obcych, ale według moich standardów było to zachowanie niegrzeczne.
Ja nie mam obowiązku dawania obcym auta, nawet potencjalnym kupcom. Ja mogę włączyć mu silnik i otworzy maskę, ja mogę go przewieźć, ja nawet mogę pozwolić mu trochę poprowadzić, ale to jest tylko i wyłącznie moja dobra wola to absolutnie nie jest mój zakichany obowiązek.
No i ta forma.....
Nie było, "czy możemy się przejechać?", "czy nie mam nic przeciwko abyśmy podjechali kawałeczek?", nie było pytania "czy mógłbym poprowadzić auto?"
Pani zadecydowała że Pan się przejedzie i dali mi szanse uczestniczenia w tym jako widz.
No czepiam się? Tak to się normalnie odbywa?
Ja kupiec, ja pan, ja teraz jechać samochodem???!!!
Idźmy dalej.
Pan postanowił przejechać się w kierunku Piły..... zdecydowanie dalej niż pierwsze skrzyżowanie i po nim wybitnie dogodne miejsce do zawracania. W końcu bak pełny, bez nadzoru, można jechać. Kiedy po długiej chwili wrócili, Pan łaskawie kluczyki oddał a Pani udała się w kierunku własnego samochodu..... po dzieciaka.
Choć uważam, ze targane trzylatka na oglądanie samochodu jest nieporozumieniem i grubą pomyłką, choć uważam że zaskakiwanie dodatkowym gościem jest nietaktem, szczególnie że dzieciak mógł zostać z ciocią i kuzynostwem w Pile, swoje pomyślałam, ale bez słowa Panią +1 do domu wpuściłam, drzwi za nami zamknęłam i nieco zirytowana udałam się na górę.
Oczywiście nie obyło się narzekania na samochód, bo to lakier odchodzi, możnaby tam coś doszpachlować, a najlepiej to do lakiernika z autem pojechać bo i rdza gdzieś wyszła- a to są koszty dodatkowe. No tak, w końcu auto za 2 tysiące to jak nówka spod igły być powinno.
Może jakby się zeszło z ceny na 1300-1500 złotych Pan już podkreślać że i tak prezent nam robi na auto się decydując, już by nie musiał, a tak swoje trzeba powiedzieć.
I gadaj człowiecze. Wolność słowa mamy, demokrację, klepać możesz co ci ślina na język przyniesie. Nie zabronię, nawet głośno nie skrytykuję. Gościem rodziców jesteś, masz prawo gadać. W ciszy to zniosę.
Ale aktywuje się dzieciak. A tu pluszaków brak, resoraków brak, klocków brak, nawet kredek brak. Za to są kotki !!!!!!!
Genialna zabaweczka dla trzyletniego dzieciaka. Mięciutki jak pluszak, ruchliwy jak resorak, kreatywny jak klocki, daje tyle możliwości co biała kartka z kredkami. Trudno o lepszą zabawkę.
I myślę tak sobie, że będąc matką, z dzieciakiem w gościach, na widok zwierzaka zapytałabym czy można go dotknąć, można pogłaskać, można podejść. Nie tylko z dobrego wychowania, nie tylko z szacunku do samego zwierzaczka, jego właściciela, ale nawet samego bezpieczeństwa. Nie każdy pies, nie każdy kot ma ochotę i cierpliwość bycia maltretowanym.
I znów podeprę się swoim dotychczasowym doświadczeniem - rodzinne dzieciaki zawsze wiedziały że zwierzątek się nie rusza. Można dostać pozwolenie na pogłaskanie, ale bez tego nie podchodzi.
Gościnne mamusie też dziesięć razy powtarzają, ze kotków się nie rusza.
Ale nie ten gość i nie tym razem.
Zresztą czego ja oczekiwałam. Skoro teraz się przejadą cudzym autem to i teraz można się pobawić cudzym kotem.
Po raz kolejny zatem zapytam, czy to mnie przyzwyczajono do rozpusty i luksusu? Czy cudzą nadkulturę i nadwyraz dobre zachowanie mylnie ustawiłam w swojej głowie jak normę i obowiązujące zasady?
Czy jestem jak ta konserwa, sztywna, cierpka i nieelastyczna oderwana zupełnie od rzeczywistości?
Odludkiem, odseparowanym od społeczeństwa, nie nadającym się do życia stadnego?
Aspołecznym dziwolągiem?
Jakoby zostałam dzisiaj delikatnie zmuszona do sprzedaży własnego samochodu, a tak zgodnie z własnym sercem i duszą prawie do przekazania go w formie darowizny...
Dziwna sprawa.
Na ten moment samochód stoi jeszcze w garażu, decyzja sprzedaży została odroczona, ale bez żadnego entuzjazmu a nawet odrobiny zrozumienia więc obawiam ze że to chwilowa cisza przed nadchodzącą burzą, jaka się dopiero rozpęta.
I na tą chwilę raczej chciałabym pominąć kwestię znalezienia się przeze mnie w tym miejscu i w tej czasie. Nie czuję się na tyle silna, żeby próbować wysilać się na zachowanie obiektywizmu czy zdrowego dystansu.
Ale za to cały czas próbuję przekonać siebie samą do merytoryczności i skalkulowanej logiczno-matematycznej racji mojej argumentacji, choć serce rwie się z krzykiem i łzami żeby takim ludziom auta nie sprzedawać bez względu na cenę.
Mamy takie czasy jakie mamy, stare jeżdżące auta zalewają nas z zachodu, a ich wartość rynkowa bywa niemalże śmieszna. Bywa że cena roweru jest wyższa niż przeciętnego autka "trupka" na chodzie. Nienajgorsza sytuacja może dla kupującego, ale w tej chwili ja znajduję się po drugiej stronie barykady zatem moja perspektywa jest zdecydowanie inna.
I czas na fundamentalne pytanie: czy opłaca się sprzedawać osiemnastoletnie auto z małym przebiegiem, zachowane "w bardzo dobrym stanie jak na swój wiek" (co zostało wypowiedziane podczas okresowego badania), zatankowane prawie do pełna (co jest istotną informacją, gdyż nastały takie czasy, że pełen bak może istotnie podnosić wartość pełnoletniego, czy zbliżającego się do pełnoletności samochodu), z opłaconym na kwartał ubezpieczeniem, świeżo po badaniu, z nowiusieńkim akumulatorem i historią prawie bez drobnych napraw za 2.200 złotych???!!!.
Sam akumulator i paliwo to już 400 złotych, o kwartał ubezpieczenia nie będę się czepiała.
Są jeszcze w domu dwa auta, lepsze, nowsze. Ba, jak Peugeot można nawet próbować porównać z BMW. Dobrze, rozumiem, wiem.
Ale użytkowników też jest trójka, zadupie do dojazdów, żadnych rozsądnych miejskich połączeń i jeszcze gorsze perspektywy połączeń na przyszłość.
I jak jeszcze równanie trzech kierowców+ zadupie + dojazdy do pracy = trzy auta brzmi rozsądnie (lub rozsądnie przynajmniej dla mnie), to jeden wielkimi krokami zbliża się do emerytury i z natury nienawidząc auta prowadzić krzyczy najgłośniej że auta potrzebować nie będzie. Więc trzy auta to głupota.
Daj boże zakochać się we wsi spokojnej, wsi wesołej, zadeczyć się we własnoręcznie zasadzonych krzakach i nie mieć żadnej potrzeby czy przymusu pojawienia się w mieście. Ale.....
Może się wydarzyć potrzeba udania się do dentysty, do lekarza, do koleżanki w odwiedziny - będzie wtedy dużo wolnego czasu - może nawet potrzeba ubrania, umalowania i wyjścia w miasto do ludzi (tak żeby oderwać się od łopaty, robali, perzu i wiejskiej głupoty) .
Auta już nie będzie.
Były plany dorabiania na emeryturze. Niech nie pracuje, odpoczynku i beztroski nie żałuję wręcz życzę, ale może jakiś uniwersytet trzeciego wieku czy inna aktywność wśród ludzi....
Auta już nie będzie.
A kupować wtedy na hura innego "trupka", kupować kota w worku skoro było auto działające, na chodzi, nie zawodzące - dla nie bezsens.
Może gdybym miała nóż na gardle, widmo upadłości konsumenckiej na horyzoncie.
Ale nic mnie nie dusi, nic mnie nie ponagla.
Trudno debatować z kimś kto ma, zresztą jak ja, święte przekonanie o słuszności swojej decyzji.
Bo to nic że auta z tego rocznika są w cenach pomiędzy 2800-5600. Internet to internet a samochód jest wart tyle ile kupiec jest w stanie zapłacić. W przypadku tego kupca (niech stracę i odliczę tylko ten nieszczęsny akumulator) to kwota 1.950,-
To jak spóźniony prezent bożonarodzeniowy, i zdecydowanie nie dla mnie.
I tak uważam, że niekoniecznie to trzecie auto musi być takie zbędne, że może się tak zdarzyć, że będzie użytkowany (chociażby jako zapas, gdy inny odmówi posłuszeństwa), ale nawet jeśli, to wolę żeby niszczał i tracił na wartości - dając mi tylko poczucie spokoju, że jest w zapasie i mam margines bezpieczeństwa, niż dostać za niego 2 tysiące i czuć się oszukaną i wykorzystaną.
I to są dla mnie merytoryczne argumenty. Wystarczające w zupełności do podjęcia decyzji że auto powinno zostać (przynajmniej za tą kasę).
Zgadzacie się ze mną?
Możecie mieć zupełnie inne zdanie jestem otwarta na dyskusję.
I choć argumenty niemerytoryczne nie powinny się tu w ogóle znaleźć postanowiłam i nad nimi się dłuższą chwilę pochylić. Bo już nie tyle chodzi o ich wagę, siłę, czy jakikolwiek wpływ na podejmowaną przeze mnie decyzję, ale kwestię dobrego wychowania, zachowania w społeczeństwie i moje ewentualne oderwanie od rzeczywistości.
Nie jestem gwiazdą, nie jestem duszą towarzystwa, nie jestem imprezowiczką. Moje kontakty towarzyskie są raczej niewielkie i dość sporadyczne. Jednak, jeśli chcę kogoś odwiedzić, spotkać, pogadać, zawrócić głowę, staram się zawsze wcześniej zapowiedzieć. Zaznaczę, choć pewnie zabrzmi to bardzo niegrzecznie wobec wszystkich matek polek (które szanuje i podziwiam- naprawdę) ja pojawiam się bez ogonka.
Co innego gdy podrzucam podłożone spodnie, czy zszytą bluzkę - tu czasem pozwalam sobie na drobny spontan, ale tak jak szybko wchodzę, tak szybko się ulatniam.
Kiedy moja kuzynka ma ochotę wpaść z siostrzenicą też zawsze mam wcześniej telefon.
Mój koleżanki, choć uważam że wpadać mogą do mnie zawsze i wszędzie, również uprzejmie się zapowiadają i za każdym razem pytają czy ewentualnie ogonek pojawić się też może.
I do tej pory tak właśnie się to odbywało, zakładałam zatem że ta właśnie bywa.
Że nie trafiły mi się perfekcyjne koleżanki, że nie jestem traktowana jak delikatne jajeczko z wyjątkową delikatnością i okrywana kloszem antydzieciakowym.
Ale przyszło mi się w zeszłą sobotę z tym boleśnie skonfrontować.
Tym bardziej boleśnie, że usłyszałam ,że to ja jestem oderwana od rzeczywistości i ciężko mi żyć będzie skoro buntuję się wewnętrznie wobec pewnych zachowań nie będąc elastyczną.
Przyjeżdża kupiec obejrzeć samochód. Przyjeżdża z żoną. No skoro Pani ma wozić również swój tyłeczek autem ma prawo je obejrzeć, ma prawo wyrobić sobie zdanie, bo ma prawo mieć wpływ na podejmowaną decyzję. W końcu kasa wspólna. Rozumiem, akceptuję, popieram.
Ale na tym był koniec wspólnego zrozumienia. Wiem, bardzo niewiele, ale pozwólcie że się z tego wytłumaczę.
Kupiec, choć jest powiedzenie "nasz klient nasz Pan", przede wszystkim jest człowiekiem, osobą którą zasady dobrego wychowania powinny obowiązywać również podczas transakcji zakupu.
Nikt nie chce kupować kota w worku. Zdaję sobie z tego sprawę. Kupując samochód możemy chcieć zobaczyć jak chodzi, jak działa silnik, może nawet usiąść na fotelu kierowcy. Nie zabraniam. Ale nie akceptuję również sposobu w jaki miało to miejsce w tej konkretnej sytuacji.
Małżonka, która wbrew moim wcześniejszym założeniom ewidentnie była niezainteresowana samochodem, stała tak sobie stała i nagle rzuca w stronę męża "no się przejedź"
Mąż, jak przystało na dobrze wychowane kochanie natychmiast odwróciło się w moją stronę z zapytaniem czy jadę z nim.
No dla mnie WOW. Może jestem wymagająca, może jestem staroświecka, może mam zbyt wygórowane oczekiwania co do poziomu kultury obcych, ale według moich standardów było to zachowanie niegrzeczne.
Ja nie mam obowiązku dawania obcym auta, nawet potencjalnym kupcom. Ja mogę włączyć mu silnik i otworzy maskę, ja mogę go przewieźć, ja nawet mogę pozwolić mu trochę poprowadzić, ale to jest tylko i wyłącznie moja dobra wola to absolutnie nie jest mój zakichany obowiązek.
No i ta forma.....
Nie było, "czy możemy się przejechać?", "czy nie mam nic przeciwko abyśmy podjechali kawałeczek?", nie było pytania "czy mógłbym poprowadzić auto?"
Pani zadecydowała że Pan się przejedzie i dali mi szanse uczestniczenia w tym jako widz.
No czepiam się? Tak to się normalnie odbywa?
Ja kupiec, ja pan, ja teraz jechać samochodem???!!!
Idźmy dalej.
Pan postanowił przejechać się w kierunku Piły..... zdecydowanie dalej niż pierwsze skrzyżowanie i po nim wybitnie dogodne miejsce do zawracania. W końcu bak pełny, bez nadzoru, można jechać. Kiedy po długiej chwili wrócili, Pan łaskawie kluczyki oddał a Pani udała się w kierunku własnego samochodu..... po dzieciaka.
Choć uważam, ze targane trzylatka na oglądanie samochodu jest nieporozumieniem i grubą pomyłką, choć uważam że zaskakiwanie dodatkowym gościem jest nietaktem, szczególnie że dzieciak mógł zostać z ciocią i kuzynostwem w Pile, swoje pomyślałam, ale bez słowa Panią +1 do domu wpuściłam, drzwi za nami zamknęłam i nieco zirytowana udałam się na górę.
Oczywiście nie obyło się narzekania na samochód, bo to lakier odchodzi, możnaby tam coś doszpachlować, a najlepiej to do lakiernika z autem pojechać bo i rdza gdzieś wyszła- a to są koszty dodatkowe. No tak, w końcu auto za 2 tysiące to jak nówka spod igły być powinno.
Może jakby się zeszło z ceny na 1300-1500 złotych Pan już podkreślać że i tak prezent nam robi na auto się decydując, już by nie musiał, a tak swoje trzeba powiedzieć.
I gadaj człowiecze. Wolność słowa mamy, demokrację, klepać możesz co ci ślina na język przyniesie. Nie zabronię, nawet głośno nie skrytykuję. Gościem rodziców jesteś, masz prawo gadać. W ciszy to zniosę.
Ale aktywuje się dzieciak. A tu pluszaków brak, resoraków brak, klocków brak, nawet kredek brak. Za to są kotki !!!!!!!
Genialna zabaweczka dla trzyletniego dzieciaka. Mięciutki jak pluszak, ruchliwy jak resorak, kreatywny jak klocki, daje tyle możliwości co biała kartka z kredkami. Trudno o lepszą zabawkę.
I myślę tak sobie, że będąc matką, z dzieciakiem w gościach, na widok zwierzaka zapytałabym czy można go dotknąć, można pogłaskać, można podejść. Nie tylko z dobrego wychowania, nie tylko z szacunku do samego zwierzaczka, jego właściciela, ale nawet samego bezpieczeństwa. Nie każdy pies, nie każdy kot ma ochotę i cierpliwość bycia maltretowanym.
I znów podeprę się swoim dotychczasowym doświadczeniem - rodzinne dzieciaki zawsze wiedziały że zwierzątek się nie rusza. Można dostać pozwolenie na pogłaskanie, ale bez tego nie podchodzi.
Gościnne mamusie też dziesięć razy powtarzają, ze kotków się nie rusza.
Ale nie ten gość i nie tym razem.
Zresztą czego ja oczekiwałam. Skoro teraz się przejadą cudzym autem to i teraz można się pobawić cudzym kotem.
Po raz kolejny zatem zapytam, czy to mnie przyzwyczajono do rozpusty i luksusu? Czy cudzą nadkulturę i nadwyraz dobre zachowanie mylnie ustawiłam w swojej głowie jak normę i obowiązujące zasady?
Czy jestem jak ta konserwa, sztywna, cierpka i nieelastyczna oderwana zupełnie od rzeczywistości?
Odludkiem, odseparowanym od społeczeństwa, nie nadającym się do życia stadnego?
Aspołecznym dziwolągiem?
wtorek, 27 stycznia 2015
Rodzina rodziny
Kiedy znajdujemy tego jednego jedynego latają motyle, bez względu na porę roku kwiaty pachną intensywniej, zakwitają pąki na drzewach, ptaki ćwierkają jakoś tak bardziej melodyjnie, ekspedientki w sklepie nie wiedząc dlaczego zaczynają się do ciebie częściej uśmiechać. Nawet sygnalizacja świetlna zaczyna ci sprzyjać bo dałabyś głowę że częściej niż zwykle masz zielone światło.
A ON ....
Cudo. Mądry, inteligentny, błyskotliwy, dowcipny, zabawny, męski, delikatny, odpowiedzialny, dojrzały, dowcipny, filuterny, zawadiacki, temperamentny, wyważony, ostoja spokoju, mistrz ciętej riposty, romantyczny książe, dusza towarzystwa. Itd., itp.
Cudo. Mądry, inteligentny, błyskotliwy, dowcipny, zabawny, męski, delikatny, odpowiedzialny, dojrzały, dowcipny, filuterny, zawadiacki, temperamentny, wyważony, ostoja spokoju, mistrz ciętej riposty, romantyczny książe, dusza towarzystwa. Itd., itp.
I mogłabym tak godzinami o tym światełku w oczach, rozbrajającym uśmiechu, dołeczku w lewym policzku tudzież brodzie, tym słodkim marszczeniu noska gdy jest zakłopotany, sarnich oczach gdy coś przeskrobie. Oj mogłabym.
To wszystko i każde z osobna warte jest po tysiąckroć grzechu.
Toteż się grzeszy. A już szczególnie w pierwszej fazie znajomości :)
Czasem tylko ta jego siostrzyczka wkurzy głupim tekstem jak się ją tam raz w miesiącu zobaczy. Zdarza się że niedoszła teściowa podniesie ciśnienie, bo to trzeba ją zawieść do lekarza, to pojechać wymienić telefon na nowszy model, to zawieść na zakupy, to umówić do dentysty.
Na szczęście potem Bączek, Kochanie, Koteczek, Misiaczek, Skarb, Słoneczko czy Żuczek będzie nam wynagradzał nasze trudy i poświęcenie. Z nawiązką a bywa to całkiem przyjemnie.
Bo tak to dziwnie się składa, że ON również może posiadać rodzinę.
Powiem więcej, to może być nawet fajna rodzina. Zabawna, przyjazna, pomocna, towarzyska, taka swoja. Można także niestety trafić jak kulą w płot. I w zasadzie nie ma tu żadnego wzoru, żadnego schematu. Czysta rosyjska ruletka.
Jednak z ręką na sercu, czy znajdzie się ktoś, kto kiedykolwiek przy wyborze ukochanego kierował się jego rodziną? Czy jest ktokolwiek, kto choć przez chwilę zastanawiał się w jaką rodzinę wchodzi?
Nie sądzę.
A przecież to nikt inny jak właśnie my sami, z własnej nieprzymuszonej woli, na całe życie, mówiąc "tak" w kościele, nie tylko zobowiązujemy się kochać i nie opuszczać aż do śmierci ukochanego ale również do śmierci wiążemy się z jego rodziną. Na dobre i złe, w doli i niedoli , w bogactwie i biedzie. Z jego rodzina będziemy łamać się opłatkiem, z jego rodziną dzielić wielkanocnym jajem, to z nimi będziemy świętować każde urodziny, imieniny, święta naszych dzieci. Takie trochę dożywocie.
I znów wracamy do fajności. Jeśli niebo nam sprzyja, nie jest źle. Zabawni lub zabawowi, towarzyscy, pomocni i wspierający teściowie, szwagrowie czy bratowe to całkiem znośna sytuacja. Zawsze udane rodzinne spędy okolicznościowe, awaryjna baza wypadowa na podrzucenie dzieciaków, w skrajnych przypadkach idealne towarzystwo na wakacje.
Tylko że to brzmi trochę jak utopia, bajka dla siedmioletnich, niepozbawionych jeszcze złudzeń dziewczynek wierzących naiwnie w królewny, królewiczów i przecudnych teściów.
Życie może być bardziej okrutne.
Oczywiście jest to tylko i wyłącznie nasza wina. Widziały gały co brały, trzeba było myśleć rozumem, a nie podejmować najważniejsze życiowe decyzje na podstawie odruchów serca, czy co gorsza miłosnych uniesień.
Kobieta godzinami potrafi zastanawiać się nad zakupem butów czy torebki, a decyzję o partnerze i ślubie podejmuje czasem w minutę. Kompletny brak logiki o konsekwencji nie wspomnę.
Bo niby jak tu porzucić ukochanego, to cud stworzenie, ten dar od Boga, z powodu wrednej przyszłej teściowej. Teściową wystarczy tolerować, a już Kochanie dyskomfort obcowania z babsztylem zrekompensuje. Wielokrotnie. A jak się będzie stawiał - są i na to sposoby. Kilka cichych dni, płomienna awanturka, choćby foch nawet.
Spawa rozwiązana.
Nie do końca mogę się z tym zgodzić, no nie do końca.
Czy którakolwiek z zakochanych panien, choć przez chwileczkę zastanowiła się nad tym że ta jej pozornie osobista, niezależna i samodzielna decyzja o wyborze partnera jest totalitarnym i dyktatorskim narzucaniem swojej woli całej własnej najbliższej rodzinie i jej podporządkowanie? No właśnie, zaskoczone?
Wam trudny i poświęcenie związanie z obcowaniem z nabytą rodziną zrekompensuje Żabcia, wasze flustracje, wkurzenie czy rozczarowanie rodziną będzie zmuszona wysłuchać i ułagodzić Żabcia a co z bratem, siostrą, mamą, tatą?
Tak daleko odpowiedzialność Żabci już nie sięga.....
Mało tego czasem i Żabcia może być ich źródłem.
Zagmatwane? Dam przykład. Osobisty i nie tak odległy.
Święta Bożego Narodzenia. W kuchni tłok, zamieszanie, niezwykła nerwówka bo i kolacja wigilijna na 16 osób to nie lada wyzwanie, na dodatek przygotowywana na konkretną godzinę (wymuszenie przez obowiązki alimentacyjno-rozwodowe), głowa rodu gdzieś się ulotniła z butelką procentów, choinka nieubrana (jest to męski obowiązek), dzieciaki znudzone i pozostawione same sobie snują się pod nogami robiąc dodatkowe zamieszanie i harmider. Nieciekawy obrazek. Atmosfera tak naładowana ujemnymi ładunkami że tylko czekać wyładowań "atmosferycznych". I w tym wszystkim ON, nabytek, niezależna, samodzielna i suwerenna decyzja córki o wyborze ukochanego. Jak długi leży rozwalony na kanapie i gra w gierki na telefonie. Szczęśliwie dla mnie, byłam w tym uprzywilejowanym położeniu że wystarczyło zabrać tyłek i wyjść. Zrobiłam to. Ale sama nawet myśl, że moja siostra mogłaby mnie też tak urządzić i obciążyć takim przyjemniaczkiem na resztę moich rodzinnych świąt potrafi skutecznie podnieść ciśnienie.
Mnożąc to jeszcze o spotkania sylwestrowo-noworoczne, wszelkie kościelne, czasem i nawet państwowe święta, chrzciny, komunie, bierzmowania, wszelkie imieniny, urodziny, spontaniczne grille. Aż włos się na rękach jeży.
Jak bezpodstawnym i oderwanym od życia i jego realiów jest argument zakochanych którzy na słowo krytyki ukochanego słusznej czy mniej słusznej, bez względu na to czy to rodzina, znajomi, przyjaciel czy wróg, obrusza się i z upartością osła twierdzi ze to jej/jego życie i nikt nie ma prawa się w nie wtrącać.
Kochanie, pobudka, niespodzianka, to życie całych dwóch rodzin z pełnym inwentarzem. A twoja decyzja jest nie tylko decyzją autokraty, despoty i dyktatora ale i wyrokiem skazującym na dożywicie bez prawa do warunkowego skrócenia kary za dobre sprawowanie.
Powiem więcej, to może być nawet fajna rodzina. Zabawna, przyjazna, pomocna, towarzyska, taka swoja. Można także niestety trafić jak kulą w płot. I w zasadzie nie ma tu żadnego wzoru, żadnego schematu. Czysta rosyjska ruletka.
Jednak z ręką na sercu, czy znajdzie się ktoś, kto kiedykolwiek przy wyborze ukochanego kierował się jego rodziną? Czy jest ktokolwiek, kto choć przez chwilę zastanawiał się w jaką rodzinę wchodzi?
Nie sądzę.
A przecież to nikt inny jak właśnie my sami, z własnej nieprzymuszonej woli, na całe życie, mówiąc "tak" w kościele, nie tylko zobowiązujemy się kochać i nie opuszczać aż do śmierci ukochanego ale również do śmierci wiążemy się z jego rodziną. Na dobre i złe, w doli i niedoli , w bogactwie i biedzie. Z jego rodzina będziemy łamać się opłatkiem, z jego rodziną dzielić wielkanocnym jajem, to z nimi będziemy świętować każde urodziny, imieniny, święta naszych dzieci. Takie trochę dożywocie.
I znów wracamy do fajności. Jeśli niebo nam sprzyja, nie jest źle. Zabawni lub zabawowi, towarzyscy, pomocni i wspierający teściowie, szwagrowie czy bratowe to całkiem znośna sytuacja. Zawsze udane rodzinne spędy okolicznościowe, awaryjna baza wypadowa na podrzucenie dzieciaków, w skrajnych przypadkach idealne towarzystwo na wakacje.
Tylko że to brzmi trochę jak utopia, bajka dla siedmioletnich, niepozbawionych jeszcze złudzeń dziewczynek wierzących naiwnie w królewny, królewiczów i przecudnych teściów.
Życie może być bardziej okrutne.
Oczywiście jest to tylko i wyłącznie nasza wina. Widziały gały co brały, trzeba było myśleć rozumem, a nie podejmować najważniejsze życiowe decyzje na podstawie odruchów serca, czy co gorsza miłosnych uniesień.
Kobieta godzinami potrafi zastanawiać się nad zakupem butów czy torebki, a decyzję o partnerze i ślubie podejmuje czasem w minutę. Kompletny brak logiki o konsekwencji nie wspomnę.
Bo niby jak tu porzucić ukochanego, to cud stworzenie, ten dar od Boga, z powodu wrednej przyszłej teściowej. Teściową wystarczy tolerować, a już Kochanie dyskomfort obcowania z babsztylem zrekompensuje. Wielokrotnie. A jak się będzie stawiał - są i na to sposoby. Kilka cichych dni, płomienna awanturka, choćby foch nawet.
Spawa rozwiązana.
Nie do końca mogę się z tym zgodzić, no nie do końca.
Czy którakolwiek z zakochanych panien, choć przez chwileczkę zastanowiła się nad tym że ta jej pozornie osobista, niezależna i samodzielna decyzja o wyborze partnera jest totalitarnym i dyktatorskim narzucaniem swojej woli całej własnej najbliższej rodzinie i jej podporządkowanie? No właśnie, zaskoczone?
Wam trudny i poświęcenie związanie z obcowaniem z nabytą rodziną zrekompensuje Żabcia, wasze flustracje, wkurzenie czy rozczarowanie rodziną będzie zmuszona wysłuchać i ułagodzić Żabcia a co z bratem, siostrą, mamą, tatą?
Tak daleko odpowiedzialność Żabci już nie sięga.....
Mało tego czasem i Żabcia może być ich źródłem.
Zagmatwane? Dam przykład. Osobisty i nie tak odległy.
Święta Bożego Narodzenia. W kuchni tłok, zamieszanie, niezwykła nerwówka bo i kolacja wigilijna na 16 osób to nie lada wyzwanie, na dodatek przygotowywana na konkretną godzinę (wymuszenie przez obowiązki alimentacyjno-rozwodowe), głowa rodu gdzieś się ulotniła z butelką procentów, choinka nieubrana (jest to męski obowiązek), dzieciaki znudzone i pozostawione same sobie snują się pod nogami robiąc dodatkowe zamieszanie i harmider. Nieciekawy obrazek. Atmosfera tak naładowana ujemnymi ładunkami że tylko czekać wyładowań "atmosferycznych". I w tym wszystkim ON, nabytek, niezależna, samodzielna i suwerenna decyzja córki o wyborze ukochanego. Jak długi leży rozwalony na kanapie i gra w gierki na telefonie. Szczęśliwie dla mnie, byłam w tym uprzywilejowanym położeniu że wystarczyło zabrać tyłek i wyjść. Zrobiłam to. Ale sama nawet myśl, że moja siostra mogłaby mnie też tak urządzić i obciążyć takim przyjemniaczkiem na resztę moich rodzinnych świąt potrafi skutecznie podnieść ciśnienie.
Mnożąc to jeszcze o spotkania sylwestrowo-noworoczne, wszelkie kościelne, czasem i nawet państwowe święta, chrzciny, komunie, bierzmowania, wszelkie imieniny, urodziny, spontaniczne grille. Aż włos się na rękach jeży.
Jak bezpodstawnym i oderwanym od życia i jego realiów jest argument zakochanych którzy na słowo krytyki ukochanego słusznej czy mniej słusznej, bez względu na to czy to rodzina, znajomi, przyjaciel czy wróg, obrusza się i z upartością osła twierdzi ze to jej/jego życie i nikt nie ma prawa się w nie wtrącać.
Kochanie, pobudka, niespodzianka, to życie całych dwóch rodzin z pełnym inwentarzem. A twoja decyzja jest nie tylko decyzją autokraty, despoty i dyktatora ale i wyrokiem skazującym na dożywicie bez prawa do warunkowego skrócenia kary za dobre sprawowanie.
Agencji PR ciąg dalszy
Kontynuacja tematu samodzielnych, zosio-samosio agencji PR-owych miała być ponowiona w bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni, a dokładniej w dalej nieokreślonej czasoprzestrzeni.
Materiału miało się najpierw trochę nazbierać....
A tu co wejdę na facebook'a to krew i materiał na wpis aż mnie zalewa.
Dosłownie.
Mam koleżankę - tak, tak, możliwe. Rok 2014 miał być jej cudownym rokiem. Jej prawdziwa, cudowna, ciepła, zabawna, elokwentna, wyjątkowa, idealna, perfekcyjna, wymarzona, wymodlona, bezkonfliktowa miłość została prawnie i bosko uprawomocniona. Półtora roku planów, organizowania i zatrudniania najlepszych z najlepszych miało swój finał. Coprawda nieco przemądrzała jeszcze "przyszła panna młoda" nie miała ochoty słuchać żadnych rad, sugestii, podpowiedzi, czy chociaż wątpliwości bo sama w tym już siedzi i wszystko wie najlepiej, życie tą wiedze jednak zweryfikowało i już jako stateczna Pani mężatka przyznała że nie wszystko poszło najlepiej, ale nie o tym.
Wybranek - ten ideał pod każdym względem, był (i nadal jest, patrząc po aktywności), powiem niezwykle delikatnie, zwolennikiem portali społecznościowych i entuzjastą braku anonimowości. Niestety swoje upodobania przekazał miłości życia.
No i się zaczęło.
Oświadczyny na facebook'u. Kolacja z ukochaną w restauracji X na facebooku. Wyjazd w góry do hotelu X na facebook'u. Doszło do tego że nawet będąc "w drodze" informowali o tym wszystkich znajomych. Bo przecież niezwykle istotną dla świata jest informacja o tym że w drodze nad morze do hotelu K zatrzymali się w poznańskiej galerii Plaza na siku. To nie były pospolite krzaczory na trasie, nie był moralnej wątpliwości zagajniczek, nie była nawet stacja paliw. Była Plaza.
W tak zwanym międzyczasie aby nie nudzić własnych czytelniko-obserwatorów, a kto wie może i podglądaczy na stronie pojawiały się photostory z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej i jeszcze jednej wycieczki rowerowej. A odkąd obydwoje nabyli profesjonalne rowerowe odzienie nie było nawet widać czy to ich szósty wyjazd, siódmy a może dziesiąty. Zdjęć oczywiście było dużo więcej. Było morze, łany zboża, choinki, romantyczne zastawiane stoły, zdjęcia potraw (zapewne randkowych). Jednym słowem pełen ekshibicjonizm. Pytam po co?
Czy naprawdę jakieś 800 osób zaproszonych do grona ich znajomych jest żywotnie zainteresowanych miejscem wypróżniania pęcherza moczowego? Czy niezwykle istotną jest wiedza, że koleżanka/kolega będą wieczorem wspólnie konsumować pierożki z jagodami polane przepyszną śmietanką procent 30? Czy do życia niezbędnym jest wiedzieć że byli w restauracji X, barze Y, czy pub'ie Z?
Ekshibicjonizm posuwał się jeszcze dalej zahaczając od życie zawodowe, czyli pełne dezaprobaty komentarze na temat własnych wyjazdów służbowych. Krok niezwykle ryzykowny i być może kosztowny.
Była odrobina wesela, i chyba tylko dlatego że fotograf dał ciała na pełnej linii i zdjęcia wyszły mniej niż zadawalająco.
Były filmy z podróży poślubnej. Prawie pięciominutowa transmisja z perspektywy przedniej szyby wynajętego samochodu. Tylko oni, ty, droga i padający deszcz. Niezwykle interesujące i jakże nowatorskie ujęcie relacji z podróży poślubnej. A z jakim zaciekawieniem i uwagą ogląda się drogi wybudowane w cudzym państwie.....
Ale i to wszystko to pikuś, małe preludium do tego co miało dopiero nastąpić.
Na świecie pojawiła się nowa osóbka. Dość nieoczekiwanie bo dwa miesiące za wcześnie. Nie znam się na ciążach, moja wiedza na ten temat jest prawie zerowa, na szczęście z pomocą przyszedł mi facebookowy wpis tatusia: "na świat przyszła ble ble ble, ble ble ble, walczymy o jej życie".
Zabrzmiało dość groźnie. I daj Boże długie i szczęśliwe życie dla tego dzieciaczka, ale gdyby zakończyło się to inaczej? Czy tatuś pomyślał o ewentualnym nekrologu na fb? Zdjęciu w trumience?
Bo jak się powiedziało A, zamieściło okropne zdjęcie ewidentnego wcześniaka (z całym niedorozwojem fizycznym wynikającym z jego wieku) podłączonego do dziesiątek kabli i rur, to trzeba być przygotowanym na wypowiedzenie B.
Trudno tłumaczyć euforią chęć podzielenia się dobrą nowiną (?) ze światem i to okropne karykaturalne zdjęcie, bo zapewne trudno o euforie gdy dowiadujesz się ze twoje dziecko może po prostu nie przeżyć. Powiem więcej. Jak, w czasie kiedy walczysz o życie swojego dzieciaczka, mieć czas i głowę do wrzucania jakichkolwiek wpisów na facebook.
Czy potrzeba uaktualniania wiedzy na swój temat i swojego życia, informowania o tym całego świata jest tak wielka i tak uzależniająca? Czy to kolejne stadium samouwielbienia?
Na szczęście dziewczynka ma się dobrze. Co dwa, trzy dni, ustami tatusia informuje o swoim aktualnym stanie, wrzuca zdjęcia z butelką, bez butelki, z mamą, bez mamy, z tatą, bez taty, w pieluszce, kocyku czy innym beciku.
Będę optymistką i powiem że to i tak lepsze od tacinej poezji i głębokich przemyśleń o bezsensowności życia bezdzietnego, szarości i marności singli, beznadziejności i nicości samotników, bezdenności życia przed dzieckiem (choć już z żoną :P) ilustrowanych zdjęciami dziecka w inkubatorze. No i nie ma cycka !!!!!
Takich dzielących się własną prywatnością jest sporo. Może nie aż tak ekstremalnie i jednak bardziej przez pryzmat budowania własnego wizerunku w przestrzeni wirtualnej.
Genialnym jej przedstawicielem jest mój dalszy członek rodziny.
Co dwa tygodnie, a dokładniej weekendy fotki rodziny to nad morzem, to w zaprzyjaźnionym schronisku w górach. I zawsze z podpisem "moje księżniczki". Oczywiście księżniczki nie ograniczają się tylko do pozowania w tych dwóch miejscach. Są wyjazdy do aquaparku, do agroturystycznych gospodarstw, kina, wesołego miasteczka. Księżnkiczki bywają w kuchni, ubierają choinki, nakrywają do stołu, malują tacie laurki. Jak na mężczyznę przystało są tam też czysto testosteronowe wkładki, chciałoby się wierzyć, że zabieg celowy w ramach odcukrzenia tego księżniczkowego syropu, ale to chyba zbytnia nadinterpretacja. Po prostu pracujący facet ma prawo do relaksu z kumplami swojego gatunku. A jak ma prawo to jest piłka nożna w pubie przy butelce wyborowej, żużel ozdobiony pięcioma butelkami piwa. Jedna buteleczka z wpisem że nie ma jak klin na kaca. Cudne życie, pełna harmonia pozazdrościć. Tylko jak się to wszystko ma do realu, gdzie słyszę że kredyt, że ciężko, że nie ma jak żyć. Do tego stopnia że posiadając własna firmę transportową bierze się od wujka na paliwo bo przecież przyjechał odwiedzić....
Jest i inny kuzyn - przedstawiciel antagonistycznego obozu facebookowych użytkowników. To oni tworzą najbardziej liczną grupę. Niezwykle skromni w aktywności, możnaby nawet rzecz że wycofani. Pojawiają się tylko sporadycznie, z bardzo ważnych powodów i zawsze są oszczędni w słowach.
Kuzyn: "na warsaw airport" "w drodze a ukrainę" "znów ukraina" "na warsaw airport" "w drodze do domu" "Ukraino witaj znowu" "warsaw airport". Niby niewiele - ale za to jak treściwie. Iluż z nas ma szansę pojawiać się dwa razy do roku na warszawskim lotnisku? Ilu z nas ma szansę latać za darmo w podróż służbową i to zagranicę?? Czasem na dowód wojaży dorzucą się dwie, trzy fotki z jakiegoś zapewne ważnego budynku czy przy równie istotnym pomniku. I co? Zazdrościmy.
No i jeszcze przy okazji gratulujemy odwagi bo jak na osobę samotną, pozostawiającą pusty dom podczas wyjazdów to takie informowanie wszystkich że przez kilka dni mieszkanie czeka na potencjalny włam jest niezłym wyczynem godnym tylko wielkiej odwagi.
Na szczęście, dla tych którym nie dane było podróżować samolotem służbowo są jeszcze własne, prywatne wakacje. I tu zawsze ten sam schemat: airport Poznań, airport Katowice, airport Warsaw, airport Wroclaw; musowo zdjęcie fragmentu samolotowego skrzydła w przestworzach- niezaprzeczalny dowód na lot; dwa zdjęcia rodziny, znajomych czy partnera z miejscem pobytu w tle - najlepiej hotel z dnia przybycia, jeszcze czysto i nie widać rozbebeszonych walizek oraz spacer wieczorową porą przy zachodzie słońca - człowiek jest wtedy odziany i nie będzie się musiał stresować fałdami tłuszczyku które niestety w bikini czy kąpielówkach jakoś się zawsze pojawią na fotkach. I cisza........ do następnego wyjazdu.
No i mamy mistrzów autoprezentacji. U mnie to mistrzyni. Kreatorka równoległego wirtualnego świata. Co weekend, aby odpocząć, pobyć sam na sam z ukochanym, nabrać dystansu, podładować baterie, nadrobić zaległości stara się wypchnąć pacholęcia z domu do rodziny. Bo mama też człowiek i urlop jej się należy. Tylko że zbiegiem okoliczności co weekend na facebook'u pojawia się to fotka ze wspólnego gotowania z pociechami, to ze wspólnej zabawy, wspólnego spaceru, wspólnego leżenia, wspólnego tańczenia - i zawsze ze skarbami, Moimi ukochanymi słoneczkami. Ale może tylko wtedy znajduje czas żeby na zdjęcie zrobione telefonem kliknąć "udostępnij na facebooku"
Życzenia urodzinowe dla męża na facebook. Deklaracja że kocha i dziękuję za wspólne życie corocznie w rocznicę ślubu na facebook. Walentynkowe wyznanie miłości na facebook. Życzenia z okazji dnia chłopaka na facebook. Nawet podziękowania za cudny weekend, fantastyczną kolację czy niezapomniany spływ kajakowy też sobie składają przez facebook. Żeby nikomu nie przyszło nigdy do głowy że tam daleko od sielanki.
Bo nie ważne jak żyjemy, nie ważne co myślimy, ważne jak myślą że żyjemy......
Materiału miało się najpierw trochę nazbierać....
A tu co wejdę na facebook'a to krew i materiał na wpis aż mnie zalewa.
Dosłownie.
Mam koleżankę - tak, tak, możliwe. Rok 2014 miał być jej cudownym rokiem. Jej prawdziwa, cudowna, ciepła, zabawna, elokwentna, wyjątkowa, idealna, perfekcyjna, wymarzona, wymodlona, bezkonfliktowa miłość została prawnie i bosko uprawomocniona. Półtora roku planów, organizowania i zatrudniania najlepszych z najlepszych miało swój finał. Coprawda nieco przemądrzała jeszcze "przyszła panna młoda" nie miała ochoty słuchać żadnych rad, sugestii, podpowiedzi, czy chociaż wątpliwości bo sama w tym już siedzi i wszystko wie najlepiej, życie tą wiedze jednak zweryfikowało i już jako stateczna Pani mężatka przyznała że nie wszystko poszło najlepiej, ale nie o tym.
Wybranek - ten ideał pod każdym względem, był (i nadal jest, patrząc po aktywności), powiem niezwykle delikatnie, zwolennikiem portali społecznościowych i entuzjastą braku anonimowości. Niestety swoje upodobania przekazał miłości życia.
No i się zaczęło.
Oświadczyny na facebook'u. Kolacja z ukochaną w restauracji X na facebooku. Wyjazd w góry do hotelu X na facebook'u. Doszło do tego że nawet będąc "w drodze" informowali o tym wszystkich znajomych. Bo przecież niezwykle istotną dla świata jest informacja o tym że w drodze nad morze do hotelu K zatrzymali się w poznańskiej galerii Plaza na siku. To nie były pospolite krzaczory na trasie, nie był moralnej wątpliwości zagajniczek, nie była nawet stacja paliw. Była Plaza.
W tak zwanym międzyczasie aby nie nudzić własnych czytelniko-obserwatorów, a kto wie może i podglądaczy na stronie pojawiały się photostory z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej i jeszcze jednej wycieczki rowerowej. A odkąd obydwoje nabyli profesjonalne rowerowe odzienie nie było nawet widać czy to ich szósty wyjazd, siódmy a może dziesiąty. Zdjęć oczywiście było dużo więcej. Było morze, łany zboża, choinki, romantyczne zastawiane stoły, zdjęcia potraw (zapewne randkowych). Jednym słowem pełen ekshibicjonizm. Pytam po co?
Czy naprawdę jakieś 800 osób zaproszonych do grona ich znajomych jest żywotnie zainteresowanych miejscem wypróżniania pęcherza moczowego? Czy niezwykle istotną jest wiedza, że koleżanka/kolega będą wieczorem wspólnie konsumować pierożki z jagodami polane przepyszną śmietanką procent 30? Czy do życia niezbędnym jest wiedzieć że byli w restauracji X, barze Y, czy pub'ie Z?
Ekshibicjonizm posuwał się jeszcze dalej zahaczając od życie zawodowe, czyli pełne dezaprobaty komentarze na temat własnych wyjazdów służbowych. Krok niezwykle ryzykowny i być może kosztowny.
Była odrobina wesela, i chyba tylko dlatego że fotograf dał ciała na pełnej linii i zdjęcia wyszły mniej niż zadawalająco.
Były filmy z podróży poślubnej. Prawie pięciominutowa transmisja z perspektywy przedniej szyby wynajętego samochodu. Tylko oni, ty, droga i padający deszcz. Niezwykle interesujące i jakże nowatorskie ujęcie relacji z podróży poślubnej. A z jakim zaciekawieniem i uwagą ogląda się drogi wybudowane w cudzym państwie.....
Ale i to wszystko to pikuś, małe preludium do tego co miało dopiero nastąpić.
Na świecie pojawiła się nowa osóbka. Dość nieoczekiwanie bo dwa miesiące za wcześnie. Nie znam się na ciążach, moja wiedza na ten temat jest prawie zerowa, na szczęście z pomocą przyszedł mi facebookowy wpis tatusia: "na świat przyszła ble ble ble, ble ble ble, walczymy o jej życie".
Zabrzmiało dość groźnie. I daj Boże długie i szczęśliwe życie dla tego dzieciaczka, ale gdyby zakończyło się to inaczej? Czy tatuś pomyślał o ewentualnym nekrologu na fb? Zdjęciu w trumience?
Bo jak się powiedziało A, zamieściło okropne zdjęcie ewidentnego wcześniaka (z całym niedorozwojem fizycznym wynikającym z jego wieku) podłączonego do dziesiątek kabli i rur, to trzeba być przygotowanym na wypowiedzenie B.
Trudno tłumaczyć euforią chęć podzielenia się dobrą nowiną (?) ze światem i to okropne karykaturalne zdjęcie, bo zapewne trudno o euforie gdy dowiadujesz się ze twoje dziecko może po prostu nie przeżyć. Powiem więcej. Jak, w czasie kiedy walczysz o życie swojego dzieciaczka, mieć czas i głowę do wrzucania jakichkolwiek wpisów na facebook.
Czy potrzeba uaktualniania wiedzy na swój temat i swojego życia, informowania o tym całego świata jest tak wielka i tak uzależniająca? Czy to kolejne stadium samouwielbienia?
Na szczęście dziewczynka ma się dobrze. Co dwa, trzy dni, ustami tatusia informuje o swoim aktualnym stanie, wrzuca zdjęcia z butelką, bez butelki, z mamą, bez mamy, z tatą, bez taty, w pieluszce, kocyku czy innym beciku.
Będę optymistką i powiem że to i tak lepsze od tacinej poezji i głębokich przemyśleń o bezsensowności życia bezdzietnego, szarości i marności singli, beznadziejności i nicości samotników, bezdenności życia przed dzieckiem (choć już z żoną :P) ilustrowanych zdjęciami dziecka w inkubatorze. No i nie ma cycka !!!!!
Takich dzielących się własną prywatnością jest sporo. Może nie aż tak ekstremalnie i jednak bardziej przez pryzmat budowania własnego wizerunku w przestrzeni wirtualnej.
Genialnym jej przedstawicielem jest mój dalszy członek rodziny.
Co dwa tygodnie, a dokładniej weekendy fotki rodziny to nad morzem, to w zaprzyjaźnionym schronisku w górach. I zawsze z podpisem "moje księżniczki". Oczywiście księżniczki nie ograniczają się tylko do pozowania w tych dwóch miejscach. Są wyjazdy do aquaparku, do agroturystycznych gospodarstw, kina, wesołego miasteczka. Księżnkiczki bywają w kuchni, ubierają choinki, nakrywają do stołu, malują tacie laurki. Jak na mężczyznę przystało są tam też czysto testosteronowe wkładki, chciałoby się wierzyć, że zabieg celowy w ramach odcukrzenia tego księżniczkowego syropu, ale to chyba zbytnia nadinterpretacja. Po prostu pracujący facet ma prawo do relaksu z kumplami swojego gatunku. A jak ma prawo to jest piłka nożna w pubie przy butelce wyborowej, żużel ozdobiony pięcioma butelkami piwa. Jedna buteleczka z wpisem że nie ma jak klin na kaca. Cudne życie, pełna harmonia pozazdrościć. Tylko jak się to wszystko ma do realu, gdzie słyszę że kredyt, że ciężko, że nie ma jak żyć. Do tego stopnia że posiadając własna firmę transportową bierze się od wujka na paliwo bo przecież przyjechał odwiedzić....
Jest i inny kuzyn - przedstawiciel antagonistycznego obozu facebookowych użytkowników. To oni tworzą najbardziej liczną grupę. Niezwykle skromni w aktywności, możnaby nawet rzecz że wycofani. Pojawiają się tylko sporadycznie, z bardzo ważnych powodów i zawsze są oszczędni w słowach.
Kuzyn: "na warsaw airport" "w drodze a ukrainę" "znów ukraina" "na warsaw airport" "w drodze do domu" "Ukraino witaj znowu" "warsaw airport". Niby niewiele - ale za to jak treściwie. Iluż z nas ma szansę pojawiać się dwa razy do roku na warszawskim lotnisku? Ilu z nas ma szansę latać za darmo w podróż służbową i to zagranicę?? Czasem na dowód wojaży dorzucą się dwie, trzy fotki z jakiegoś zapewne ważnego budynku czy przy równie istotnym pomniku. I co? Zazdrościmy.
No i jeszcze przy okazji gratulujemy odwagi bo jak na osobę samotną, pozostawiającą pusty dom podczas wyjazdów to takie informowanie wszystkich że przez kilka dni mieszkanie czeka na potencjalny włam jest niezłym wyczynem godnym tylko wielkiej odwagi.
Na szczęście, dla tych którym nie dane było podróżować samolotem służbowo są jeszcze własne, prywatne wakacje. I tu zawsze ten sam schemat: airport Poznań, airport Katowice, airport Warsaw, airport Wroclaw; musowo zdjęcie fragmentu samolotowego skrzydła w przestworzach- niezaprzeczalny dowód na lot; dwa zdjęcia rodziny, znajomych czy partnera z miejscem pobytu w tle - najlepiej hotel z dnia przybycia, jeszcze czysto i nie widać rozbebeszonych walizek oraz spacer wieczorową porą przy zachodzie słońca - człowiek jest wtedy odziany i nie będzie się musiał stresować fałdami tłuszczyku które niestety w bikini czy kąpielówkach jakoś się zawsze pojawią na fotkach. I cisza........ do następnego wyjazdu.
No i mamy mistrzów autoprezentacji. U mnie to mistrzyni. Kreatorka równoległego wirtualnego świata. Co weekend, aby odpocząć, pobyć sam na sam z ukochanym, nabrać dystansu, podładować baterie, nadrobić zaległości stara się wypchnąć pacholęcia z domu do rodziny. Bo mama też człowiek i urlop jej się należy. Tylko że zbiegiem okoliczności co weekend na facebook'u pojawia się to fotka ze wspólnego gotowania z pociechami, to ze wspólnej zabawy, wspólnego spaceru, wspólnego leżenia, wspólnego tańczenia - i zawsze ze skarbami, Moimi ukochanymi słoneczkami. Ale może tylko wtedy znajduje czas żeby na zdjęcie zrobione telefonem kliknąć "udostępnij na facebooku"
Życzenia urodzinowe dla męża na facebook. Deklaracja że kocha i dziękuję za wspólne życie corocznie w rocznicę ślubu na facebook. Walentynkowe wyznanie miłości na facebook. Życzenia z okazji dnia chłopaka na facebook. Nawet podziękowania za cudny weekend, fantastyczną kolację czy niezapomniany spływ kajakowy też sobie składają przez facebook. Żeby nikomu nie przyszło nigdy do głowy że tam daleko od sielanki.
Bo nie ważne jak żyjemy, nie ważne co myślimy, ważne jak myślą że żyjemy......
Subskrybuj:
Posty (Atom)