wtorek, 10 marca 2015

PO

Chyba mogę pochwalić się że zaliczyłam Grey'a.
Oczywiście zdecydowanie wolałabym napisać że to Grey zaliczył mnie, bo to i dużo większa przyjemność by była i gwarancja satysfakcji, praktyczna wiedza a temat zatyczek analnych i innych przyjemnościowych gadżetów, a kto wie, może nawet zakończyłoby się jakimś skromniutkim audi przed domem....
Wszystkiego wszakże mieć nie można, a że moim wszystkim jest Grey więc zostaje mi tylko zaliczać jego. Zdecydowanie zrobię to jeszcze parokrotnie chociażby przy kolejnych częściach ale i wrócę do części pierwszej, gdyż jakoś tak obejrzałam ją bardzo powierzchownie i bez żadnego skupienia.
Od razu spieszę tłumaczyć że to nie ja byłam tą osobą ze środkowych foteli którą sceny erotyczne za bardzo poniosły na sali kinowej. Owszem, w trakcie seansu mą głowę zajmowały inne myśli bynajmniej jednak z masturbacją niezwiązane.
Jednak ze względu na fakt iż nie wszystkie czytelniczki z dziełem miały okazję się już zaznajomić, a i moja wiedza jest, jak na ten temat, jednak zbyt powierzchowna, informuję oficjalnie że spamu dziś nie będzie....
A że nie będzie, to postanowiłam zejść z dużego formatu na ten mniejszy i bardziej ogółowi dostępny.
I to jak inteligentnie i błyskotliwie, że niby taka elokwentna, że oczytana, że złotousta ;)
W takim razie słuchajcie dalej....

To jeśli nie szaleństwo wokół pana Christiana G. to może wokół Pana Zbigniewa R.
Bliższy sercu z racji wykonywanego zawodu, bliższy sercu z racji kraju pochodzenia, bliższy sercu z racji majsterkowania przy dokładnie tym narządzie. A w końcu film równie dochodowy - uwzględniając oczywiście polskie realia. No i ile orłów zagarnął.
Tylko jest mały, malutki, tyci problem. Nie obejrzałam "Bogowie".
Ale obejrzałam za to Orły.
Nie dla samych orłów a raczej kreacji jakie miały się tam pojawić i mnie olśnić, jednak nie ważne pobudki, ważny efekt. A ten mnie nie powalił, oj nie.  O kreacjach nie ma co wspominać a i zasłonę milczenia przydałoby się spuścić na tegoroczny festiwal a szczególnie na prowadzącą. Nie mam nic osobistego do pani Grażyny Torbickiej. Na pewno kocha kino, na pewno ma na jego temat ogromną wiedzę, na pewno sama jest bardzo mądra, inteligentna, błyskotliwa, światowa i mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale na pewno nie ma zacięcia komediowego. Po co więc ktoś na siłę próbował wciskać ją w ten żałowania godny scenariusz.
To że starszy brat, choć przy Oskarach nasze orzełki wyglądają bardziej jak ich bękarckie dalekie kuzynostwo, od jakiegoś czasu idzie konsekwentnie w kierunku show w show z zamawianiem pizzy, rozdawaniem lego'wych statuetek czy gwiazdorskich selfie, nie musi przecież oznaczać że i my mamy iść tą drogą. Na Boga, nie wszystko co amerykańskie (z wyjątkiem McDonalds) musi być dobre. Nie każdy ich obierany kierunek musi od razu być kierunkiem oświeconym!.
A nawet jeśli naprawdę uważamy że sami nie jesteśmy w stanie nic rozsądnego i dobrego wymyśleć to postawcie na Stuhra który posiada w sobie spory komediowy pierwiastek, który jest w stanie udźwignąć galę w tej konwencji, który udowodnił to niejednokrotnie. Nie każcie posągowej Torbickiej robić z siebie kiszonego ogóra. No nic na siłę!
Zresztą, czego ja wymagam skoro gwiazdą numer jeden festiwalu Polskiej Akademii Filmowej jest celebrytka pełną gębą "prezesowa" Agnieszka Szulim.
Pinda, która swoja karierę oparła na głośnym sformułowaniu, podobno głębokiego przekonania, że takową pindą siedzącą obok kwiatka nie chce być nigdy, oraz jasnych i równie głośnych deklaracji powiększenia biustu ze skromnego A na wydatne C rzekomo dla męża, którego niedługo potem już nierzekomo zostawiła.
I co osiągnęła buntowniczka z wielkimi aspiracjami, fajterka, wojowniczka, współczesna Joanna d'Arc stająca w pojedynkę przeciwko systemowi i wielkiej telewizyjnej korporacji?
Osobiście i dla siebie chyba nie najgorzej. Trzy własne programy w konkurencyjnej stacji, zapewne za większe pieniądze.
"Na językach", które szumnie miało miażdżyć nadęty, sztuczny, głupi i pusty świat polskiego szołbiznesiku. No tak, tylko jak miażdżyć psiapsiółki stojące koło niej na ściankach i otwarciach kolejnych sklepików w galeriach handlowych, jak miażdżyć koleżanki które za chwilę jako ekspertki mają się wypowiadać w jej kolejnych autorskich programach..... No to zajęła się pinda historią konta facebook'owego dla psa Pikusia, które na potrzebę programu (a w praniu okazało się że można go wykorzystać i w innych) założono. Dla wypełnienia czasu antenowego wprowadziła stały element przeglądania torebek podarunkowych dla ściankowych bywalców - jakieś trzy-cztery minuty programu z głowy, czytanie hejcików przez zapraszane "gwiazdy" na swój temat (i znów wracamy do wykluczającego się paradoksu założeń na językach). Od czasu do czasu można przygotować jakiś psalm pochwalny na temat cudownej i błyskotliwej kariery Anny Lewandowskiej, która wszystko zawdzięcza tylko i wyłącznie własnej, ciężkiej pracy a ślub z cenionym w środowisku piłkarzem, dziesiątki ślubnych i poślubnych sesji w kolorowych gazetach z ukochanym tylko jej przeszkadzał i rzucał kłody pod nogi. I co się dziwić, w końcu taką psiapsiółę mieć warto.
Bardzo podobne w formacie są "Tajemnice  show biznesu" prowadzone nawet z tymi samymi współpracownikami, choć pewnie powinnam powiedzieć pracownikami. Te same tematy, ten sam Pikuś, te same psalmy, jedynie tym razem siedzi na tle greenscreen'a a nie przy stole z koleżankami i kolegami no i nie ma żarełka z podarunkowych toreb za "bywanie" i "przybycie".
Jest jeszcze "Stylowy magazyn" - w końcu coś skrojone na panią "Prezesową" - czytaj: ukochaną ostatnio bardzo znanego jako producent (film Bogowie), a wcześniej jako syn milionera - pana Staraka Juniora.
I tu pinda nie siedzi obok kwiatka, a obok Pikusia w gustownie urządzonym na styl loftowy studiu z jasnymi mebelkami, pięknie wyglądającymi kanapami. Przynajmniej następna generacja pustogłowych żon/narzeczonych/ kochanek/sympatii wschodzących gwiazd footbool'u, znanych i kochanych gwiazd telewizji może czerpać inspiracje przy urządzaniu wspólnych gwiazdeczek, i zaimponować kochanym samodzielnością, smakiem, stylem, wiedzą z zakresu urządzania wnętrz no i oszczędnością. Choć tu, po zakończeniu kręcenia "Czasu Honoru", bo tak na marginesie, ileż lat można kręcić obrazki Warszawy w czasie II wojny światowej - i tak trwało to kilkakrotnie dłużej niż sama okupacja hitlerowców, stałe pensyjki wielu rozbłyskających męskich gwiazd się zakończyły więc taka zaradna oszczędność może być jak najbardziej na miejscua nawet porządana.
Bo poza ładnie i ze smakiem urządzonym studiu, program jakoś nie wnosi wiele.
Coprawda na potrzeby tego wpisu obejrzałam tylko dwa odcinki, ale one w zupełności wystarczyły mi na wyrobienie sobie zdania na ten temat. Pustka, nijakość, miernota. No i oczywiście celebryci w roli ekspertów. Bo przecież kto wie więcej na temat wychowania dzieci w roli mężczyzny i ojca niż Piotr Szwedes czy Rafał Cieszyński. Co do tego drugiego, to sama pierwsza zadałabym sobie od razu pytanie a kim że jest ten Cieszyński. I mimo wielkiej sympatii do tego pierwszego za "Młode wilki" zapytuję co zrobili w swoich życiach owi panowie że znaleźć się na tych kanapach. Co my wiemy o ich życiu osobisto rodzinnym, żeby dać im mandat wypowiadania się na temat rodzicielstwa i tacieżyństwa? Zresztą ta plaga "eksperckich" gwiazd i celebrytów robi się nieznośna i nie do opanowania. Mucha: ekspert od obsranych pieluch na stole w restauracji, ekspert od wywalania cyca na środku centrum handlowego, ekspert od paradowania na golasa po mieszkaniu, ekspert od ozdabiania kocyków; Cichopek: ekspert od zdrowego odżywiania, ekspert od ćwiczeń, ekspert brafitterka, wreszcie ekspert od bycia sexi; Ślotała dopiero w trzecim miesiącu ciąży ale już ekspert-matka. Felicjańska - ekspertka od wychodzenia z nałogów i długów. Niestety mogłabym tak wymieniać i wymieniać........ No na Boga!!!!
Z drugiej jednak strony - co się dziwić gwiazdeczkom, celebrytom i ściankolubcom. Obecna sytuacja jest dla nich coraz trudniejsza. Kanały telewizyjne mnożą się jak grzyby po deszczu, trzeba w nich przecież coś wyświetlać a gwiazdorski angaż do najmniejszych nie należy. To powstały "trudne sprawy" "dlaczego ja" "ukryta prawda" "sekrety sąsiadów", "weselne gorączki" "zdrady" "tylko ja" "pamiętniki z wakacji" i tony temu podobnego chłamu, z aktorami naturszczykami. Człowiek zwykły też ambicje ma, aspiracje do bycia sławnym, parcie na szkło i ścianki, chęć do bycia rozpoznawalnym. No to się zgłaszają. Role niestety recytują jak przedszkolak na akademii z okazji dnia babci, ale oglądalność jest. I to jaka. Bo problemy w nich poruszane są bliskie szaraczkowi po drugiej stornie ekranu. Jest mowa o wrednych teściowych, o tym że nie starcza do pierwszego, że mąż z koleżanką z pracy, że córka za pieniądze z klientami, że szwagier kasę pożyczył i się ulotnił. Programy się prawie same kręcą, nturszczyki występują, a rynek pracy dla  Szwedesa, Cieszyńskiego czy innych mu podobnych zaczyna się kurczyć. No to też się przebranżawiają idąc w eksperckim kierunku.  Pieniądz nie śmierdzi, a można się jeszcze przy okazji przypomnieć widowni, reżyserom, scenarzystom.
I tak telewizja polska schodzi na psy, a raczej zaczyna się zmieniać w szambo. I to na tyle specyficzne gdzie to całe gówno idzie jeszcze dalej, na dno.
Bo jeszcze chciałam na deser zostawić sobie kanały informacyjne. To co jeszcze w telewizji oglądam, choć też nie wiem jak długo.
I tu widać jak na dłoni tendencję do pączkowania. Było TVN24, doszedł biznes i świat, był Polsat news mamy teraz news2. Po co? Świat się przecież nie zwiększa, nie dochodzą wiadomości z innych planet. Ilość wydarzeń nie powinna nieproporcjonalnie wzrastać. Będzie wybuch na platformie wiertniczej, wulkan się obudzi, zamach terrorystyczny? Na to czas antenowy się zawsze znajdzie. Najwyżej trzeba będzie zrezygnować z news'a jak poseł wpieprza sałatkę na sali obrad, lub czegoś równie istotnego dla losów polskiej gospodarki czy polskiego ustawodawstwa. No tak, tylko o czym ja mówię....
W Polsce, też dzięki telewizji, praca polityka zdecydowanie przeobraziła się w celebryctwo i bywanie w mediach. To Lis na żywo, to kropka nad i, fakty po faktach, rozmowa, rozmowa dnia, kawa na ławę, piaskiem po oczach, wstajesz i wiesz, świat się kręci... itd. itp.
Niedawno jedna z pań posłanek takie sobie telewizyjne jednodniowe tour zrobiła że zaliczyła tvp, potem poleciała do tvn żeby zakończyć dzień na fotelu u Lisa. W tej samej nowej skórzanej kurtce tylko bluzki pod spodem i korale zmieniała. Za to jej przeciwniczka z opozycji, tego samego dnia, spotkała się z nią zarówno w "faktach po faktach" jak i w "co z tą polską" ale poszła o krok dalej bo nie dość że całą garderobę zmieniła to jeszcze drastycznie uczesanie. Nieprawdopodobne.
A słyszy się, bez względu na kolor bluzki, uczesanie, obecność krawata czy nie, te same paplaniny.  Ten sam bełkot bez względu na zadawane pytane i temat rozmowy. I te same gęby tydzień w tydzień, miesiąc za miesiącem. Ba, już nawet z kolorowych gazet wystają....
A ciągła emigracja młodych? ujemny przyrost naturalny? rosnące bezrobocie? coraz gorsze warunki dla zatrudnionych? służba zdrowia? programy naprawcze dla kulejąco-upadających spółek skarbu państwa? wstydliwe pozycje w samym ogonie we wszystkich poważnych rankingach ułatwiających życie ludziom, podatnikom krajów nie tylko unii europejskiej ale i świata.
Eeeeeeee......
Kto by się tym przejmował. Jest popyt na tyrady pseudo elokwentnych wypowiedzi nowo powstałego gatunku polibrytów i polibrytek (politycznych celebrytów) w telewizji informacyjnej? to się pchają. Darmowa reklama, darmowa promocja, darmowa kampania wyborcza.
A telewizja promuje, zaprasza, reklamuje.
W końcu nie dość ze łatwiej to jeszcze jak tanio zaprosić bandę polibrytek i polibrytów żeby sobie skakali do oczu, bardziej czy mniej kulturalnie ale za to przez dwadzieścia minut, czterdzieści, a możne nawet godzinę. I biznes się kręci. Gówniany w szambie, ale się kręci.

Miłego oglądania.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Bardzo, bardzo zły czas

Dnia dzisiejszego, roku pańskiego, miałam bardzo kiepski dzionek, a przecież wiele gorszego może się jeszcze stać. Północ nie wybiła, noc nie zapadła, dzień jeszcze się ciągnie.
Jakoby zostałam dzisiaj delikatnie zmuszona do sprzedaży własnego samochodu, a tak zgodnie z własnym sercem i duszą prawie do przekazania go w formie darowizny...
Dziwna sprawa.
Na ten moment samochód stoi jeszcze w garażu, decyzja sprzedaży została odroczona, ale bez żadnego entuzjazmu a nawet odrobiny zrozumienia więc obawiam ze że to chwilowa cisza przed nadchodzącą burzą, jaka się dopiero rozpęta.
I na tą chwilę raczej chciałabym pominąć kwestię znalezienia się przeze mnie w tym miejscu i w tej czasie. Nie czuję się na tyle silna, żeby próbować wysilać się na zachowanie obiektywizmu czy zdrowego dystansu.
Ale za to cały czas próbuję przekonać siebie samą do merytoryczności  i skalkulowanej logiczno-matematycznej racji mojej argumentacji, choć serce rwie się z krzykiem i łzami żeby takim ludziom auta nie sprzedawać bez względu na cenę.
Mamy takie czasy jakie mamy, stare jeżdżące auta zalewają nas z zachodu, a ich wartość rynkowa bywa niemalże śmieszna. Bywa że cena roweru jest wyższa niż przeciętnego autka "trupka" na chodzie. Nienajgorsza sytuacja może dla kupującego, ale w tej chwili ja znajduję się po drugiej stronie barykady zatem moja perspektywa jest zdecydowanie inna.
I czas na fundamentalne pytanie: czy opłaca się sprzedawać osiemnastoletnie auto z małym przebiegiem, zachowane "w bardzo dobrym stanie jak na swój wiek" (co zostało wypowiedziane podczas okresowego badania), zatankowane prawie do pełna (co jest istotną informacją, gdyż nastały takie czasy, że pełen bak może istotnie podnosić wartość pełnoletniego, czy zbliżającego się do pełnoletności samochodu),  z opłaconym na kwartał ubezpieczeniem, świeżo po badaniu, z nowiusieńkim akumulatorem i historią prawie bez drobnych napraw  za 2.200 złotych???!!!.
Sam akumulator i paliwo to już 400 złotych, o kwartał ubezpieczenia nie będę się czepiała.

Są jeszcze w domu dwa auta, lepsze, nowsze. Ba, jak Peugeot można nawet próbować porównać z BMW. Dobrze, rozumiem, wiem.
Ale użytkowników też jest trójka, zadupie do dojazdów, żadnych rozsądnych miejskich połączeń i jeszcze gorsze perspektywy połączeń na przyszłość.
I jak jeszcze równanie  trzech kierowców+ zadupie + dojazdy do pracy = trzy auta brzmi rozsądnie (lub rozsądnie przynajmniej dla mnie), to jeden wielkimi krokami zbliża się do emerytury i z natury nienawidząc auta prowadzić krzyczy najgłośniej że auta potrzebować nie będzie. Więc trzy auta to głupota.
Daj boże zakochać się we wsi spokojnej, wsi wesołej, zadeczyć się we własnoręcznie zasadzonych krzakach i nie mieć żadnej potrzeby czy przymusu pojawienia się w mieście. Ale.....
Może się wydarzyć potrzeba udania się do dentysty, do lekarza, do koleżanki w odwiedziny - będzie wtedy dużo wolnego czasu - może nawet potrzeba ubrania, umalowania i wyjścia w miasto do ludzi (tak żeby oderwać się od łopaty, robali, perzu i wiejskiej głupoty) .
Auta już nie będzie.
Były plany dorabiania na emeryturze. Niech nie pracuje, odpoczynku i beztroski nie żałuję wręcz życzę, ale może jakiś uniwersytet trzeciego wieku czy inna aktywność wśród ludzi....
Auta już nie będzie.
A kupować wtedy na hura innego "trupka", kupować kota w worku skoro było auto działające, na chodzi, nie zawodzące - dla nie bezsens.
Może gdybym miała nóż na gardle, widmo upadłości konsumenckiej na horyzoncie.
Ale nic mnie nie dusi, nic mnie nie ponagla.
Trudno debatować z kimś kto ma, zresztą jak ja, święte przekonanie o słuszności swojej decyzji.
Bo to nic że auta z tego rocznika są w cenach pomiędzy 2800-5600. Internet to internet a samochód jest wart tyle ile kupiec jest w stanie zapłacić. W przypadku tego kupca (niech stracę i odliczę tylko ten nieszczęsny akumulator) to kwota 1.950,-
To jak spóźniony prezent bożonarodzeniowy, i zdecydowanie nie dla mnie.

I tak uważam, że niekoniecznie to trzecie auto musi być takie zbędne, że może się tak zdarzyć, że będzie użytkowany (chociażby jako zapas, gdy inny odmówi posłuszeństwa), ale nawet jeśli, to wolę żeby niszczał i tracił na wartości - dając mi tylko poczucie spokoju, że jest w zapasie i mam margines bezpieczeństwa, niż dostać za niego 2 tysiące i czuć się oszukaną i wykorzystaną.

I to są dla mnie merytoryczne argumenty. Wystarczające w zupełności do podjęcia decyzji że auto powinno zostać (przynajmniej za tą kasę).
Zgadzacie się ze mną?
Możecie mieć zupełnie inne zdanie jestem otwarta na dyskusję.

I choć argumenty niemerytoryczne nie powinny się tu w ogóle znaleźć postanowiłam i nad nimi się dłuższą chwilę pochylić. Bo już nie tyle chodzi o ich wagę, siłę, czy jakikolwiek wpływ na podejmowaną przeze mnie decyzję, ale kwestię dobrego wychowania, zachowania w społeczeństwie i moje ewentualne oderwanie od rzeczywistości.

Nie jestem gwiazdą, nie jestem duszą towarzystwa, nie jestem imprezowiczką. Moje kontakty towarzyskie są raczej niewielkie i dość sporadyczne. Jednak, jeśli chcę kogoś odwiedzić, spotkać, pogadać, zawrócić głowę, staram się zawsze wcześniej zapowiedzieć. Zaznaczę, choć pewnie zabrzmi to bardzo niegrzecznie wobec wszystkich matek polek (które szanuje i podziwiam- naprawdę) ja pojawiam się bez ogonka.
Co innego gdy podrzucam podłożone spodnie, czy zszytą bluzkę - tu czasem pozwalam sobie na drobny spontan, ale tak jak szybko wchodzę, tak szybko się ulatniam.
Kiedy moja kuzynka ma ochotę wpaść z siostrzenicą też zawsze mam wcześniej telefon.
Mój koleżanki, choć uważam że wpadać mogą do mnie zawsze i wszędzie, również uprzejmie się zapowiadają i za każdym razem pytają czy ewentualnie ogonek pojawić się też może.
I do tej pory tak właśnie się to odbywało, zakładałam zatem że ta właśnie bywa.
Że nie trafiły mi się perfekcyjne koleżanki, że nie jestem traktowana jak delikatne jajeczko z wyjątkową delikatnością i okrywana kloszem antydzieciakowym.

Ale przyszło mi się w zeszłą sobotę z tym boleśnie skonfrontować.
Tym bardziej boleśnie, że usłyszałam ,że to ja jestem oderwana od rzeczywistości i ciężko mi żyć będzie skoro buntuję się wewnętrznie wobec pewnych zachowań nie będąc elastyczną.

Przyjeżdża kupiec obejrzeć samochód. Przyjeżdża z żoną. No skoro Pani ma wozić również swój tyłeczek autem ma prawo je obejrzeć, ma prawo wyrobić sobie zdanie, bo ma prawo mieć wpływ na podejmowaną decyzję. W końcu kasa wspólna. Rozumiem, akceptuję, popieram.
Ale na tym był koniec wspólnego zrozumienia. Wiem, bardzo niewiele, ale pozwólcie że się z tego wytłumaczę.
Kupiec, choć jest powiedzenie "nasz klient nasz Pan", przede wszystkim jest człowiekiem, osobą którą zasady dobrego wychowania powinny obowiązywać również podczas transakcji zakupu.
Nikt nie chce kupować kota w worku. Zdaję sobie z tego sprawę. Kupując samochód możemy chcieć zobaczyć jak chodzi, jak działa silnik, może nawet usiąść na fotelu kierowcy. Nie zabraniam. Ale nie akceptuję również sposobu w jaki miało to miejsce w tej konkretnej sytuacji.
Małżonka, która wbrew moim wcześniejszym założeniom ewidentnie była niezainteresowana samochodem, stała tak sobie stała i nagle rzuca w stronę męża "no się przejedź"
Mąż, jak przystało na dobrze wychowane kochanie natychmiast odwróciło się w moją stronę z zapytaniem czy jadę z nim.
No dla mnie WOW. Może jestem wymagająca, może jestem staroświecka, może mam zbyt wygórowane oczekiwania co do poziomu kultury obcych, ale według moich standardów było to zachowanie niegrzeczne.
Ja nie mam obowiązku dawania obcym auta, nawet potencjalnym kupcom. Ja mogę włączyć mu silnik i otworzy maskę, ja mogę go przewieźć, ja nawet mogę pozwolić mu trochę poprowadzić, ale to jest tylko i wyłącznie moja dobra wola to absolutnie nie jest mój zakichany obowiązek.
No i ta forma.....
Nie było, "czy możemy się przejechać?", "czy nie mam nic przeciwko abyśmy podjechali kawałeczek?", nie było pytania "czy mógłbym poprowadzić auto?"
Pani zadecydowała że Pan się przejedzie i dali mi szanse uczestniczenia w tym jako widz.
No czepiam się? Tak to się normalnie odbywa?
Ja kupiec, ja pan, ja teraz jechać samochodem???!!!
Idźmy dalej.
Pan postanowił przejechać się w kierunku Piły..... zdecydowanie dalej niż pierwsze skrzyżowanie i po nim wybitnie dogodne miejsce do zawracania. W końcu bak pełny, bez nadzoru, można jechać. Kiedy po długiej chwili wrócili, Pan łaskawie kluczyki oddał a Pani udała się w kierunku własnego samochodu..... po dzieciaka.
Choć uważam, ze targane trzylatka na oglądanie samochodu jest nieporozumieniem i grubą pomyłką, choć uważam że zaskakiwanie dodatkowym gościem jest nietaktem, szczególnie że dzieciak mógł zostać z ciocią i kuzynostwem w Pile, swoje pomyślałam, ale bez słowa Panią +1 do domu wpuściłam, drzwi za nami zamknęłam i nieco zirytowana udałam się na górę.
Oczywiście nie obyło się narzekania na samochód, bo to lakier odchodzi, możnaby tam coś doszpachlować, a najlepiej to do lakiernika z autem pojechać bo i rdza gdzieś wyszła- a to są koszty dodatkowe. No tak,  w końcu auto za 2 tysiące to jak nówka spod igły być powinno.
Może jakby się zeszło z ceny na 1300-1500 złotych Pan już podkreślać że i tak prezent nam robi na auto się decydując, już by nie musiał, a tak swoje trzeba powiedzieć.
I gadaj człowiecze. Wolność słowa mamy, demokrację, klepać możesz co ci ślina na język przyniesie. Nie zabronię, nawet głośno nie skrytykuję. Gościem rodziców jesteś, masz prawo gadać. W ciszy to zniosę.
Ale aktywuje się dzieciak. A tu pluszaków brak, resoraków brak, klocków brak, nawet kredek brak. Za to są kotki !!!!!!!
Genialna zabaweczka dla trzyletniego dzieciaka. Mięciutki jak pluszak, ruchliwy jak resorak, kreatywny jak klocki, daje tyle możliwości co biała kartka z kredkami. Trudno o lepszą zabawkę.
I myślę tak sobie, że będąc matką, z dzieciakiem w gościach, na widok zwierzaka zapytałabym czy można go dotknąć, można pogłaskać, można podejść. Nie tylko z dobrego wychowania, nie tylko z szacunku do samego zwierzaczka, jego właściciela, ale nawet samego bezpieczeństwa. Nie każdy pies, nie każdy kot ma ochotę i cierpliwość bycia maltretowanym.
I znów podeprę się swoim dotychczasowym doświadczeniem - rodzinne dzieciaki zawsze wiedziały że zwierzątek się nie rusza. Można dostać pozwolenie na pogłaskanie, ale bez tego nie podchodzi.
Gościnne mamusie też dziesięć razy powtarzają, ze kotków się nie rusza.
Ale nie ten gość i nie tym razem.
Zresztą czego ja oczekiwałam. Skoro teraz się przejadą cudzym autem to i teraz można się pobawić cudzym kotem.

Po raz kolejny zatem zapytam, czy to mnie przyzwyczajono do rozpusty i luksusu? Czy cudzą nadkulturę i nadwyraz dobre zachowanie mylnie ustawiłam w swojej głowie jak normę i obowiązujące zasady?
Czy jestem jak ta konserwa, sztywna, cierpka i nieelastyczna oderwana zupełnie od rzeczywistości?
Odludkiem, odseparowanym od społeczeństwa, nie nadającym się do życia stadnego?
Aspołecznym dziwolągiem?


wtorek, 27 stycznia 2015

Rodzina rodziny

Kiedy znajdujemy tego jednego jedynego latają motyle, bez względu na porę roku kwiaty pachną intensywniej, zakwitają pąki na drzewach, ptaki ćwierkają jakoś tak bardziej melodyjnie, ekspedientki w sklepie nie wiedząc dlaczego zaczynają się do ciebie  częściej uśmiechać. Nawet sygnalizacja świetlna zaczyna ci sprzyjać bo dałabyś głowę że częściej niż zwykle masz zielone światło.
A ON ....
Cudo. Mądry, inteligentny, błyskotliwy, dowcipny, zabawny, męski, delikatny, odpowiedzialny, dojrzały, dowcipny, filuterny, zawadiacki, temperamentny, wyważony, ostoja spokoju, mistrz ciętej riposty, romantyczny książe, dusza towarzystwa. Itd., itp.
I mogłabym tak godzinami o tym światełku w oczach, rozbrajającym uśmiechu, dołeczku w lewym policzku tudzież brodzie, tym słodkim marszczeniu noska gdy jest zakłopotany, sarnich oczach gdy coś przeskrobie. Oj mogłabym.
To wszystko i każde z osobna warte jest po tysiąckroć grzechu.
Toteż się grzeszy. A już szczególnie w pierwszej fazie znajomości :)
Czasem tylko ta jego siostrzyczka wkurzy głupim tekstem jak się ją tam raz w miesiącu zobaczy. Zdarza się że niedoszła teściowa podniesie ciśnienie, bo to trzeba ją zawieść do lekarza, to pojechać wymienić telefon na nowszy model, to zawieść na zakupy, to umówić do dentysty.
Na szczęście potem Bączek, Kochanie, Koteczek, Misiaczek, Skarb, Słoneczko czy Żuczek będzie nam wynagradzał nasze trudy i poświęcenie. Z nawiązką a bywa to całkiem przyjemnie.
 
Bo tak to dziwnie się składa, że ON również może posiadać rodzinę.
Powiem więcej, to może być nawet fajna rodzina. Zabawna, przyjazna, pomocna, towarzyska, taka swoja. Można także niestety trafić jak kulą w płot. I w zasadzie nie ma tu żadnego wzoru, żadnego schematu. Czysta rosyjska ruletka.
Jednak z ręką na sercu, czy znajdzie się ktoś, kto kiedykolwiek przy wyborze ukochanego kierował się jego rodziną? Czy jest ktokolwiek, kto choć przez chwilę zastanawiał się w jaką rodzinę wchodzi?
Nie sądzę.
A przecież to nikt inny jak właśnie my sami, z własnej nieprzymuszonej woli, na całe życie, mówiąc "tak" w kościele, nie tylko zobowiązujemy się kochać i nie opuszczać aż do śmierci ukochanego ale również do śmierci wiążemy się z jego rodziną. Na dobre i złe, w doli i niedoli , w bogactwie i biedzie. Z jego rodzina będziemy łamać się opłatkiem, z jego rodziną dzielić wielkanocnym jajem, to z nimi będziemy świętować każde urodziny, imieniny, święta naszych dzieci. Takie trochę dożywocie.
I znów wracamy do fajności. Jeśli niebo nam sprzyja, nie jest źle. Zabawni lub zabawowi, towarzyscy, pomocni i wspierający teściowie, szwagrowie czy bratowe to całkiem znośna sytuacja. Zawsze udane rodzinne spędy okolicznościowe, awaryjna baza wypadowa na podrzucenie dzieciaków, w skrajnych przypadkach idealne towarzystwo na wakacje.
Tylko że to brzmi trochę jak utopia, bajka dla siedmioletnich, niepozbawionych jeszcze złudzeń dziewczynek wierzących naiwnie w królewny, królewiczów i przecudnych teściów.
Życie może być bardziej okrutne.
Oczywiście jest to tylko i wyłącznie nasza wina. Widziały gały co brały, trzeba było myśleć rozumem, a nie podejmować najważniejsze życiowe decyzje na podstawie odruchów serca, czy co gorsza miłosnych uniesień.
Kobieta godzinami potrafi zastanawiać się nad zakupem butów czy torebki,  a decyzję o partnerze i ślubie podejmuje czasem w minutę. Kompletny brak logiki o  konsekwencji nie wspomnę.
Bo niby jak tu porzucić ukochanego, to cud stworzenie, ten dar od Boga, z powodu wrednej przyszłej teściowej. Teściową wystarczy tolerować, a już Kochanie dyskomfort obcowania z babsztylem zrekompensuje. Wielokrotnie. A jak się będzie stawiał - są i na to sposoby. Kilka cichych dni, płomienna awanturka, choćby foch nawet.
Spawa rozwiązana.
Nie do końca mogę się z tym zgodzić, no nie do końca.

Czy którakolwiek z zakochanych panien, choć przez chwileczkę zastanowiła się nad tym że ta jej pozornie osobista, niezależna i samodzielna decyzja o wyborze partnera jest totalitarnym i dyktatorskim narzucaniem swojej woli całej własnej najbliższej rodzinie i jej podporządkowanie? No właśnie, zaskoczone?
Wam trudny i poświęcenie związanie z obcowaniem z nabytą rodziną zrekompensuje Żabcia, wasze flustracje, wkurzenie czy rozczarowanie rodziną będzie zmuszona wysłuchać i ułagodzić Żabcia a co z bratem, siostrą, mamą, tatą?
Tak daleko odpowiedzialność Żabci już nie sięga.....
Mało tego czasem i Żabcia może być ich źródłem.

Zagmatwane? Dam przykład. Osobisty i nie tak odległy.
Święta Bożego Narodzenia. W kuchni tłok, zamieszanie, niezwykła nerwówka bo i kolacja wigilijna na 16 osób to nie lada wyzwanie, na dodatek przygotowywana na konkretną godzinę (wymuszenie przez obowiązki alimentacyjno-rozwodowe), głowa rodu gdzieś się ulotniła z butelką procentów, choinka nieubrana (jest to męski obowiązek), dzieciaki znudzone i pozostawione same sobie snują się pod nogami robiąc dodatkowe zamieszanie i harmider. Nieciekawy obrazek. Atmosfera tak naładowana ujemnymi ładunkami że tylko czekać  wyładowań "atmosferycznych". I w tym wszystkim ON, nabytek, niezależna, samodzielna i suwerenna decyzja córki o wyborze ukochanego. Jak długi leży rozwalony na kanapie i gra w gierki na telefonie. Szczęśliwie dla mnie, byłam w tym uprzywilejowanym położeniu że wystarczyło zabrać tyłek i wyjść. Zrobiłam to. Ale sama nawet myśl, że moja siostra mogłaby mnie też tak urządzić i obciążyć takim przyjemniaczkiem na resztę moich rodzinnych świąt potrafi skutecznie podnieść ciśnienie.
Mnożąc to jeszcze o spotkania sylwestrowo-noworoczne, wszelkie kościelne, czasem i nawet państwowe święta, chrzciny, komunie, bierzmowania, wszelkie imieniny, urodziny, spontaniczne grille. Aż włos się na rękach jeży.

Jak bezpodstawnym i oderwanym od życia i jego realiów jest argument zakochanych którzy na słowo krytyki ukochanego słusznej czy mniej słusznej, bez względu na to czy to rodzina, znajomi, przyjaciel czy wróg, obrusza się i z upartością osła twierdzi ze to jej/jego życie i nikt nie ma prawa się w nie wtrącać.
Kochanie, pobudka, niespodzianka, to życie całych dwóch rodzin z pełnym inwentarzem. A twoja decyzja jest nie tylko decyzją autokraty, despoty i dyktatora ale i wyrokiem skazującym na dożywicie bez prawa do warunkowego skrócenia kary za dobre sprawowanie.


 

Agencji PR ciąg dalszy

Kontynuacja tematu samodzielnych, zosio-samosio agencji PR-owych miała być ponowiona w bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni, a dokładniej w dalej nieokreślonej czasoprzestrzeni.
Materiału miało się najpierw trochę nazbierać....
A tu co wejdę na facebook'a to krew i materiał na wpis aż mnie zalewa.
Dosłownie.
Mam koleżankę - tak, tak, możliwe. Rok 2014 miał być jej cudownym rokiem. Jej prawdziwa, cudowna, ciepła, zabawna, elokwentna, wyjątkowa, idealna, perfekcyjna, wymarzona, wymodlona, bezkonfliktowa miłość została prawnie i bosko uprawomocniona. Półtora roku planów, organizowania i zatrudniania najlepszych z najlepszych miało swój finał. Coprawda nieco przemądrzała jeszcze "przyszła panna młoda" nie miała ochoty słuchać żadnych rad, sugestii, podpowiedzi, czy chociaż wątpliwości bo sama w tym już siedzi i wszystko wie najlepiej, życie tą wiedze jednak zweryfikowało i już jako stateczna Pani mężatka przyznała że nie wszystko poszło najlepiej, ale nie o tym.
Wybranek - ten ideał pod każdym względem, był (i nadal jest, patrząc po aktywności), powiem niezwykle delikatnie, zwolennikiem portali społecznościowych i entuzjastą braku anonimowości. Niestety swoje upodobania przekazał miłości życia.
No i się zaczęło.
Oświadczyny na facebook'u. Kolacja z ukochaną w restauracji X na facebooku. Wyjazd w góry do hotelu X na facebook'u. Doszło do tego że nawet będąc "w drodze" informowali o tym wszystkich znajomych. Bo przecież niezwykle istotną dla świata jest informacja o tym że w drodze nad morze do hotelu K zatrzymali się w poznańskiej galerii Plaza na siku. To nie były pospolite krzaczory na trasie, nie był moralnej wątpliwości zagajniczek, nie była nawet stacja paliw.  Była Plaza.
W tak zwanym międzyczasie  aby nie nudzić własnych czytelniko-obserwatorów, a kto wie może i podglądaczy na stronie pojawiały się photostory z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej i  jeszcze jednej wycieczki rowerowej. A odkąd obydwoje nabyli profesjonalne rowerowe odzienie nie było nawet widać czy to ich szósty wyjazd, siódmy a może dziesiąty. Zdjęć oczywiście było dużo więcej. Było morze, łany zboża, choinki, romantyczne zastawiane stoły, zdjęcia potraw (zapewne randkowych). Jednym słowem pełen ekshibicjonizm. Pytam po co?
Czy naprawdę jakieś 800 osób zaproszonych do grona ich znajomych jest żywotnie zainteresowanych miejscem wypróżniania pęcherza moczowego? Czy niezwykle istotną jest wiedza, że koleżanka/kolega będą wieczorem wspólnie konsumować pierożki z jagodami polane przepyszną śmietanką procent 30? Czy do życia niezbędnym jest wiedzieć że byli w restauracji X, barze Y, czy pub'ie Z?
Ekshibicjonizm posuwał się jeszcze dalej zahaczając od życie zawodowe, czyli pełne dezaprobaty komentarze na temat własnych wyjazdów służbowych. Krok niezwykle ryzykowny i być może kosztowny.
Była odrobina wesela, i chyba tylko dlatego że fotograf dał ciała na pełnej linii i zdjęcia wyszły mniej niż zadawalająco.
Były filmy z podróży poślubnej. Prawie pięciominutowa transmisja z perspektywy przedniej szyby wynajętego samochodu. Tylko oni, ty, droga i padający deszcz. Niezwykle interesujące i jakże nowatorskie ujęcie relacji z podróży poślubnej. A z jakim zaciekawieniem i uwagą ogląda się drogi wybudowane w cudzym państwie.....
Ale i to wszystko to pikuś, małe preludium do tego co miało dopiero nastąpić.
Na świecie pojawiła się nowa osóbka. Dość nieoczekiwanie bo dwa miesiące za wcześnie. Nie znam się na ciążach, moja wiedza na ten temat jest prawie zerowa, na szczęście z pomocą przyszedł mi facebookowy wpis tatusia: "na świat przyszła ble ble ble, ble ble ble, walczymy o jej życie".
Zabrzmiało dość groźnie. I daj Boże długie i szczęśliwe życie dla tego dzieciaczka, ale gdyby zakończyło się to inaczej? Czy tatuś pomyślał o ewentualnym nekrologu na fb? Zdjęciu w trumience?
Bo jak się powiedziało A, zamieściło okropne zdjęcie ewidentnego wcześniaka (z całym niedorozwojem fizycznym wynikającym z jego wieku) podłączonego do dziesiątek kabli i rur, to trzeba być przygotowanym na wypowiedzenie B.
Trudno tłumaczyć euforią chęć podzielenia się dobrą nowiną (?) ze światem i to okropne karykaturalne zdjęcie, bo zapewne trudno o euforie gdy dowiadujesz się ze twoje dziecko może po prostu nie przeżyć. Powiem więcej. Jak, w czasie kiedy walczysz o życie  swojego dzieciaczka, mieć czas i głowę do wrzucania jakichkolwiek wpisów na facebook.
Czy potrzeba uaktualniania wiedzy na swój temat i swojego życia, informowania o tym całego świata jest tak wielka i tak uzależniająca? Czy to kolejne stadium samouwielbienia?
Na szczęście dziewczynka ma się dobrze. Co dwa, trzy dni, ustami tatusia informuje o swoim aktualnym stanie, wrzuca zdjęcia z butelką, bez butelki, z mamą, bez mamy, z tatą, bez taty, w pieluszce, kocyku czy innym beciku.
Będę optymistką i powiem że to i tak lepsze od tacinej poezji i głębokich przemyśleń o bezsensowności życia bezdzietnego, szarości i marności singli, beznadziejności i nicości samotników, bezdenności życia przed dzieckiem (choć już z żoną :P) ilustrowanych zdjęciami dziecka w inkubatorze. No i nie ma cycka !!!!!
Takich dzielących się własną prywatnością jest sporo. Może nie aż tak ekstremalnie i jednak bardziej przez pryzmat budowania własnego wizerunku w przestrzeni wirtualnej.
Genialnym jej przedstawicielem jest mój dalszy członek rodziny.
Co dwa tygodnie, a dokładniej weekendy fotki rodziny to nad morzem, to w zaprzyjaźnionym schronisku w górach. I zawsze z podpisem "moje księżniczki". Oczywiście księżniczki nie ograniczają się tylko do pozowania w tych dwóch miejscach. Są wyjazdy do aquaparku, do agroturystycznych gospodarstw, kina, wesołego miasteczka. Księżnkiczki bywają w kuchni, ubierają choinki, nakrywają do stołu, malują tacie laurki. Jak na mężczyznę przystało są tam też czysto testosteronowe wkładki, chciałoby się wierzyć, że zabieg celowy w ramach odcukrzenia tego księżniczkowego syropu, ale to chyba zbytnia nadinterpretacja. Po prostu pracujący facet ma prawo do relaksu z kumplami swojego gatunku. A jak ma prawo to jest piłka nożna w pubie przy butelce wyborowej, żużel ozdobiony pięcioma butelkami piwa. Jedna buteleczka z wpisem że nie ma jak klin na kaca. Cudne życie, pełna harmonia pozazdrościć. Tylko jak się to wszystko ma do realu, gdzie słyszę że kredyt, że ciężko, że nie ma jak żyć. Do tego stopnia że posiadając własna firmę transportową bierze się od wujka na paliwo bo przecież przyjechał odwiedzić....

Jest i inny kuzyn - przedstawiciel antagonistycznego obozu facebookowych użytkowników. To oni tworzą najbardziej liczną grupę.  Niezwykle skromni w aktywności, możnaby nawet rzecz że wycofani. Pojawiają się tylko sporadycznie, z bardzo ważnych powodów i zawsze są oszczędni w słowach.
Kuzyn: "na warsaw airport" "w drodze a ukrainę" "znów ukraina" "na warsaw airport" "w drodze do domu" "Ukraino witaj znowu" "warsaw airport". Niby niewiele - ale za to jak treściwie. Iluż z nas ma szansę pojawiać się dwa razy do roku na warszawskim lotnisku? Ilu z nas ma szansę latać za darmo w podróż służbową i to zagranicę?? Czasem na dowód wojaży dorzucą się dwie, trzy fotki z jakiegoś zapewne ważnego budynku czy przy równie istotnym  pomniku. I co? Zazdrościmy.
No i jeszcze przy okazji gratulujemy odwagi bo jak na osobę samotną, pozostawiającą pusty dom podczas wyjazdów to takie informowanie wszystkich że przez kilka dni mieszkanie czeka na potencjalny włam jest niezłym wyczynem godnym tylko wielkiej odwagi.
Na szczęście, dla tych którym nie dane było podróżować samolotem służbowo są jeszcze własne, prywatne wakacje. I tu zawsze ten sam schemat: airport Poznań, airport Katowice, airport Warsaw, airport Wroclaw; musowo zdjęcie fragmentu samolotowego skrzydła w przestworzach- niezaprzeczalny dowód na lot; dwa zdjęcia rodziny, znajomych czy partnera z miejscem pobytu w tle - najlepiej hotel z dnia przybycia, jeszcze czysto i nie widać rozbebeszonych walizek oraz spacer wieczorową porą przy zachodzie słońca - człowiek jest wtedy odziany i nie będzie się musiał stresować fałdami tłuszczyku które niestety w bikini  czy kąpielówkach jakoś się zawsze pojawią na fotkach. I cisza........ do następnego wyjazdu.
No i mamy mistrzów autoprezentacji. U mnie to mistrzyni. Kreatorka równoległego wirtualnego świata. Co weekend, aby odpocząć, pobyć sam na sam z ukochanym, nabrać dystansu, podładować baterie, nadrobić zaległości stara się wypchnąć pacholęcia z domu do rodziny. Bo mama też człowiek i urlop jej się należy. Tylko że zbiegiem okoliczności co weekend na facebook'u pojawia się to fotka ze wspólnego gotowania z pociechami, to ze wspólnej zabawy, wspólnego spaceru, wspólnego leżenia, wspólnego tańczenia - i zawsze ze skarbami, Moimi ukochanymi słoneczkami. Ale może tylko wtedy znajduje czas żeby na zdjęcie zrobione telefonem kliknąć "udostępnij na facebooku"
Życzenia urodzinowe dla męża na facebook. Deklaracja że kocha i dziękuję za wspólne życie corocznie w rocznicę ślubu na facebook. Walentynkowe wyznanie miłości na facebook. Życzenia z okazji dnia chłopaka na facebook. Nawet podziękowania za cudny weekend, fantastyczną kolację czy niezapomniany spływ kajakowy też sobie składają przez facebook. Żeby nikomu nie przyszło nigdy do głowy że tam daleko od sielanki.

Bo nie ważne jak żyjemy, nie ważne co myślimy, ważne jak myślą że żyjemy......

poniedziałek, 19 stycznia 2015

jestem już po

Nie chodzi mi oczywiście o zażywanie drobnego malutkiego czegoś, co od wczoraj jakiś nawiedziny ksiądz nazwał grzechem śmiertelnym.
O tym może kiedyś.....

Zaliczyłam wszystkie pierścienie!!!!!!
Koło życia zatoczyło okrąg!!!!

Dobra, trochę przesadzam z tym entuzjazmem i jeszcze okaże się zaraz że mój wpis jest bardziej epicki od ostatniej części z trylogii.
No niestety, do tej wielkiej chochli miodu jaką zapodałam wcześniej muszę dodać szczyptę dziekciu.
Nie wiem, ale ta ostatnia część, mimo że logiczna, mimo że wyjaśniająca wiele, mimo że nie epatująca przemocą, jakoś  mnie osobiście rozczarowała.
Poznałam historię Golluma. Całą. Muszę przyznać ze zgrabnie wkomponowana, czytelna, bez zbędnego przedłużania i naruszania głównego wątku. Takie syntetyczne 300 lat w malutkiej pigułce o pysznym malinowym smaku. Oczywiście moja sympatia do tego exhobbita wyparowała, ale potrzebowałam do tego aż ponad 4 godziny ostatniej części. Nawet pierwsze zabójstwo nie było mnie jeszcze w stanie skłonić do zmiany mojej sympatii, dopiero odgryzienie połowy palca Froda podpisało na niego wyrok. Mam jednak jedno "ale" co do zbudowania tej postaci.  Nie mogę już pisać że "kocham"  ale mogę z czystym sumieniem nadal  pisać że mimo wszystko podziwiam  kreację Golluma upadłego i jego wewnętrznej walki nowego pierściennego sługusa z poczciwym hobbitkiem. Choć coś mi tu ewidentnie zgrzyta.
Dwie pierwsze części stworzyły w mojej głowie milutką postać do kochania i przytulania a tu zabójstwo z zimną krwią?......  Ktoś, kto widząc kawałeczek metalu, obojętne czy to pierścionek, zegarek rolex'a czy obrączka władzy, rzuca się przyjacielowi do szyi i bestialsko go zabija, nie może być dobrym człowiekiem. I nie kupuję wyjaśniania tego siłą oddziaływania biżuterii.
Po pierwsze i najważniejsze Sauron nie wyjawiał w tamtym czasie żadnej aktywności (a kompletnie nadaktywności)  moc pierścienia nie mogła być taka obezwładniająca. Dodatkowo Gollum jest rasy hobbickiej, zatem mniej podatnej na jego magię (co udowodnili jego gatunkowi następcy) niż ludzie, lub jak Aragorn, ludziopodobni. Jakby tego było mało rządza świecidełka nastąpiła jeszcze przed kontaktem cielesnym. Dla mnie oznacza to że Gollum po prostu zabił kogoś dla bogactwa więc był od początku nędznym robakiem w swojej społeczności, a jeśli jeszcze pierścień w jakikolwiek sposób działał na niego w tamtej chwili, to był on nie tylko nędznym robakiem, ale jeszcze niezwykle słabym psychicznie nędznym robakiem rzezimieszkiem. I to nie pasuje mi do późniejszej kreacji takiego dobrodusznego, słodkiego, naiwnego potworka. Choć oczywiście nadal uważam, że pomysł na taką dwubiegunową postać skrajnie dobrą i złą jest zabiegiem fajnym (szczególnie dla aktora kreującego postać).
Tak sobie myślę, czy nie wystarczało zrobić go zabójcą przypadkowym. Popchniecie na kamień w trakcie szarpaniny, niecelowe zrzucenie z urwiska, złamanie karku o wiosło.... To nadal byłaby śmierć w walce o skarb władzy absolutnej, nadal powód by go wygnać, nadal powód dla postępującej degeneracji, ale większa wiarygodność dla tej czystej i dobrej strony Golluma.
Podoba mi się również, choć to pewnie zdecydowanie żeński punkt widzenia, że pomimo iż to w zasadzie część o samych wojnach i bitwach nie ma tu bezsensownej apoteozy zabijania.  Nie ma sikajacej w stronę widza krwi, nie ma aż tak wiele fruwających ucinanych głów, rozczłonkowane kończyny nie walają się pod nogami bohaterów. Wszystko z umiarem.
Ze scen walecznych podobała mi się potyczka Legolasa z hiper mamutem. Zamiast bezsensownej przemocy inteligentny schemat punkt po punkcie jak powalić teoretycznie niepokonane.
Ne mogę też nie wspomnieć o zabawnym i zupełnie nieobciążającym fabuły wątku rywalizacji na zaliczanie orków pomiędzy wyżej wymienionym a krasnoludem Gimlim. Taki śródziemowy PlayStation dla tych dwojga.
Nie wiem czy jakiekolwiek znaczenie dla całego filmu miała historia  końca Denethora -namiestnika państwa ludzkiego - poza oczywiście ukazaniem cierpienia z powodu straty syna w Drużynie Pierścienia (lepiej późno niż wcale?) ale dla mnie było to miłą odskocznią pomiędzy kolejnymi scenami walk. Na dodatek ciekawą odskocznią. Fajnie że się pojawił.
No i to by było na tyle dobrego, chyba.
Główny zarzut to ta wszechogarniająca szarość.  Rozumiem, że to kontynuacja wycieczki z Shire i że skoro na początku było zielono to musi być ciemność bo im dalej w las......
Zrozumiałam również wagę oddziaływania pierścienia. Ale czy nie było jej za dużo? Wystarczająco sugestywny był kawałek poparzonej od łańcuszka szyi Froda. Jak na dłoni widać było ciężar i moc zła jaką musiał targać ten mały niziołek przez całe śródziemie - czyli jakieś ponad dziewięć godzin całej trylogii. Nie raz, nie dwa i nie trzy biedny Frodo musiał zamierać z tymi wybałuszonymi cudownie niebiesko wielkimi oczami i cierpiącą miną w poprzednich filmach. Po co jeszcze tutaj. Za dużo tego bólu wewnętrznego, za dużo.
No i ta droga.... niekończące się powulkanoczne przestrzenie po sam horyzont.  Gdyby w drodze ten duet trafił jeszcze na atak mrówek mutantów, karczmę z rozrywkami, ruchomą jaskinię, dziurawy wąwóz, spotkał ciekawych tambylców, to coś by się tam zadziało a sama droga nie dłużyłaby się w nieskończoność. A tak..... nudy, ciemność, spękane usta i wieczny grymas wykrzywienia na Frodowym cierpiącym licu. Wypisz wymaluj droga krzyżowa z Pasji Gibsona.

I jeszcze jedna istotna rzecz.
Jakby się tak głębiej zastanowić, to ten cały caluśki cykl  to dzieło szowinisty.....
Tak, tak.
Przyjrzyjmy się rolom kobiet, a dokładniej ich postaciom.
Po pierwsze nie ma ich wiele bo to w końcu mężczyźni A- rządzą światem, B-ratują świat.
Mamy fajną Arvenę - niebylejaką elficę, bo z samego królewskiego rodu. Chociażby jak każdy elf powinna znać elficką magię, ma bliższy elficki kontakt z naturą. Mogła być pomocna drużynie pierścienia, mogła być niezbędna. A jak widział ją rubaszny Pan Tolkien?
Płaczącą kluseczkę, która tak się biedna zakochała w ludzkim facecie że tylko tęskniła, płakała, płakała, tęskniła, aż z tej szlochającej miłości postanowiła zrezygnować ze swojej natury, swojego gatunku, swojej rodziny żeby stać się zwykłym ludzikiem. W imię miłości oczywiście.
Co w tymczasie robi jej ukochany? Walczy, przeżywa przygody, niszczy zło, sieje zagładę wśród orków by ostatecznie uratować świat i stać się jego władcą (w części ludzkiej oczywiście). Muszę tu również wspomnieć o wodzeniu na pokuszenie pewnego dziewiczego serduszka. I nie zdobywa się nasz bohater na odwagę i szczerość mówiąc że serce  zajęte przez inną na wieki wieków, bo po co. Lepiej bawić się uczuciami naiwnej owieczki..... a może i jakąś bazę uda się zaliczyć...
Jest i druga elfica - Galadriela. Chyba jeszcze wyżej postawiona w ichniej  hierarchii. I co? I pstro. Dziewczyna prawie w ogóle nie ma głosu. No dobrze że tam czasem wpadnie na obiadek Gandalf, to sobie dziewczyna w myślach z czarownikiem pogada.
No i mamy Eowinę - niby na pierwszy rzut oka waleczną, niezależną laskę. Taki wyjątek potwierdzający regułę. Wujcio mówi: zostań i umieraj trochę później z innymi kobietami i dziećmi, jak już zwycięzcy pijani swoim sukcesem (i dumni że nas wszystkich powybijali) będą was bić, gwałcić i poniewierać w nieskończoność, bo kto im wtedy przerwie, a ona przywdziewa zbroję, łapie niziołka na konia i jadą ginąć o wolność. I nawet tam walczy na tym polu bitwy i nawet tam staje do nierównego pojedynku z orkiem desperacko próbując uratować życie wujkowi.  Ale jak się tak bliżej jej przyjrzeć.... No dziewczyna dość niestabilna, żeby nie napisać niedorozwinięta emocjonalnie. Ginie jej kuzyn, prawie brat rzecby można, bo się razem we dwoje na zamku wychowywali. Powinno dziewczę choć z tydzień żałobnie pochlipać i kuzyna wspominać a tu obcy dziad w pałacu się zjawił i dziewczynka cała jego. Co tam wuj opętany przez Sarumana, co tam jeszcze ciepłe zwłoki kuzyna w grobie, co tam prawie koniec świata, mężczyzna pojawił się na horyzoncie. A że 83 lata ma... kto by się tam przejmował. A że nic o nim nie wie...... czy to ważne. I lgnie do niego, jak ćma do żarówki, prawie mu miłość na okrętkę wyznaje, ba nawet gotuje i to tylko po to żeby dwie sceny dalej łapać się, niby przypadkiem, za innego w balkonowej scenerii. Wyjątkowo kochliwe dzieciątko. I lekko niestabilne.
No a na deser mamy Różyczkę Cotton. Wcześniej przedstawiana nam jako lubująca wstążeczki właścicielka loków pojawia się tylko po to by z pełnym i wiecznym uśmiechem na ustach rozlewać męskim niziołkom (w tym pierwszemu wcieleniu Golluma  :) zauważyłam) piwa , a potem posłużyć jako maszyna reprodukcyjna dla Sama. Bo przecież hobbicik do życia codziennego wrócić musi, a co go na miejscu lepiej utrzyma niż dobre bzykanko zakończone czasem stworzeniem kolejnego niziołkowatego potomka.
:)


niedziela, 4 stycznia 2015

No nareszcie widzę sens w tych pierścieniach

I stała się jasność. Nareszcie.
Po dziesięciu latach.

W moim skromnym życiu kino nigdy nie odgrywało jakoś znaczącej roli.
Będąc pacholęciem, w domu moim, nie praktykowało się zwyczaju wydawania srebrników na kieszonkowe, a to co udawało mi się uzbierać przy okazji dnia imienia czy rocznicy powicia, jako oszczędnej w genach, zawsze odkładałam na wyższy i szczytniejszy cel na bilet do kina.

I oczywiście mogłabym poruszyć tu kwestię chorendalnych wręcz chorobliwie wysokich stawek dla aktorów, tak abstrakcyjnych dla normalnego zjadacza chleba, które nie tylko mają wpływ na niesprawiedliwy i nieetyczny wręcz podział majątku doprowadzając do takich anomalii, gdzie jakaś "gwiazdka" "gwiazdeczka" "gwiazdunia" "celebrunia" wydaje setki tysięcy euro czy dolarów na jeden wypad odrzutowcem do jakiegoś butiku po idiotycznie drogi designerski płaszcz, gdy w innej części świata ten ekwiwalent zakupowy nakarmiłby przymierającą głodem i ubóstwem wioskę przez trzy, cztery miesiące. Gdzie z powodu nienormalnego bogactwa taka "gwiazdka" "gwiazdeczka" "gwiazdunia" "celebrunia" ulega procesowi degeneracji tylko dlatego że ją na to stać i gwałci, strzela, rozjeżdża po pijaku, pod wpływem narkotyków, bo bogaty może więcej. Może w zasadzie wszystko.

Ale dziś nie o tym.
Wielokrotnie namawiana byłam na zapoznanie się z dziedzictwem Pana Tolkiena. I nie chodziło tu tylko  o przeczytanie jego książek, choć jako sporadyczny czytelnik (na warunki polskie i tak powyżej średniej :) ) wiem, że w wielu przypadkach co papierowy pierwowzór to pierwowzór.
Czytając książki, oczami wyobraźni, stwarzamy sobie własne wyobrażenie danego królestwa, domu, okolic, zamków, świątyń, lasów czy samych bohaterów. A przecież ci najmądrzejsi, najbardziej bohaterscy, najpiękniejsi mogą mieć nawet czasem i naszą twarz....
Wyjątkiem od takiej reguły są badziewne "Pamiętniki Wampirów"
(p.s. właśnie uzmysłowiłam sobie, że to ostatnie zapisane zdanie wyśniłam sobie niedawno, ale to nie pierwszy raz kiedy taka rzecz mi się zdarza)
Jednak i ich powstanie miało jakiś głębszy sens ponieważ stały się bazą pod ciekawy (przynajmniej przez pierwsze cztery sezony) serial.
Drugim wyjątkiem jest Gra o tron, gdzie wydaje mi się iż każde zdanie Pana Martina jest odzwierciedlone dokładnie na szklanym ekranie, ale w tym przypadku na książkę przypada cały sezon odcinków a Pan P. Jackson jeden tom musiał upchnąć w trzech godzinach.

Wracając jednak do wątku głównego. Ponieważ dawno temu powiedziano mi iż sam początek "Władcy Pierścieni" jest prawie niekończącym się opisem tamtej rzeczywistości, od początku się do tego dzieła uprzedziłam. Tak skutecznie, że obszedł mnie nawet bum na kinowe ekranizacje tego dzieła. Oczywiście było głośno, było wszędzie, była pierścieniomania. Ja jednak zostałam na to odporna.
Po dłuższej przerwie drużyna pierścienia została znów aktywowana  trylogią Hobbitów, ale jak nie podbił mojego serca  Gandalf z Frodo we Władcy Pierścienia,  to i w duecie z Bilbo w Hobbicie nie miał szans.
Jednak jedna taka uparta Tolkienowsko-Jackson'owa fanka, wytrawna czytelniczka dzieł niezliczonych nie dawała się tak łatwo zniechęcić i nigdy się nie poddała.  I to za jej namową zasiadłam raz , drugi a nawet trzeci przed telewizorem by obejrzeć to epickie "jubilerskie" dzieło, ale nic z tego nie kumałam.  No nic kompletnie. Czarna dziura.
Dwóch kurdupelków idzie oddać komuś obrączkę, której wcale nie chcą oddać, w tle ścigający komplet dwóch innych kurdupelków, elf z wiecznie umorusanym facetem i krasnoludem,  a kim są te dwa inne kurduple, które idą gdzieś, też niewiadomo gdzie i niewiadomo dlaczego, a sam pierścień, znaczy ta obrączka, jest niewiadomo czym. 
Bo pisać trylogie, o tym jak ktoś przez pewnie jakiś tysiąc stron idzie gdzieś z kawałkiem biżuterii,  z mało łączącym się, ale za to przeplatanym wątkiem drugiego pościgu jest nie tylko mało interesujące, ale jest mało sensowne, mało spójne i trochę mało logiczne. No chyba że ja jestem guła.
I trzy razy podchodziłam do filmu z najlepszymi chęciami, i trzy razy przegrałam.

Aż tu nagle... no może nie tak nagle, jednak mimo wszystko zaskakująco TVN wyświetla Hobbita część pierwszą.
Wiem, od tej upartej pierścieniowej fanki, że Hobbit jest dość poważnie połączony z Władcą Pierścieni, że to taki powrót do przeszłości ale że po pierwsze, nie było interesującej alternatywy na innych kanałach. Po drugie, będąc w nieco gorszym fizycznym samopoczuciu potrzebowałam lekkiej i miłej rozrywki do relaksu, a po trzecie "Hobbit" brzmi zupełnie inaczej niż "Władca pierścieni", bardziej przyjaźnie, zawadiacko i co najważniejsze bez nawiązania do tej nielogicznej biżuterii postanowiłam go obejrzeć.  Jak na zachętę i potwierdzenie moich optymistycznych założeń początek filmu a tu na ekranie piękna wiosenna aura, zielona trawa, hobbickie śliczne domki, kwiatuszki. A im dalej w las tym więcej..... logiki. Zbiera się grupa krasnoludów która chce odbić zawładnięty przez smoka swój zamek wraz ze swoim królestwem, potrzebują hobbita żeby ukradł jakiś tam kryształ - insygnia władzy i idą to osiągnąć. Jasno, czytelnie, klarownie, sensownie.
A że przy okazji historii pokazana była piękna przyroda, szczególnie ta elficka kraina, nabrałam ochoty na obejrzenie drugiej i trzeciej części.
I jakby tego było mało, w głowie zaczęła mi świtać myśl ze skoro ten sam autor książki, ten sam autor scenariusza, ten sam reżyser to przecież i "Władca Pierścieni" nie może być tak oderwany od rzeczywistości i logikę winien również posiadać.
No i sobie pierwszą część "Drużyny Pierścenia" zapodałam.

Droga Tolkienowsko-Jackson'owa Fanko,
Wybacz ze tyle czasu wątpiłam w Twój literacko-filmowy gust. Wybacz, że do mojej rycerskiej zakutej głowy nie mógł dojść Twój żaden argument. Wybacz, ze tyle czasu z uporem maniaka obstawałam przy jawnym krytykowaniu tego zacnego dzieła....
Ja po prostu nigdy nie zaczęłam oglądać tej trylogii od początku. Owszem, udał mi się zasiąść przed ekranem i to dwukrotnie przy napisach początkowych, ale do drugiej części. Pierwszy film oglądałam w przeszłości tylko w kilku fragmentach. Stąd ten brak jakiejkolwiek logiki i sensu.
Teraz już wiem, że pierwsze minuty "Drużyny Pierścienia" wyjaśniają wszystko.
Już rozumiem dlaczego Gandalf biały walczy z innym białym Gandalfem (który jest też białym, ale niekoniecznie Gandalfem)
Znam historię pierścienia - tego ostatniego który włada wszystkimi a zatem i wszystkim :)
Wiem czemu ta niezdara Frodo miał go zniszczyć a nie jakiś super zgrabny elfik.
No i wiem że chłopaki wszystkie razem w tą podróż się wybrały, tylko znów ta niezdara postanowiła wszystko utrudnić :)

Nie obejrzałam jeszcze wszystkiego. Czeka mnie ostatnia część Hobbita, bo z racji niedawnej premiery jest jeszcze niedostępna poza kinem. Pomyślałam nawet o wybraniu się do kina, kto wie może nawet na wersję 3D, ale komentarze osób które ją już widziały, nie są powalające. Poczekam więc na inne nośniki :)
Władcy pierścieni zaliczyłam też półtora filmu, a i resztę nadrobię dość szybko, jednak zaczęły dręczyć mnie pewne wątpliwości i pytania. Liczę na to że odpowiedź jest gdzieś ukryta na stronicach książki,   jednak ze nie podejrzewam abym ją w najbliższym czasie czytała zwracam się z nimi do mojej Fanki
1. Dlaczego Hobbity mają takie nieproporcjonalnie wielkie stopy. Dlaczego również, skoro odczuwają zimno jak zwykli ludzie (sugeruje to inna, ciepła garderoba przy oziębieniu klimatu) na zimę nie chodzą w butach. Czyżby stopy nic nie odczuwały? Dupka marznie w ciepłym płaszczu a gołe girki hasają po śniegu bez  większych konsekwencji?
2. Czy krasnale nosy osiągają takie gigantyczne rozmiary dopiero  po osiągnieciu jakiegoś wieku? Następca krasnoludowego tronu oraz dwójka jego jeszcze młodych bratanków posiada normalnej wielkości narząd węchu. Mogłabym to zrzucić na królewskie pochodzenie, ale i ojciec i dziadek Thorina to właściciele ogromnych nochali.
3. Czy Legolas we Władcy Pierścienia jest już bardzo starym elfem? W Hobbicie patrząc na niego i Tauriel po samym tańcu ruchów (bo nie można tego nazwać samym poruszaniem się) i szybkości z jaką ganiają orki widać ze to elfy z krwi i kości. No we Władcy jest toporny i ciężki. Jak zwykły człowiek. Nie rozumiem również jakim cudem podczas tego biegania i poszukiwania porwanych niziołków człowiek jest w stanie dotrzymać mu kroku, ba, jakim cudem krasnal - stary, gruby, o dwa razy krótszych nogach, jest w stanie biec razem z nimi. Czy jest to w książce jakoś wytłumaczone?
4. Dlaczego Frodo,  pierwszej potomek linii Bilbo, jego syn, jest taki mało rozwinięty. Tata - trzymając pierwszy raz miecz w ręku umiał nim władać na tyle skutecznie, ze nawet stanął do walki z orkiem i poniekąd uratował krasnoludowego księcia. Walczył ze smokiem, miał dużo logicznych i pomysłowych pomysłów. A syn..... no niezdara..... kompletna sierota. Jak cos może pójść nie tak, to on to zaliczy,  na pewno. Czy Frodo nie ma jakiegoś błędu generycznego w swoim DNA? może jakiś czar czy co?
5. Gollum - no jedna wielka zagadka.  Liczę, że jeszcze przez te półtora filmu któe mi zostało dowiem się o nim trochę więcej. Póki co wiem tylko, że jest byłym elfem. ALe bardzo zastanawia mnie jego naturalna poddańczość. Patrząc na wszystkie elfy trudno zauwazyc u nich choć odrobinę takiej służalczości. To bardzo dumny, wyniosły ród z niezwykle wysoką samooceną. A Gollum'ek... plecy zgarbione, głowa zawsze nisko, do każdego zwraca się "Panie". No rozumiem, że obiecał służyć pierścieniowi bo go posiadając zdążył się uzależnić, ale służyć tej gapie Frodowi? I to służyć by pomóc pierścień zniszczyć? I czemu ma on rozdwojenie jaźni. Dlaczego dla niego jest ich dwóch?

Z niecierpliwością oczekuję na wyjaśnienie moich pytań i wątpliwości tymczasem wracam do świata magii do Mordoru

środa, 31 grudnia 2014

Jeszcze w lekko w świątecznym klimacie

Ponieważ jeszcze jesteśmy w samym epicentrum świąteczno-poświatecznej zakupowej gorączki postanowiłam dziś delikatnie o ten temat zahaczyć. Bo czy w ciągu całego roku jest lepszy moment do zadumy na temat  wpływu reklamy na nasze życie, od okresu przedwigilijnego czy powigilijnych wyprzedaży?
Nie bez powodu ozdoby choinkowe pojawiają się w centrach handlowych coraz szybciej.
Jeszcze nie tak dawno oburzano się na pierwsze niewinne wyglądanie, zza sklepowych regałów, mikołajowych czekoladowych główek zaraz po Święcie Zmarłych, bo przecież choinki wyrastały dopiero po magicznej wizycie bucianego Mikołaja. Pewnie, jak to na świętego przystało, podczas nocnej dostawy prezentów dla grzecznych posiadaczy czystych butów, gdzieś tam niechcący, przemycał na ubranku, czy nawet celowo, nasionka pięknie już ustrojonych choinek, które w dosłownie chwilę wyrastały na dostojne drzewka.
Ale w tym roku, już zaraz na początku listopada, wpadłam do wystrojonych, w kompletnie ubrane drzewka choinkowe, galerii handlowych. I to zdecydowanie nie była sprawka sympatycznego starszego Pana z ogromną białą brodą i w czerwonym ubraniu. Żaden przypadek.
Czyste, przemyślane, wyuczone i zaplanowane działanie marketingowe
Bo przecież każdy wie, nawet małe dzieciaczki, że reklama jest dźwignią handlu.

I tak na marginesie, chciałabym sobie pozwolić na pewna reklamową aluzję :)
Dzięki właśnie świątecznej reklamie chyba już wiem dlaczego część moich wiernych czytelniczek porzuciła Alior Bank. Bo na Boga, jaka dziewczyna z uśmiechem na ustach ma ochotę latać w firmowym uniformie po dworze , w nieporęcznym długaśnym szalu, z wielką łopatą i odśnieżać place, uliczki po to by ułatwić wzięcie pożyczki  - a co za tym idzie wyrobić swój miesięczny plan :P
Ale wracając do tematu...

Tak się jakoś stało, że i w mojej rodzinie postanowiono wykorzystywać "magię" świąt próbując dorabiać sobie na rękodziele. Takie ręcznie robione ozdoby, czy z okazji bożego narodzenia, czy przy okazji świąt wielkiej nocy mogą znajdować łatwiej nabywców. W końcu są unikatowe.
No i oczywiście, w tych przypadkach stosuje się najbardziej skuteczną formę dystrybucji czyli marketing bezpośredni.
Przecież nawet gdyby nie chciało się kupić takich gadżetów, lub przynajmniej się ich nie planowało nabyć, to dużo trudniej jest powiedzieć "nie" koleżance z pracy. W końcu w domu siedziała żeby to stworzyć, spakowała i przytaskała do pracy, w końcu cały następy rok będziemy prawdopodobnie dalej ze sobą pracować, siadać do śniadania, mijać w korytarzu, stać obok siebie na firmowych zebraniach..... no i nie można zapomnieć o tym co sobie inne/inni pomyślą, jeśli nic nie kupię.
To bardzo dobre rozwiązanie, niezwykle wydajne. Ma tylko jedną małą wadę.
Jeśli nie zmienia się drastycznie asortymentu, z roku na rok coraz trudniej znaleźć nabywców. Zresztą, nawet przy oferowaniu za każdym razem rzeczy nowych i świeżych rynek nabywców, tak czy inaczej, raczej prędzej niż później zostanie nasycony.
Bo można mieć w szafie trzydzieści sukienek i kupić trzydziestą pierwszą bez większych wyrzutów. Bo można być właścicielem osiemnastu par butów i mieć ochotę na kolejną. W końcu rok ma 365 dni  czyli najmniej dokładnie tyle okazji żeby ich użyć.
Święta natomiast to tylko dwa-trzy tygodnie w roku....ileż bałwanków, choineczek, gwiazdeczek, aniołków czy bombek można upchnąć w swoim niewielkim M a jeszcze te ozdoby cały rok trzeba gdzieś upchnąć w szafach....
Więc trzeba poszerzać rynki zbytu.
Jak to zrobić przy minimalnym wysiłku i nakładzie?
Media społecznościowe.
Można zakładać facebook'owe konta "nienawidzę reklamy ME" "jedno zdjęcie Lindy" "wszystko mnie wkurwia" to czemu nie założyć konta "ozdoby świąteczne" czy "bałwanki na Boże Narodzenie".
Lekko łatwo i przyjemnie. A jak konto założone, wystarczy tylko wrzucić kilka dobrych fotek dodać fajny, zachęcający do kupna komentarz. I to cała filozofia.
Tyle. Właśnie. Niewiele.
A jednak.....
Żeby zrobić ciekawy opis trzeba mieć najpierw na niego pomysł, pomysł który potem trzeba ubrać jeszcze w słowa. A to wymaga zaangażowania, wymaga czasu. Przecież gdyby to było takie proste i nieczasochłonne firmy reklamowo-marketingowe niemiałby racji bytu.
Potrzebne jest też dobre zdjęcie.
Bo samo zdjęcie nie problem zrobić w dzisiejszych czasach. Są aparaty, kamery, smartfony, telefony. Przecież zalewają nas właściwie takie zdjęcia umieszczane w internecie.
Fajne zdjęcie to coś więcej niż zwykła fotka czy niedbałe selfie z rączki. Żeby zrobić fajne zdjęcie potrzeba czegoś więcej niż tylko sprzętu fotografującego.

Bo oczywiście można tak:

 
 
 
Tylko czy taka "reklama" zachęca kogokolwiek do zakupu?
Może i poszło szybko, ale czy naprawdę zachęcająco?
Czy te zdjęcia proszą się o zakup?
W końcu przecież powinny - chęć posiadania przekłada się bezpośrednio na zarobioną kasę.
 
A przecież można było tak:
 



 

 
Ten sam produkt. Tylko ujęcie jakieś trochę inne.
Oczywiście wymagało to znalezienia odpowiedniego obrusa, kilku świątecznych ozdób, najkorzystniejszego ich ułożenia, odpowiedniego doświetlenia.....
Tak około trzy godziny pracy......
Można powiedzieć, że niepotrzebny burdel, niepotrzebne zamieszanie, niepotrzebna strata czasu....
 
Ja jednak wolę myśleć, że jeśli już coś się robi, szczególnie jeśli może to pociągać za sobą osobiste finansowe profity, warto włożyć w to odrobinę serca.
Nie cierpię odwalania popeliny. Jak się już za coś bierzesz to rób to w stu procentach.
Jeśli się do czegoś zobowiązujesz, to poświęć temu swój niezwykle cenny czas i się zaangażuj.
 
A tak przy okazji to również dowód na to, że nie ma niefotogenicznych kobiet. Po prostu czasem to wina braku zaangażowania, braku pomysł  lub zbyt mało poświęconego nam czasu przez fotografującego.
Moim skromnym zdaniem oczywiście :P