wtorek, 28 lipca 2015

Statystyka bloga czyli ślubne klimaty na TOP'ie

Niewiarygodne, ale nie wiem czy przypadkiem nie znalazłam swojej niszy.....
Ja, wieczna singielka, królowa lodu.....
I to w ślubno/weselnym temacie :)

Dlaczego tak myślę?
Liczby mówią same za siebie:


Oczywiście Francję i Turcję traktuję jako jednorazowe zagubione duszyczki, które zjawiły się przez przypadek i zdecydowanie tu nie wrócą. Ale 19 wejść jest z  samej Polski przez jeden dzień!
Aż złapała mnie trema że mam więcej niż dwie czytelniczki.


W tygodniu aż 100 wejść na dwa ostatnie wpisy o tematyce ślubnej.

Może jeszcze nie książka, ale zdecydowanie musi się tu pojawić jeszcze jeden wpis w temacie potencjalnych wpadek :)

WOW !!!!
Przepraszam, ale z wrażenia muszę dojść do siebie :D

poniedziałek, 27 lipca 2015

ach co to był za ślub !!! :)

Właściwie czy bez względu na to jaki był czy w ogóle chciałabym tak napisać  o cudzym ślubie?

Myślę że tak.  Powiedzmy że z wyboru jestem takim trochę dyżurnym gościem weselnym więc trochę w tym temacie się już przeżyło, ale do tej pory żaden nie tylko że nie spełniał moich marzeń, ale nawet oczekiwań. Nie wiem, być może to syndrom niezrealizowanej panny młodej której nic nie zadowoli, ale to co było mi dane zobaczyć i przeżyć zupełnie bajki nie przypominało, a niestety było mniej niż satysfakcjonujące. I dla odmiany fajnie byłoby przeżyć taki bajkowy ślub, nawet jeśli miałoby się być tylko złośliwą, brzydszą siostrą panny młodej-królewny a czy jej dalszą kuzynką trzecioplanową. Byleby stać  się częścią takiej bajki.
Jak się okazuje, ślub cywilny z samego faktu bycia ślubem cywilnym przekreśla bajkowy pierwiastek już na samym początku - oczywiście to tylko i wyłącznie moja opinia i moje zdanie. Ale zaufajcie mi, tak właśnie jest :P. Jednak co mnie zaskoczyło, czego nigdy wcześniej bym nie przewidziała - tą ceremonię wypadałoby również zaplanować i to w każdym detalu, bo można sporo schrzanić i zaliczyć jeszcze więcej wpadek.....  Człowiek uczy się całe życie :)
Moja osobista historia z tym typem ślubu jest o tyle jeszcze trudniejsza że akurat zawiadomienie o nim bardzo skutecznie zdystansowało mnie do samej  uroczystości. I nie tyle zawiadomienie jako forma zaproszenia,  co rozterki dotyczące ewentualnego pojawiania się lub nie w urzędzie, co z kolei pociągnęło za sobą przeczytanie tych dziesiątek  idiotycznych forów poświęconych ślubom i prawie nic nie wnoszących ślubnych blogów. Powiem to raz jeszcze: irytujące doświadczenie.
I ponownie dam wyraz zdziwieniu  że taki potężny biznes do internetu podszedł wyjątkowo po macoszemu, ale może u nas na to jeszcze za wcześnie.
Wracając jednak do mnie. Jak już wcześniej Wam pisałam zdecydowałam się tam pojawić. Jak się okazało jako jedyny przedstawiciel tej strony rodziny.
Naturalnie nie dziwię się pozostałym, sama miałam dużo wątpliwości, które nie opuściły mnie do samego końca. Na prawdę trudno było się domyślić co nadawca miał na myśli wysyłając same zawiadomienia pocztą, skoro w zasadzie to można je było roznieść pieszo i wszystko wyjaśnić/rozjaśnić. I żadnym wytłumaczeniem jest tutaj natłok pracy i obowiązków bo zarezerwowanie miejsca na uroczysty obiad dla części rodziny czy terminu w urzędzie nie jest zajęciem aż tak strasznie czasochłonnym  wymagającym tak ogromnego zaangażowania. Również, jeśli nie wstydzisz się zapraszać najbliższą rodzinę na sam ślub dokumentem, nie widzę powodu dla którego należałoby wstydzić się zrobienia tego samego w formie ustnej-bezpośredniej. A tak, okazało się że dla sporej części rodziny taka forma zawiadomienia wrzucona do skrzynki odebrana była jako lekceważąca i dyskwalifikująca do pojawienia się w urzędzie, co rozumiem. Osobiście uważam że tak potraktować to sobie można kumpla ze szkoły, równolatkę z podwórka czy koleżanki z pracy, ale nie najbliższe ciotki starsze o przynajmniej dwie dekady. Tak po  prostu nie wypadało zrobić. Jednak, zakładając że intencją była oczywiście CHĘĆ zaproszenia wszystkich na samą ceremonię zaślubin, moim zdaniem rozegranie z zawiadomieniami było  "tylko" lub "aż tylko" słabe,  natomiast świadczące jedynie o poziomie rodziców z nowożeńcami. Zdarza się.
Już tak całkowicie na marginesie, mówi się ze pycha kroczy jeden krok przed upadkiem, zatem jeśli ktoś jest święcie przekonany o swojej świetności, inteligencji i wyższości nad przeciętnymi szarakami-robolami-głupolami może czasem zaliczyć wpadkę.
Ja postanowiłam pojechać. Szczęśliwe dla mnie, im bliżej było ślubu tym lepiej czułam się z podjętą decyzją. To że rodzice panny młodej to głupie, zawistne wieśniaki, tak złośliwe i wredne że nie potrafią tego ukryć, bezczelne kłamczuchy, złodziejskie nasienie, to inna kwestia. Dzieci jednak nie ponoszą odpowiedzialności za słowa i czyny rodzicieli, szczególnie że w nie tak znowu dalekiej przeszłości  zdarzało nam się spotykać od czasu do czasu i to nie tylko na imprezach rodzinnych. Nawet pomimo, moim zdaniem, ewidentnej wpadki z zaproszeniami/zawiadomieniami.  I właśnie ze względu na te stare dobre wspomnienia postanowiłam towarzyszyć nowożeńcom w tak ważnej dl nich chwili.
Tym bardziej, że przynajmniej teoretycznie, kłopotów z samym wybraniem się na ceremonię nie przewidywałam. Szafa szczęśliwie  kryje kilka "uroczystych" zestawów ubrań na nieoczekiwane wydarzenia, z butami tez nie powinno być żadnego kłopotu  a cięte kwiaty mogę dostać na miejscu.
I to na tyle, jeśli chodzi o teoretyczny brak problemów J. Tu zacznie się jazda. Nie uprzedzając jednakże faktów.
Kilka dni wcześniej, przezornie, bo z tym mam trudności, skompletowałam sobie ubranko. Zdecydowałam się na zestaw sukienki nieco bardziej odświętnej ze zwykłym dzianinowym sweterkiem, a do tego sandałki na lekkim obcasie. Nic nadzwyczajnego, nic ekstrawaganckiego.  W końcu byłam tylko osobą zawiadomioną, nie należało więc odwalać się jak struś w Boże Ciało. Internet podpowiedział  kilka szybkich i łatwych fryzurek z lichych włosów- to zdecydowanie moja pięta achillesowa - i dzięki Bogu J.
Dwa dni przed ślubem wybrałam się na zakupy. Miałam wybrane w internecie wzory ładnych wiązanek, na których miałam się wzorować przy tworzeniu własnej, sprawdziłam i zaklepałam dostępność kwiatków na wieczór przed uroczystością, kupiłam wstążki i organzę . Wściekłam się tylko bo nie dostałam losów, które miałam dołączyć do kartki. Nie dość ze zmarnowałam  dziesięć minut oczekując przy kasie na kogoś z obsługi w interku, kasa z alkoholem zawsze jest tam pusta :/, to jeszcze babsztyl po takim czekaniu powiedział ze system do losów się zawiesił więc mogę się bujać.
Ani przepraszam, ani informacji jak długo może to jeszcze potrwać, ani nawet próby obejścia problemu. Tyle w temacie nasz klient nasz pan, ale na co ja liczyłam skoro AŻ DWA razy grzecznie poprosiłam inną kasjerkę o przywołanie kogoś na stoisko. Trzeba było siedzieć cicho i posłusznie, z załadowanym po szyję koszem, licząc że się Pani szanownie pojawi sama, w odpowiedniej dla niej porze.  Oczywiście mogę być tylko zła na siebie że raz: domagałam się obsługi, i dwa:  że nie zaszłam po drodze do Kolportera, przecież tam też sprzedają takie pierdoły. Ale jak się ma na głowie rowerową drogę powrotną do domu i górę zakupów, której nie ma się pojęcia jak zapakować do jednego malutkiego koszyczka, trudno  o myślenie kompleksowe. Założyłam że w drodze do urzędu po prostu zajadę raz jeszcze po losy, licząc tym razem na więcej szczęścia.
W piąteczek wieczorem jeszcze posprzątałam, w końcu nikt przy zdrowych zmysłach nie zabierałby się za pucowanie podłogi ze świeżo malowanymi pazurami, prosto po tak wzniosłej chwili zaślubin. Zajęło mi to więcej czasu niż planowałam (jak zwykle), ale przed północą mogłam spokojnie wleźć do wanny, namoczyć giry, zeskrobać pięty i ogolić co nieco. I dzięki Bogu że to zrobiłam. Zastanawiałam się jeszcze nad farbowaniem głowy, ale że noce teraz takie gorące, a po farbie walę zawsze za dużo odżywki na włosy, nie wiadomo było co bym zastała na głowie dnia następnego. W to miejsce maznęłam pazurki lakierem. I po raz kolejny dzięki Bogu.
Ponieważ tak mam że najgorętsza woda leci u mnie zawsze o pełnej, ustaliłam sobie farbowanie na trzy godziny przed uroczystością, fryzurka na youtube zajmowała autorce pięć minut, makijaż w moim wykonaniu też nie trwa więcej niż dziesięć, reszta zaplanowana i przygotowana w każdym szczególe, muszę tylko ułożyć bukiet, i spokojnie się wyrobię.Nic bardziej mylnego bo właśnie  od tej chwili zaczęły się problemy. Zamiast ruszać z farbowaniem musiałam zatrzymać się na małą pogadankę na temat zdrowego odżywiania i detoksykacji organizmu. Jakby akurat teraz to był temat najistotniejszy. A to był zaledwie początek, bo co bym powiedziała na towarzystwo podczas ceremonii?. Trochę się tego nie spodziewałam, szczególnie że wcześniej nie było mowy o wybraniu się razem ze mną, ale co tam, przynajmniej nie będę musiała stać w urzędzie samotnie jak palant, czy raczej palantka,a samochód jest zarejestrowany na pięć osób, miejsce siedzące się znajdzie. Tylko nie każ mi dyskutować na ten temat, no nie teraz.
Włosy farbnęłam, gąbką siebie wyszorowałam, połysku balsamem z brokatem nadałam, ruszyłam do bukietu. No i tutaj kolejne zaskoczenie. Bo bukiety teraz mają być dwa. Niby żaden problem, tylko surowca jakoś tak brak, nie wspominając o koncepcji, bo bukiety muszą być przecież różne (???). A może by jeszcze tak dodać coś z balkonu? Mamy piękne liście, czarujące dzwoneczki.....
 Spoko, jestem za, tylko że trzeba to jakoś przejrzeć, powycinać, poprzycinać a obie jesteśmy w gaciach i z ręcznikami na głowie. No i jedna z nas na dodatek nie ma jeszcze pomalowanych paznokci, bo oczywiście w  tym momencie moja jedna warstwa położona przed snem naturalnie stała się pełnym manikiurem i pedikiurem.
No to lecę po szlafrok, bo sąsiedzi nie muszą koniecznie zaczynać dnia od obrazka mnie w samej bieliźnie, i czuję tylko jak puszcza mi lewe silikonowe ramiączko od stanika. Jedna lekko nadwisająca pierś pod szlafroczkiem to jeszcze pikuś, gorzej będzie z sukienką wyjściową. Kwiaty nacięte, końcówki włosów zdarzyły się przez ten czas w ręczniku przesuszyć, stanik wisi niesymetrycznie, a ja zaczynam delikatnie odczuwać presję czasu. Każdy kwiat inne długości, wszystkie z niepoobrywanymi liśćmi (następnym razem to będzie pierwsza rzecz jaką zrobię przynosząc kwiaty do domu) z domowego kwiecia wyskakują żuczkowe niespodzianki. I dwie, różne wiązanki na głowie. Sięgam do wiadra z wodą i kwiatami raz, drugi, trzeci, czwarty i czuję że się to dla mnie źle skończy. I skończyło. Badziewny lakier odleciał z części paznokcia. Szlag by to trafił. Akurat dzisiaj.
Czas leci nieubłaganie, wiązanki mniej więcej ułożone, ja w międzyczasie wysłuchuję oczywiście szczyptę krytyki, że nie mam wyobraźni, że dwa bukiety są i tak do siebie podobne. A jak mają podobne nie być, skoro mamy te same  rodzaje kwiatków, w tych samych kolorach. I tak jeden jest długi i niesymetryczny, a drugi malutki i tworzy kopułkę. Nie zgadzam się z krytyką i nie przyjmuję jej więc mężnie w ciszy. Wręcz przeciwnie, pozwalam sobie na małą acz dosadną wymianę zdań. Robi się gorąco, czasu coraz mniej. Wstążki i organza poczekają, w najgorszym wypadku można z nich zrezygnować. W tym momencie priorytetem staje się problematyczny stanik, brak fryzury i niewyjściowa, niezrobiona twarz.
Ramiączek silikonowych w domu na szczęście jest więcej, na nieszczęście żadne nie pasują do stanika, bo to co że ten sam rozmiar, bo to co że ta sama firma, bo to co że ten sam fason, ale kolor inny i okazuje się że czarne staniki Triumpha mają nieco większe haczyki przy ramiączkach niż białe. Na oko tego nie widać, ale za cholerę nie wejdą w nieswoje uszko. Zmarnowane, tak cenne, pięć minut szarpaniny i nierównej walki,  ale co tam, jest pomysł jak to obejść. Zakładam spowrotem białe haczyki i postanawiam urwane (a dokładniej rozklejone) ramiączko związać na supełek. Ekstremalne sytuacje wymagają ekstremalnych rozwiązań. Oczywiście  ekstremalne rozwiązanie wytrzymuje trzydzieści metrów, trudno, pójdę z cyckiem lekko zwisającym. Włosy koszmarne, na szczęście pamięć lepsza, mniej więcej fryzura zostaje odwzorowana. Przy okazji wielkie dzięki opaczności za zakup trzy lata temu ozdobnej spineczki, pasuje jak ulał do żółtego sweterka i jeszcze ratuje a'la koka.  Makijaż to pestka ale zaczyna dolatywać do moich uszu niezadowolenie i lekkie rozczarowanie brakiem profesjonalnego pazłotka do kwiatów, no i nie ma dobrych nożyczek czekających obok wstążki. Przynoszę nożyczki, wracam do makijażu. Guła, nie przygotowałam również szpileczek które także natychmiast muszę donieść. Jest dwadzieścia minut do ceremonii a ja półnaga, bez wypisanej kartki (dlaczego do diabła nie wypisałam jej dwa dni wcześniej !!!!!!) i wykończonego bukietu. W tym momencie jasne jest, że o kupieniu losów mogę zapomnieć. Niech piekło pochłonie niekompetentne złośliwe ekspedientki i pół ekipy interka. Bardzo zirytowana, cały czas kontynuując pyskówkę na temat jak gwiazda nie potrafi się nigdzie wybrać na czas, jak gnije do dwunastej, jak królewna musi być zawsze królewną, w pośpiechu wrzucam do torby fatalnie wypisana pamiątkę i biżuterię. W końcu 10 minut drogi autem to czas na doubranie się. Wrzucam lakier (być może uda się jeszcze przelecieć paznokieć), wykańczam mój bukiet i ….. wracam żeby zamknąć drzwi w kuchni bo Pani woli stać i mi dowalać, zamiast zrobić coś pożytecznego. Wyjeżdżam autem, Pani w tym samym czasie stoi bezczynnie i czeka a drzwi zewnętrzne same się zamkną….. cóż, nie zamkną.
Kolejna cenna minuta. Na samochodowym zegarze jest 12:49. Jeśli nie ma korków, przy dobrych wiatrach do centrum zwykle docieram w dziesięć minut. Pod warunkiem oczywiście że ulice będą puste, że światła będą mi sprzyjały, że bez problemu znajdę miejsce pod urzędem stanu cywilnego  no i najważniejsze, że  przejazd kolejowy będzie otwarty, z boską pomocą może uda mi się przebyć tą trasę dokładnie w te dziesięć minut. Minutkę daję sobie na dojście i wejście.
Zwykle staram się Bogu dupy nie zawracać swoimi pierdołami. Jest problem głodu w krajach afrykańskich, ataki terrorystyczne, kataklizmy pogodowe, klęski żywiołowe, jednym słowem problemy ważne i istotne dla tysięcy, a nie dla jednej osoby która dach nad głową ma, i póki co w lodówce też zawsze coś leży. Jednak kiedy się już do niego zwracam o pomocą, to zawsze jest to absurdalnie głupia prośba, niegodna nawet jego interwencji. Dziś prosiłam o otwarte tory. Dostałam. Dwie "L" po drodze także, na szczęście szybko skręcały więc mogłam się rozpędzić (oczywiście do przepisowej pięćdziesiątki :P). Pomarańczowe światła zaliczam do zielonych, płatny parking pod urzędem w soboty nie obowiązuje, z auta wysiadłyśmy o 12:59.
W zasadzie rzutem na taśmę, tak jak weszłyśmy do urzędu tak nie zwalniając zatrzymałyśmy się w sali ślubów do której już wszystkich spędzano.
Udało się. I tyle na temat przygód, planowania czy relaksujących przygotowań do ważnych uroczystości choć niezakupienie tych nieszczęsnych losów, staje się moją prawie życiową porażką.
Wracam zatem do samego ślubu.
Pierwsze co mnie zaskoczyło niepozytywnie to sala ślubów. Zdaję sobie sprawę z tego  ze odkąd jst możliwość brania ślubu konkordatowego akurat to pomieszczenie nie jest już tak często eksploatowane, jednak….  Sala jest stosunkowo malutka, dla mnie zbyt mała. To nie problem w przypadku cichych anonimowych ślubów, ale jeśli niewierząca, bądź tylko niepraktykująca osoba chce mieć weselicho niekościelne, za żadne skarby nie zmieści średnio 60 osób (to taka minimalna liczba gości przy weselichu) w tym pokoju. Druga sprawa to brak klimatyzacji. Akurat miałam to nieszczęście (dlaczego spotyka to zawsze mnie?!)  usiąść przed kobietą (dokładniej kobieta usiadła za mną) pewnie w okresie klimakterium. Dosłownie słyszałam jak przez całą ceremonię albo wycierała pot z twarzy i karku chusteczką albo sapała w trakcie wachlowania się.
A sama ceremonia trwała może z dziesięć  minut.
No właśnie. Dziesięć minut?
Na mszach kościelnych często, co mi się bardzo nie podoba, księża przeginają z kazaniami. I tak wiadomo, że przy dodatkowych obrzędach msza znacznie się wydłuża, po jakiego więc grzyba klepać dwudziestominutowe kazanie przeważnie jeszcze nie na temat miłości pięknej i czystej, czy pary młodej. I tak przecież dostają stałą stawkę  z góry za robotę a nie płaci się im za przepracowane faktycznie minuty.
Za to urząd przegiął w drugą stronę. Tylko dziesięć minut? Naprawdę?
Zupełnie nie świątecznie, zupełnie nie doniośle. Niby z głośników poleciała nawet Ave Maria, marsz Mendelsona i jeszcze jeden ślubny pzebój, ale już sam za siebie mówi fakt, że nawet nie pamiętam co to było.
Żadnej takiej uroczystej oprawy. I co po Ave Maria skoro młodzi siedzieli już dawno na krzesłach, jeszcze zanim goście zostali wpuszczeni na salę. Pewnie połowa z nich zajęta była najwygodniejszym rozmieszczeniem tyłka na siedzeniu i nawet tego nie zauważyła. Pani prowadząca, zapewne  zgodnie z protokołem, po wyjątkowo krótkim zapytaniu czy młodzi są świadomi swojego czynu przeszła od razu do przysięgi. Gdyby nie fakt że czekałam na usłyszenie znajomego mi głosu panny młodej w celu jej identyfikacji - do tamtej pory widziałam ją tylko od tyłu, mogłabym nawet nie zauważyć że właśnie składają przysięgi. Znów krótka czytanka, której treści w zasadzie nie pamiętam, założenie obrączek, kiss, kiss i szeptem informacja do młodych że w poniedziałek akt będzie do odebrania w urzędzie. Potem przejście do równie małego pomieszczenia przeznaczonego do składania życzeń. Tym razem Pani zza pleców ustawiła się dwie osoby przede mną i od tej chwili miałam "przyjemność" oglądania jej na tyle spoconego karku, że połowa włosów była mokrutka od potu. Naturalnie znów bez klimy. Kolejka szczęśliwie nie dłużyła się za bardzo, poszło dość sprawnie, każdy gość otrzymał kieliszek szampana, pan młody podziękował ogólnie za frekwencję, ktoś delikatnie poprosił o ustawienie się do zbiorowego zdjęcia. Na szczęście/nieszczęście sala jest wąska więc pierwszy rząd składający się z pary młodej, świadków i najbliższej rodziny skutecznie zakrył gości ustawionych w kolejnych dwóch rzędach. No i fotka, tylko jedna (?) Mi akurat rybka. Tak czy siak jako zawiadomiona nawet nie zobaczę jej na oczy, a że twarz posiadam niezbyt fotogeniczną to dobrze że ją zakryto J. Pozostało tylko żenujące wyjście z urzędu, przy którym żenujące żarty prowadzącego familiadę to szczyt subtelności i wyrafinowania.
No i zostaje najważniejsze pytanie tego dnia: czy miałyśmy się tam pokazywać czy zdecydowanie niekoniecznie.
Ja osobiście nie żałuję, nawet bardzo się cieszę że zdecydowałam się tam wybrać.  Ze wszelkimi konsekwencjami i następstwami  mojej decyzji, choć muszę przyznać że dość dziwnie czułam się ulatniając  po ceremonii. Tak, to dobre określenie na sposób w jaki rozeszli się zawiadomieni.  Oczywiście wiedziałam na co się piszę idąc tam na zasadach informacji wysłanej przez parę młodą, jednak uważam że tak czy siak,  zabrakło trochę taktu na sam koniec. Na szczęście czy nieszczęście wobec wszystkich zawiadomionych bez wyjątku.
Również spokojnie mogę powiedzieć że byłyśmy gośćmi zdecydowanie nieoczekiwanymi i nieplanowanymi na tą uroczystość.  Dodatkowo, tym pojawieniem się dosłownie na ostatnie sekundy, 15 sekund później drzwi sali ślubów byłyby zamknięte :), nie dałyśmy nikomu czasu na przygotowanie się do tego, czy chociażby  nawet przekazanie informacji tym najbardziej zaangażowanym że przybyłyśmy. Niewątpliwie stałyśmy się niespodzianką, ale jak wiemy niespodzianki nie tylko bywają miłe i sympatyczne, czasem wręcz przeciwnie.
Pannie Młodej na nasz widok wyrwało się że ooo! nie spodziewała się że przybędziemy, ale nawet nie podejmę się odczytania intencji z tonu głosu. Jasne było tylko zaskoczenie. Przy moich życzeniach zaskoczenie zostało powtórzone, oczy zaczęły robić się wilgotne, a panna młoda sama zauważyła że się rozkleja.  Znów, poza ewidentnym zaskoczeniem, trudno było wnioskować cokolwiek innego z tonu wypowiadanych słów. Równie dobrze mogła być to nieoczekiwana radość na nasz widok - wiem, wiem jestem niepoprawną romantyczką :) - ale równie dobrze  mogło być to spowodowane natłokiem wrażeń i nieco przemęczeniem materiału, bo  byłyśmy na finiszu życzeniowej kolejki. Szczególnie ze Panna Młoda jest już w widocznej gołym okiem ciąży, zatem hormony rządzą i łzy mogły być po ludzku wynikiem ciążowych wahań nastroju.
Na tym cały kontakt z parą nowożeńców ale także ich najbliższą rodziną się zakończył, pomijając trzykrotne informowanie mnie bardzo jasno, głośno i wyraźnie że chrzestni będą zabrani przez ojca panny młodej. A co mnie to interesuje???!!!! No chyba że ktoś założył, że skoro się tam już i tak pojawiłam to mogę próbować równie dobrze wkręcić się na uroczysty obiadek wykorzystując patent podwiezienia chrzestnych do restauracji......
Dla mnie żenada, szczególne że jeszcze niedawno na porządku dziennym było wspólne piwkowanie, grillowanie, czy towarzyskie spotkanka bez powodu.....
Przed urzędem postałyśmy jeszcze sporą chwilę, już w wersji znacznie okrojonej, ponieważ ojciec Panny przygotował dosłownie "wystrzałową"  niespodziankę, a Panna zaginęła w budynku i za żadne skarby nie chciała wyjść. Kto wie, może siku, może koleżanki, może ważna wymiana zdań z rodzicielką. Ostatecznie, po kilku minutach w drzwiach się pojawiła, dwie tuby wystrzeliły, ze schodów świeżo upieczeni Małżonkowie zeszli, udali się w stronę swoich aut a my w swoich.
I stąd niesmak oraz wątpliwości. Oczekiwałam wcale nie jakiegoś specjalnego traktowania czy wylewnej pogawędki, ale rzuconego nawet zza pleców słowa dziękuję, fajnie że wpadliście, niekoniecznie od samej Młodej Pary, akurat oni mogli być poważnie zestresowani, ale wtedy od tego ma się rodziców.  Przecież nie mówię o umówieniu się na odwiedziny i poweselne ciacho czy podobną zażyłość, zwykłe niekosztujące ani kasy ani wysiłku: dziękuję, było miło, było fajnie, sprawiliście nam niespodziankę.
A może jednak królewna, czyli ja, oczekiwała zbyt wiele?
Z ogromną ciekawością czekam na Wasze reakcje, sugestie i Wasz punkt widzenia. Liczę na gorącą wymianę zdań, nawet jeśli wiązać się to będzie z krytykowaniem mojego myślenia.
A tak na sam koniec taka okołoślubna dygresja.
Na rynku wydawniczym półki dosłownie uginają się pod ciężarem poradników jak być sexi mamą, jak być sexi mamą bliźniaków, jak być sexi blogerką, jak być sexi szafiarką, jak być sexi fitnes guru, jak być sexi alkoholiczką wychodzącą z nałogu, wiadomo już nawet jak sexi jeść bezy, ale nikt nie napisał poradnika jak uniknąć wpadek na własnej ceremonii ślubu.
Może to miejsce właśnie dla mnie? " Ach co to był za ślub, czyli jak uniknąć wpadek i zminimalizować ryzyko klęski" napisane przez Dexi  :P
 
 
 

czwartek, 23 lipca 2015

Ślubny savoir vivre

Dostałam zawiadomienie o ślubie.
Sytuacja niby jasna, niby prosta, a jednak.......
jak to oczywiście u mnie bywa.  :)

Zacznę od początku.
Ostatnio znalazłam w mojej skrzynce zawiadomienie o Ślubie. Dosyć późno, bo zaledwie na półtora tygodnia przed uroczystością, ale co się będę czepiać terminów, wredna nie jestem :P. Zawiadomienie wysłała moja kuzynka z pierwszej linii kuzynostwa a dzieli nas dosłownie niecałe 15 kilometrów od drzwi do drzwi.
Żeby sprawę jeszcze skomplikować jest to krew z krwi, nasienie z nasienia wujka "niedokońca szczerego" przy podziale majątku po swoich rodzicach,  tego samego, który wyjątkowo wyraźnie zdystansował się i odciął do swojego rodzeństwa, a szczególnie nas.

Gdyby takie zawiadomienie trafiło do mnie  od szkolnej koleżanki, ulubionej sąsiadki czy psiapsióły z pracy nie byłoby wątpliwości. Mam ochotę, zakładam mój kapelusz z ponad półmetrowym rondem, ubieram kiecę i do kościoła lecę. Nie mam ochoty, zostaję sobie w domku, spędzam czas nad jeziorem czy szalonych zakupach.
Tak czy inaczej intencja takiego zawiadomienia jest dla mnie jasna. Lubię cię, będzie mi miło jak wpadniesz na mój ślub, ale jak nie masz ochoty lub jesteś zajęta to cię nie znienawidzę i nie będę ci miała tego za złe.

Ale kuzynka? Najbliższa? Zawiadomienie? I to pocztą?
Naszły mnie wątpliwości. Na tyle duże że postanowiłam podeprzeć się wujkiem google.
A tam jeszcze gorzej........
Po pierwsze do tej pory myślałam że na ślub się zaprasza - czyli pakiet kościoła z imprezą weselną i poprawinami, oraz o ślubie się zawiadamia - czyli jest zaproszenie na udział w mszy, życzenia po, i na tym koniec oficjalny (niewykluczone zaproszeni na poprawiny, ciacho w tygodniu czy piwko w pubie). I zamiast sprawę rozjaśnić tą internetową lekturą, jeszcze bardziej sobie to skomplikowałam.
Nie wiem czy wyniknęło to z ubogości używania języka polskiego przez blogerko-forumowiczki, czy znacznej ich nieprecyzyjności w jego używaniu, ale doszłam do wniosku że opcje są trzy:
- zaproszenie na wesele - kościołek, imprezka z żarełkiem i poprawiny (na zaproszeniu jest info o czasie i miejscu ślubu oraz imprezy weselnej)
- zaproszenie na ślub - kościółek, życzenia, do widzenia (na zaproszeniu jest info o czasie i miejscu ślubu),  ale chętnie zobaczę cie dnia następnego na poprawinach, albo u mnie na ciasteczku, obiadku, podwieczorku czy winku
-zawiadomienie o ślubie - mam cię w dupie, ale będę udawać osobę kulturalną i na poziomie więc cię informuję że się chajtam ale nie chcę żebyś swoją gębą ruinował/a mi ten dzień.
Przyznaję że czasem opcja nr 2 i 3 są łączone i używane zamiennie, ale nie zawsze, i zdecydowanie z różnymi intencjami. Bo zdarzały się wpisy w których panie wysyłały zawiadomienia/zaproszenia na ślub znajomym, dalekim krewnym i przyjacielom licząc (mając wielką nadzieję) na ich przybycie i wspólne świętowanie przyjmowania sakramentu małżeństwa. Tutaj często dołączane było również wyjaśnienie, że ślub to jednak wydatek, że sponsorowany przez rodziców, więc aby ich nie naciągać na dodatkowe koszty, listę weselną należało okroić do minimum, ale za to z zawiadamianymi często umawiają się na późniejsze świętowanie na poprawinach, w pubach, czy wspominanych już wcześniej zaproszeniach na obiad czy ciasteczko po całym weselisku.
Ale pojawiło się równie dużo  komentarzy z informacją że zawiadomienia wysyłane były tylko po to, by nikt z chamskiej i wiecznie narzekającej rodziny nie wypomniał kiedyś że o ślubie nie został poinformowany, ale za żadne skarby nie chce się ich oglądać tego dnia.
I bądź tu mądry.

Z tej desperacji wlazłam na strony ślubnych poradników w poszukiwaniu dokładnych definicji zaproszeń i zawiadomień, zasad ich wysyłania i tego co je różni.
Jeśli mowa tam o zawiadomieniach to pojawiają się zazwyczaj w kontekście znajomych, dawno nie widzianych przyjaciół, dalekiej rodziny czy sąsiadów i powinny oznaczać gorącą wolę dzielenia się wielką radością tego dnia z wszystkimi zapraszanymi i zawiadamianymi.
No po pierwsze z kuzynką pierwszej linii mimo wszystko czuję się rodziną bliską, a po drugie  nie mam ani odrobiny odczucia że w moim przypadku jest chociażby lekko ciepła wola dzielenia się tą chwilą z zawiadamianymi.
Niewiele mi to rozjaśniło....

Można się jeszcze postawić w sytuacji teoretycznej panny młodej.
W końcu pewnie przeważająca większość dziewczyn ma taki czas w życiu kiedy przynajmniej zastanawia się nad swoim wymarzonym ślubem.
Ja taki czas też miałam. Dawno, dawno temu, ale miałam. I choć było to z jakąś dekadę temu dobrze to pamiętam.
U mnie od początku huczne i tłoczne wesele odpadało. Nie żebym nie chciała paradować w królewskiej sukni i czuć się najważniejszą osobą na planecie, po prostu górę wzięły względy praktyczne.
Musiałaby być to impreza idealna, perfekcyjna, dokładnie taka jak to sobie wymarzyłam. Od zastawy na stole, kształtu serwetek, koloru świeczek, odległości poszczególnych wazoników i miejsca ozdób na stole, po miejsca wieszania balonów, udekorowania krzeseł czy miejsca dla pary młodej.
Nie życzyłabym sobie żadnej podpitej osoby. Zataczający się wujek czy nieco pod wpływem "odważniejsza" i podnosząca kiecę do góry ciotka mogłaby zepsuć mi humor na cały wieczór, tak samo dzieciary dla których wspaniałomyślni goście weselni zrywali balony niszcząc tak misternie przemyślaną i przygotowaną dekorację sali. Nierozwiązywalnych problemów było więcej. Niedorzeczne skandowanie "gorzko" za każdym razem, gdy któryś z gości poczuje ochotę wychylenia kolejnego kielicha wymuszając jakiś barbarzyńsko grubiański obyczaj całowania się młodych na komendę. Obowiązkowe obtańcowywanie każdego gościa płci przeciwnej. Rozumiem, że ten przystojniak obok mnie właśnie przysięgał przy wszystkich że na zawsze, że do końca życia, że w szczęściu i chorobie i że będę miała setki okazji na wspólne tańcowanie, ale czy nie mam prawa również przetańczyć z nim mojego najpiękniejszego dnia w życiu? Durne, ckliwe i absolutnie nie na miejscu i nie w tym czasie podziękowania dla rodziców. Jeśli kochany poczuje taką potrzebę może całą resztę życia obsypywać teściów kwiatami czy podarunkami za skarb który mu wychowali. Ale na weselu? I potem te zdjęcia czy fragment filmu z wykrzywionymi w grymasie płaczu twarzami, spływającą ze łzami maskarą, obsmarkaną połą marynarki, a jeszcze nie daj Boże wystającą osmarkaną chusteczką z kieszeni, bo kto by w tak wzniosłej i wzruszającej chwili skupiał się na całkowitym i poprawnym schowaniu smarków do kieszeni.
Oczywiście niedorzeczności weselnych mogłabym jeszcze wymieniać ale nie o to w dzisiejszym wpisie chodziło.
Moje zawarcie związku małżeńskiego musiałoby być równie skromne o ile nie skromniejsze niż to o którym zostałam powiadomiona. Dlatego myślałam o naprawdę kameralnej i cichej ceremonii zaślubin, może nawet bez rodziców. Ja, kochany, niezbędni ustawowo czy kodeksowo świadkowie (w tej roli siostrzyczka, przyszły szwagier, najlepszy kumpel czy siostrzany facet) i koniec. Potem obowiązkowy tour po rodzinie, przedstawienie kochanego mężusia i jakiś rodzinny spęd na ogródku a najlepiej dwa dla każdej ze stron osobno. Dla każdego z nas byłby czas poznać dobrze nową rodzinkę a stojąc przy grillowanych kiełbaskach nie miałabym już potrzeby zarządzania, kontrolowania i dążenia do perfekcyjności tego wydarzenia.
Ale zupełnie nie wyobrażam sobie wysyłania zawiadomień o ceremonii i to jeszcze pocztą do bliskiej rodziny nie przedstawiając nawet faceta który ma być drugą najważniejszą osobą tego dnia.
No jakoś mi to nie gra. Na dodatek nadal nie wiem co zrobić.

Zostaje mi postawić się w jej sytuację, choć to trudne, bo od ponad trzech lat nie zamieniłyśmy słowa.
Rozumiem że ślubu w ogóle nie chciała i nie planowała. Uważam że branie go tylko po to by zadowolić rodziców czy jednego rodzica jest kiepskim pomysłem, ale jej sprawa i jej decyzja.
Postawiła na skromne przyjęcie dla rodziców, rodzeństwa, rodziców chrzestnych i dalekiej ciotki, ale za to bliskiej swego końca, z oszczędnościami na koncie. Zostaje niezręczność wobec pozostałego wujostwa i ciociostwa. Udawanie że nic się nie stało byłoby słabe i rzeczywiście wypadało coś zrobić. I zrobiła, wysłała zawiadomienia. Tylko tak naprawdę po co?
Chce zobaczyć rodzinę czy nie chce?
Niestety stawiam na "nie".
Uważam że gdyby naprawdę chciała mieć gości zawiadomionych można było przyjść i przekazać zawiadomienia. Pokazać się, przedstawić połówkę, wyjaśnić że to małe przyjęcie bo nie czas na weselicho (stan błogosławiony), bo na tyle spontaniczna i szybka uroczystość że nie było miejsc na huczną imprezę, bo chcą po cichutku ale będzie miło jak rodzina się zjawi w urzędzie sanu cywilnego (niepotrzebne skreśl).
Gdyby nie chciała  gości też można było się zjawić osobiście. Oczywiście wymagałoby to więcej odwagi stanąć przed ciociunią czy wujciem kuzynką czy kuzynem i powiedzieć: nie zależy nam na waszej obecności, spokojnie zostańcie w domu i uroczystość zignorujcie, zawiadomienie wysyłamy tylko po to żebyście wiedzieli że zmieniam nazwisko czy że zacznę nosić obrączkę na palcu. Ale i tak myślę że mimo wszystko byłoby to lepsze niż zawiadomienie znalezione w skrzynce. Jednak skoro się tam ono znalazło uważam, ze goście będą tam trochę jak persona non grata.

Druga kwestia to co ta non grata ma zrobić. Czy pchać się tam gdzie jej nie chcą, mimo wszystko, na przekór zdrowemu rozsądkowi, czy mieć na to zlew i obejrzeć z przyjemnością powtórkę Project Runway.
Walczę ze sobą nawet w trakcie tworzenia tego wpisu i myślę że wątpliwości nie opuszczą mnie do czasu składania życzeń, albo jeszcze później. Jednak na tą chwilę postanowiłam się tam wybrać.
To że para młoda zachowała się jak najgorsze wieśniaki, i kulturalne prosiaki niekoniecznie musi wymagać mojego schodzenia ma ich poziom kultury, a dokładniej jego brak. Dawno, dawno temu stosunki między nami należały do dobrych, jestem ich rówieśnicą, 15 minut mojego cennego życia mogę im jeszcze poświęcić.
Problemem będzie tylko trzymanie języka za zębami i powstrzymanie się ze wszystkimi złośliwościami które będą pojawiały się w głowie z prędkością światła. Zobaczymy.

Swoja drogą jednego nie rozumiem. Ślubno-weselny biznes jest teraz bardzo modny, bardzo na czasie i powiedzmy że znacznie się rozwinął w przeciągu ostatnich lat. Mamy planowane rozsadzanie gości, prezenty dla gości, coraz częściej barki z alkoholami, nawet dotarła o nas moda na fotograficzne budki. Mamy weeding planer'ów, całe firmy zajmujące się organizacją ceremonii ślubnych a potem wesela , więc jakim cudem nie mamy uporządkowanej i usystematyzowanej kwestii zaproszenio-zawiadomień.
Przecież może być prosto, jasno i czytelnie, bez głupich domysłów:
zaproszenie na wesele -razem z uroczystością zaślubin
zaproszenie na ceremonię - kościół, urząd cywilny
zawiadomienie - nigdzie nie idziesz, zostajesz tylko poinformowany że takie coś ma miejsce.
Dostajesz kopertę, wiesz na czym stoisz, nie trzeba się zastanawiać, myśleć, kombinować i godzinami przeglądać portale ślubne.
Głupie niedopatrzenie czy niedopilnowanie.

A co wy o tym sądzicie?








środa, 17 czerwca 2015

Odcienie szarości

Jakiś czas temu chwaliłam się Wam że należę do grona tych które Greya nie tylko czytały, ale i widziały.
Tak widziałam, ale postanowiłam dzieło sobie przypomnieć i ten weekend minął mi także pod jego znakiem.
Obejrzałam  go po raz drugi, trzeci, czwarty i piąty.
No dobra. Tak naprawdę pierwsze podejście było mało udane.
Rząd 76,  pełen sikunów z pełnymi pęcherzami, przede mną babsztyl w wielkim kapeluszu, nieco falujący ekran, kiepściutka fonia i jeszcze w takim języku którego ja absolutnie nie kumam. Uparłam się żeby w temacie szybko się zorientować, ale to był błąd. Orientację już i tak miałam po książkach oraz setce trailer'ów w internecie. Absolutnie niepotrzebnie. I nieefektywnie. Na szczęście po tym weekend'zie mogę z pełną świadomością powiedzieć że obejrzałam Greya po raz pierwszy, drugi, trzeci i czwarty.

I nikogo chyba nie zaskoczę mówiąc, że epokowe dzieło to to nie jest.
Ale trudno czynić z tego zarzut, skoro producenci wcale nie mieli ambicji stworzenia Kleopatry części drugiej czy re-make'u Przeminęło z wiatrem.
Miało być miło, seksownie a przede wszystkim zyskowo.
I niby tak jest, ale jest kilka ale.
Kiepsko napisana książka na podstawie której kręcony jest film przecież wcale nie musi wymuszać podobnej kiepskości na szarym ekranie. Szczególnie że książka jest bestsellerem, chociażby grafomańskim, zakładałam że ekipa producencka to nie będzie jakaś piątą ligą tylko ludzie z pasją, doświadczeniem. I wizją.
Sądziłam więc, że nas (oglądaczy) odrobinę zaskoczą i puszczą do nas oczko.
No bo jeśli w Zmierzchu można było wkręcić coś fajnego, czego pozazdrościła nawet sama autorka sagi, jeśli można było odrobinę podkręcić już i tak zacne dzieło jak Władca pierścienia, o Grze o tron nawet nie chcę wspominać, liczyłam na  kreatywność drużyny producenckiej.
Zapewne jednak całą swoją moc i kreatywną siłę wykorzystali na poszukiwanie idealnego mieszkanka dla Christiana (choć bardzo, bardzo wolałabym z przyczyn osobistych żeby był to Christopher :)) i zaraz potem nastąpiło zawodowe wypalenie. Inaczej nie mogę tego nazwać.
Mało tego że nie tylko nie podkręcili scenariusza swoim geniuszem to to co ujęli w dwóch godzinach i ośmiu minutach to dla mnie wyrwane fragmenty nie chcące się za cholerę złożyć w jedną całość. Brak logiki, brak związku przyczynowo skutkowego, zupełny brak poczucia czasu i żadnej prawdy o bohaterach, pomijając gołe ciałko Anastasi i tyłeczka Grey'a.
Pierwszy kontakt bohaterów - rzecz najważniejsza. Bo od tego zaczęła się przecież cała trzytomowa historia.
Oczywiście nie wykluczam że moja pamięć jest ulotna, bądź dobra ale krótka, jednak wydawało mi się, że to ich pierwsze spotkanie było nieco zabawne, ale przede wszystkim rozerwał się tam worek z chemią międzypłciową. On imponował jej wiedzą, postawą, doświadczeniem. ona go nieco rozbawiała. I tak rozpoczął się ich romans. W kinie odniosłam jedynie wrażenie że jej zaimponowało jego bogactwo i pozycja a ona go irytowała brakiem profesjonalizmu podczas wywiadu.
Sławnego upadku nawet nie będę komentowała, bo tylko dla tego filmu powinni stworzyć taką kategorię przy nominacjach do złotych malin.
I tu muszę napomknąć na temat gry Dakoty. Oscarową aktorką nigdy nie była, pewnie nawet nie ma takich aspiracji, ale czy w samej książce nie było wystarczająco dużo odwzorowania się na Belli Swan? Czy Dakota musiała za punkt honoru obrać sobie kopiowanie również gry aktorskiej swojego pierwowzoru? A mówiąc o grze, mam na myśli dwie dyżurne miny z półotwartymi ustami.
Irytowało mnie to, i nadal irytuje.
Grey natomiast jest tak płaski jak bohaterowie disneyowskich kreskówek z lat sześćdziesiątych zanim pojawiła się animacja komputerowa i 3D . No żadnej głębi, drugiego dna, traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa, nietuzinkowej przeszłości, psychicznych przymusów.
Odarto go z całej wnętrzności i tego wszystkiego co stworzyło go takim jakim jest.
Na ekranie, pomijając jego wszechogarniające z każdej strony bogactwo facet nie do zaakceptowania.
Wracając jednak do samego filmu.
Nie mam pojęcia jak to się twórcom filmu dało, ale za cholerę nie czuję tam czasu. Zupełnie. Czy randka w sklepie odbyła się dzień po wywiadzie?
Nie mam pojęcia.
Jak długo para spotykał się zanim doszło do rozstania?
Nie mam pojęcia. Do tego stopnia że nie umiałabym powiedzieć, czy to  był tydzień, miesiąc, czy kwartał.
Kiedy padła z ekranu kwestia, zaraz po odebraniu dyplomów, że Anastasia zna się z Greyem kilka tygodni najpierw zbaraniałam, a chwilę potem szukałam podstępu, bo dla mnie było to ewidentne kłamstwo.
Jak długo zajęło im negocjowanie umowy?
Nie mam pojęcia.
Wszystko zlewa się w jedną nieokreśloną czasoprzestrzeń. Niedobrze.

Zastanawiam się też po co w filmie była ta scena z łazienką. Dla cycek? Nie sądzę, można je obejrzeć w prawie każdej innej scenie. Żeby zareklamować kolekcje kafelek? Chyba tylko dlatego, bo nic innego nie wniosła. A można było spożytkować ten czas na pogłębienie relacji między tą parą. Pokazać jego ludzką twarz w której Ana mogła się zakochać.
Bo oglądając tylko film miałabym nieodparte przeświadczenie że dziewczyna jest jak nasze polskie niedoszłe top modelki które za kilka tysięcy dolarów pozwalają robić na siebie kupę w Dubaju. I nie ważne kto kupę robi ważne ile płaci.
Facet jest chamem, arogantem i zadufanym w sobie egocentrykiem bez grama ludzkich uczuć, na dodatek Pan/dominant w seksie. Nic co możnaby polubić. Nic co możnaby tolerować.
Dlaczego wiec Ana wchodzi w ten układ? Układ, w którym od pierwszego dnia jest tylko nieszczęśliwa. Płacze mamie do telefon, nie ukrywa smutku przed przyjaciółką, jest nieszczęśliwa nawet w jego towarzystwie.
No jak to. Jest fortepian, jest helikopter, jest laptop, samochód, lot szybowcem i weekendowy apartament w Seatle.
Całkiem rozsądny biznesowo układ.
Jedna daje się biczować za 150 złotych za godzinę inna za lot szybowcem. Taka różnica. Kwestia odpowiedniej wyceny.

Hallo!!!!
A gdzie miłość ??!!
A gdzie ogromne uczucie dające,choć złudne ale nadzieje, że może zmienić świat, a przynajmniej naprostować faceta którego się kocha??!!
Uratować go. Ocalić przed samym sobą. Pokazać lepszy świat, wprowadzić w ten świat.
Nauczyć kochania, miłości.
Gdzieś mi to wszystko zupełnie uleciało w wersji kinowej.

Ale jest jedna rzecz która mi się podoba :)
Sceny seksu.
Ta jedna rzecz została dobrze zrobiona.
Nie wulgarnie za to zdecydowanie w kategorii wiekowej +18, jest dominacja, są pejczyki bardzo w temacie (dzięki bogu tutaj nie poszli drogą zmierzchu).
Samych scen nie było za dużo, ale są tak nakręcone że jestem święcie przekonana że samego seksu w tym związku było dużo. I to różnego. Tutaj wielki szacun.

I choć ogólnie moja ocena filmu wypada słabo i bardzo przeciętnie  postanowiłam stać się właścicielką filmu na DVD.
Bo choć scenariusz dość banalny i bardziej dziecięco-bajkowy niż soft porno dla mamusiek jakoś tak strasznie zidentyfikowałam się z główną bohaterką i to nie bez powodu....

A już tak całkiem na marginesie to doszło do mnie że Pięćdziesiąt twarzy Greya ma wiele wspólnego nie tylko ze zmierzchem, ale również z Piękną i bestią. A idąc tym tropem myślę czy i zmierzch nie wziął sobie tej bajki za pierwowzór.
Piękna Bella mieszkała z tatą - matka Any też nie sprawdziła się zbytnio w swojej roli (u Belli S. na czas opowieści też tata staje się kluczowym rodzicem)
Piękna Bella przez okoliczności zmuszona jest do życia z bestią bez manier, bez zahamowani, dosłownie ze zwierzem - Ana też wiąże się z tyranem i "Panem" (Edward też określa się mianem potwora).
Piękna Bella decyduje się żyć z bestią i go resocjalizować, Ana też postanawia być z Greyem licząc na to że go "naprawi".
Nawet obie Panie w pewnym momencie uciekają od swoich partnerów, po to żeby wrócić i ostatecnie ich nawrócić :)
No i trzeba pamiętać że, oby trzy panie są zdecydowanie dziewicami, którym nie w głowie były związki, chłopaki, randkowania, flirty czy seks.

niedziela, 22 marca 2015

Znów kinowo czyli Hobbit - ostateczne starcie

Miałam okazję zobaczyć ostatnio ostatnią część Hobbita.
Chciałam podzielić się z Wami odczuciami zaraz po seansie, ale czekał już na mnie Kopciuszek, i drugi blog z rozpoczętymi wpisami. Bilbo musiał więc poczekać i boję się teraz czy mi coś nie umknie.
Bardzo ogólnie i treściwie - Aniu, I'm loving it.

Żałuje ogromnie że była to wersja kiepska jakościowo ale tak jak Ty Kopciuszka przy lampce wina, tak ja planuję z drineczkiem w ręku pochylić się raz jeszcze nad tym dziełem - miejmy nadzieję w HD a na pewno z radością i nieopisaną przyjemnością.
Po kilku nieco niepochlebnych opiniach jakie ostatnio miałam na tematy kinematografii zagranicznej okazję zamieścić dziś sama słodycz.
Aż trudno mi uwierzyć że ta sama ekipa i napisała i nakręciła te dwa dzieła, lub bardziej dzieło i jego marną kontynuację.
Szybka akcja. Nie ma tu niepotrzebnego i rozciąganego w czasie etosu drogi. Tu się nikt nie wspina trzy wersje reżyserskie rozszerzone po górach i dolinach żeby wrzucić pierścionek w przepaść. Tu nie ma możliwości pomylenia się w oszacowaniu oglądanej części, jak to mam miejsce we władcy pierścieni, gdzie kolejne części odróżnia się tylko różnymi odmianami lasów służących  jako tło dla wędrowców.
Pach, zabijamy smoka, pach, walka z elfami, pach, epicka bitwa z orkami i koniec filmu. Ani się nawet obejrzałam.
Pełne zaskoczenie. Nauczona Władcą Pierścienia zakładałam, że żaden bohater pozytywny zginać nie może. Stracić pół palca możliwe, ale nigdy całe własne życie. A tu? Dwa najprzystojniejsze, najmilsze i najfajniejsze krasnale giną w ostatnich minutach filmu, a zaraz przed napisami ginie na dodatek król. Zupełnie się tego nie spodziewałam, więc zaskoczyło mnie to pozytywnie. Pewnie miałabym za złe autorom  zarówno książki jak i filmów (jeśli to się pokrywa) gdyby uśmiercili Kili'ego za pierwszym podejściem czyli pod koniec drugiej części, a że zrobiono to dopiero w ostatnich minutach części trzeciej mogę wybaczyć doceniając element zupełnie niespodziewany a równocześnie ciesząc oko jego wyglądem prawie do samego końca.
No i żeby zginał młody, przystojny, obiecujący król.... Codziennie niespodziewane więc uciekające od sztampowości. We Władcy nie dość że nierozgarnięty Frodo nie zginął - a przecież dla dobra pierścienia można było go spokojnie wrzucić w tą lawinę. W końcu tak czy siak  zszedł przed czasem z hobbickiego światka. To nawet jego koleżka przeżył nietknięty, a tak marginalna postać mogła umrzeć parokrotnie.
Tak na marginesie myślałam że Galadriela czy sama, czy też przy pomocy Gandalfa przywróci krasnalków do życia, ale o nic że się tak nie stało. TO niczemu nie szkodzi.
Dużo bohaterskich bohaterów. Mamy krasnoludowego króla. Nie podejrzewałam że Thorin  szaleństwu bogactwa się nie oprze. Jako pozytywny bohater z dobrym sercem - w końcu docenił Bilba pomimo wcześniejszych obaw - zła powinien nie doświadczyć. A jednak, i to prawie całe dwie godziny, możnaby powiedzieć że niemal do końca swoich chwil. A jednak zebrał się w sobie i przezwyciężył swoje słabości i demony, chociażby przed samą śmiercią. Co nie umniejsza oczywiście innych stereotypowych bohaterskich zasług czyli odzyskania ojczyzny dla swego ludu czy pomszczenia śmierci swoich bezpośrednich przodków i zakończenia żywota szefa orków.
Mój ulubiony Bilbo. Mędrzec wśród mędrców. Znów logiką, sprytem i czujnością uratował gatunki przed prawie bratobójczą śmiercią. Nie musiał wywijać mieczem, nie musiał strzelać w locie z łuku, wystarczyło że pomyślał, dodał jeden do jednego i fortelem rozwiązał problem. Oczywiście i jego waleczne serduszko nie pozwoliło stać z założonymi rękoma gdy braci tłuczono i rzucił się w wir walk. Słodziaczek jeden.
Mamy też Barda - najbardziej ludzkiego człowieka , godnego przedstawiciela mojego gatunku. Facet skromny, cichy, z lekką przeszłością, ale kiedy było trzeba wziął się w garść, smoka unicestwił, ludźmi sprawiedliwie i mądrze pokierował. Na małego bohatera, będąc podpórką do strzały, wykreował się przy nim nawet jego synek.
No i Tauriel taka wisienka która  jest zawsze ukoronowaniem tortu i jego największą ozdobą.
Nie dość że dla dobrych ludzi, a raczej krasnoludków, już wcześniej sprzeciwiła się woli swojego króla to w ostatniej części pokazała absolutne nadbohaterskie bohaterstwo.
Sercem wybrała malutkiego krasnalka. Coprawda urodziwego  ale przecież  i Legolasowi nic w tym obszarze nie brakowało :) Legolas był krwi królewskiej jej gatunku, jej ludu. Kili też którymś w kolejce do korony zapewne był. Ale nie dość że dopiero którymś to przecież nie jej skala, nie rasa... A jednak on. Jednak serce, wbrew naturze, wbrew kalkulacjom, wbrew rozsądkowi i oczekiwaniom. Prawdziwa odwaga.
Gdy go straciła, gdy wygodnym mogło stać się rodzące uczucie Legolasa zdania nie zmieniła. Wierna sobie, własnym ideałom, własnym zasadom.
Legolas. Nie będę zaprzeczała pięknie biegał, pięknie skakał, celnie strzelał, skuteczność w eliminacji orków imponująca. Ale oprócz tego dla kobiety a raczej elficy zostawił ojca, koronę (swoja drogą piękną i zjawiskową), królestwo, władzę (i już wiem dlaczego we władcy jest takim samotnym strzelecem, trzymającym się z dala od elfów). Piękny, szlachetny i bohaterski.

Oczywiście bitwy epickie, pełne rozmachu jak przystało na nowoczesną kinematografię, przy tym nie przeciągane, nie eksploatowane do ostatniej kropli krwi, nie brutalizowane. Dziwnie tak o tym pisać, ale aż miło oglądać.
Od pierwszej części kocham wręcz układy choreograficzne dla ruchu w elfim wykonaniu. Ten taniec to mistrzostwo nad mistrzostwami, fantastycznie ktoś to wymyślił.
Bardzo zabawne i rozładowujące tą podniosłą atmosferę epizody z władcą ludzkiego miasta i tym rynsztokowym pochlebcą myślącym tylko o złocie.   

Fajnie że miałam okazje być częścią tej przygody :)
Dziękuję Aniu :) :)

wtorek, 17 marca 2015

Kapciuszek

Wypadałoby chyba powiedzieć kilka słów o "Kopciuszku". Jakoś tak się złożyło, że nie było okazji ogadać tematu świeżo po seansie (przynajmniej nie w komplecie), a po drugie mijają 24 godziny więc można złapać odrobinę dystansu i świeżym, neutralnym wzrokiem spojrzeć na to dzieło. Oczywiście liczę na wymianę zdań i bardzo aktywną polemikę :).
Zacznę od wrażeń pozytywnych, niech szklanka będzie do połowy pełna.

Do kina poszłam z tabula rasa. Żadnych trailerów, galerii, opisów, komentarzy czy recenzji. Żadnych reżyserów, aktorów, twórców muzyki. Nic, zero. Do tego stopnia że jadąc do kina zastanawiałam się czy to przypadkiem nie będzie w 3D.
Jakaż radość mnie ogarnęła gdy oczy ujrzały na ekranie Robba Starka z Winterfell. Myślałam że po jego nagłej, nieoczekiwanej, tragicznej śmierci długo się nie zobaczymy, a tu taka niespodzianka. No radzi sobie chłopak, muszę przyznać. Jak mu zupełnie nie wyszło objęcie tronu siedmiu królestw, bądź tylko północy, to sobie chłopak zorganizował zupełnie inne królestwo, dużo lepszy zamek, bardziej znośny klimat, a przede wszystkim bardziej twarzowy kolor garderoby. Błękity, turkusy i nasycony niebieski to zdecydowanie  kolory pasujące do jego oczu w odróżnieniu od szaro czarnych futrzysk, jakie zdarzało mu się przywdziewać jeszcze nie tak dawno.
Zjawiskowe wręcz kreacje macochy pewnie prosto z wybiegów. Odważnie współczesne, nadające smaczku filmowi, w jakimś stopniu współgrające nawet z garderobą córek, równie daleką od dworskich kanonów mody. Unowocześnione lata 70-te w sukienkach złych sióstr były również do schrupania. No a suknia panny młodej.... Mmmmm...... Szkoda że nieco odpustową niebieską bezę pokazywali z pół godziny a na najpieniejszą suknię poświecono tylko mrugnięcie oka :(
Trzewiczki to także pełne zaskoczenie. Idąc do kina myślałam że na nogach Kopciuszka zobaczę, szczególnie modne na chwilę obecną, przeźroczyste czółenka. Kiedy na ekranie po raz pierwszy pojawiła się Cate Blanchett stawiałam na Louboutin'y, czy szpileczki Manolo Blahnik, które powinny pasować do księżniczki. Na szczęście dla mnie  Disney zdecydował ze to i tak za mało i postawił na przepiękne, przezjawiskowe, przecudowne i przebajeczne, szklane trzewiczki. Cudo i magia. Obiekt mych marzeń.
Wróżka, a dokładniej konsekwencje jej niekoniecznie przemyślanych  i spontanicznych działań to kolejny mocny punkt tej historii. Przynajmniej dla tej dojrzalszej części widowni.
Ale chyba najmocniejszym elementem tej całej historii są recenzje filmu w internecie.
Cudo kinematografii, świeże, olśniewające, młode i innowacyjne spojrzenie na dwustuletnią bajkę. Jest tam pasja, tam jest przekaz, jest tam humor, życiowa prawda. Film uniwersalny i dla pieluchowca i ryczącej czterdziestki, każdemu niesie właściwe wiekowo przesłanie, jednym słowem, dla każdego coś dobrego. No i ta gra aktorska - godna przynajmniej oskarowych nominacji.  Grzech do kina się nie wybrać.
Taaaaaaaaaaa
I na tym koniec cukru w cukrze.

Po pierwszych pięciu minutach siedzenia na kinowym krzesełku wiedziałam już że to nie film dla mnie. Pozostawało tylko zdecydować, czy po prostu jestem już za stara metrykalnie, czy zbyt cyniczna życiowo. Dziś odpowiem, ze ani jedno, ani drugie. To po prostu kiepski film był.

Początek, dałabym głowę wyciągnięty z Pana Tadeusza. Wajda dobrym reżyserem jest, oskar za całokształt odebrał, ale żeby zaraz taka zrzyna??
No widzę Zosię jak do ptactwa w koszulinie po kładce na ogród leci. I gąska, i kurka i ptaszek i kózka i myszka i taniec z tatusiem na nóżkach i podskoki na łączce. A na koniec wymiot. Skoro wprowadzono do historii narratora to po chusteczkę takie niepotrzebnie przeciąganie tej mdlącej słodkości. Ani to nie ma wpływu na dalsze losy bohaterów, ani to nie buduje żadnego napięcia. Może i trzylatek wybitnie inteligentny nie jest, ale wystarczą dwa obrazki głaskania króliczków i głos informujący że Elli miała dobre serduszko i kochała każde boskie stworzenie żeby wiedzieć że główna bohaterka pozytywną postacią jest.  Koniec, kropka.
Za to chwilę później czuję wielki niedosyt podczas wprowadzenia do życia naszej biednej półsierotki, macochy i dwóch jej córek - a umówmy się, ma to kluczowy wpływ na tą historię. Ni z gruszki, ni z pietruszki, w zasadzie dorosłej dziewczynie, ojciec komunikuje że czas na matkę macoszą. Ale że co??? Ale skąd??
Królewskie dekrety nakazujące bezwzględne posiadanie matki dziewczętom w wieku rębnym?
Potrzeba damskiego wsparcia i rady przy wyborze kandydata na męża dla córci?
Może obawa przed przeprowadzeniem rozmowy uświadamiającej o kwiatkach, pszczółkach czy antykoncepcji i życiu seksualnym?
A może tatuś po prostu przestaje sobie radzić z narastającą własną chucią, powodując pogłębiającą się frustrację i czas mieć pod rękę panią do chędożenia?
Bo o miłości to się tam nawet nie zająknął.
Tak czy owak nowa rodzinka pojawia się na ekranie, jak wspomniałam olśniewająca kostiumowo. I szkoda tylko że odstaje od całej reszty do ostatnich minut filmu. Zarówno na tym kopciuszkowym zadupiu, jak i dworze królewskim wśród dam i innych wysoko urodzonych. Taki malutki tyci zgrzycik.
No i pierwsza duża scena dorosłej Elli - niech mi ktoś powie po jaką cholerę kazali jej lecieć, jak temu cielakowi, przy ojcowym powozie cztery razy łapiąc ojca za łapsko. Jeśli musiała być ta wielka miłość do ojca koniecznie z kontaktem cielesnym ukazana, można było pociągnąć Kopciuszka przy powozie, ale do pierwszego puszczenia ręki. I pozostawić ją tam na środku drogi, szlochającą czy szlochająco-machającą do oddalającego się ojca. Mogła nawet pobiec za karetą. Ale ZA ODDALAJĄCĄ się coraz szybciej karetą, a nie brykając przez cały dziedziniec równo z zaprzęgiem koni. Kopciuszek to nie cyborg, ironwoman czy olimpijska sprinterka na dystansie sześciuset metrów.
Ucieszyłam się też na niespodziewane u Disney'a nawiązanie do gałązki jako prezentu z podróży ojca jaka jest w oryginale. Tam zamiast wróżki właśnie zasadzony na ojcowym grobie patyczek staje się jej powiernikiem, wróżką garderobuszką i drogowskazem dla księcia. Czyżby ekipa zdecydowała się na ekranizację bliższą oryginału?
Nic z tych rzeczy. Gałązka owszem dotarła do rąk Kopciuszka, ale na tym jej rola się zakończyła. Pannica suszka do serca przytuliła, załkała a ciężką robotę wróżka i tak wykonać musiała. TO po co w ogóle zaczęli ten wątek??
A skoro o wróżce już mowa.... O ile pamięć mnie nie myli wróżka chrzestna jasno się wyraziła że aby stworzyć jakieś cudo musi mieć bazę. Dlatego właśnie potrzebowała dyni, myszek, jaszczurek czy kaczki. Trudno zrozumieć istotę samej magii, ale założenie "coś z czegoś" jest jasne, klarowne, a nawet na swój sposób logiczne. W takim razie skąd szklane pantofelki??
Nie stworzono ich ze schodzonych balerinek, nie powstały również z wieczornej rosy. Powstało coś z niczego. Jakim sposobem?
Pójdźmy dalej, cała magia z ostatnim wybiciem północy miała zniknąć. I zniknęła - znów z wyjątkiem pantofelków. Dlaczego one stały się akurat jedyną stałą magiczną rzeczą nieulegającą działaniu upływu czasu? Głupia nie jestem, zdajęsobie sprawę z tego, że to jedyna rzecz za pomocą której książe może ukochną zidentyfikować, ale same przyznacie że wcale się to kupy nie trzyma.
A to jeszcze nie koniec kontrowersji wokół tajemniczego obuwia. Ze względu na dubbing, nie wiem jak brzmi oryginał, ale u nas wróżka nieco nieodpowiedzialnie i zupełnie lekkomyślnie wypeplała że stworzyła obuwie nr 37 - jeden z najbardziej popularnych i chodliwych rozmiarów damskiej stopy. Jakoś nie tworzy to  wyobrażenia unikatowej i niepowtarzalnej wielkości kopciuszkowej nóżki. Pewnie z jedna czwarta damskiej populacji bez problemu wcisnęłaby swoją girę do takiego obuwia. Więc jak tu znaleźć królewnę........
Mam też bardzo poważne zastrzeżenia co do zachowania tej skromnej, czystej, delikatnej, niewieściej duszyczki w obecności księcia. Dziewczę jest dużo bardziej pobudzone niż Anastasia w czerwonym pokoju Christiana Greya. Dzieciaczki na szczęście nie zarejestrują w głowie falującej w dużo za szybkim tempie klatki piersiowej (z wyeksponowanym niepotrzebnie biustem w gorsecie) która obnaża w ten sposób spore podniecenie dziewczyny, ale i tak uważam to za zbędne w familijnej produkcji. Pochwalam że Kopciuszek na widok księcia nie pokrywa się pąsowym rumieńcem od czubka głowy po stopy, nie wbija wzroku w podłogę, nie dyga z uniżeniem, nie ucieka od jego wzroku, to wielki krok w emancypacji kobiet, ale żeby się tak zaraz podniecać???
Prawie nic nie mówi tylko siedzi czy stoi dyszy i dmucha żar z rozrzanego jej podbrzucha bucha.
Spotkanie z księciem podczas polowania również nie zrobiło ma mnie żadnego wrażenia. Zakładam że to podprogowy pokaz asertywności, a nawet feminizmu w wykonaniu Kopciuszka - myslę że to jest ta bryza świeżej krwi i innowacyjności na którą powołują się opiniotwórcy. W końcu silna kobieta przewraca porządek świata głosząc tezę że jeśli coś się robi bo się robi nie znaczy że trzeba to robić. Jednak zrobiono to tak subtelnie że przynajmniej dla mnie prawie niezauważalnie. 
Żeby dalej szukać dziury w całym do nudnych i niepotrzebnych wątków, które w ogóle nie mają wpływu na fabułę (przypominam o tym słodkopierdzącym dzieciństwie, czy historii z pośmiertnym prezentem z gałązki) dołączę pozbawione sensu kardy schodów prowadzących do zamku. Czy były symbolem długiej i ciężkiej drogi jaką Kopciuszek musiał przebyć by dostać się do zamku i zaznać szczęścia? Nie sądzę. Czy przeszkodziły lub pomogły w ucieczce? Nie sądzę....A można było w to miejsce rozwinąć wątki które rozwinięcia potrzebowały.......
Nie skrytykowałam jeszcze księcia... ale nie martwcie się, nie wiąże mnie solidarność plemników. Po prostu grzecznie czekał na swoją kolej. W końcu wszystko i tak dochodzi do niego z pewnym opóźnieniem. Do tego stopnia że zastanawiam się czy to nie jest jakiś genetyczny feler.
Bo tak na chłopski rozum. Jest facet. Umówmy się książe - bardzo odpowiedzialny, dojrzały, honorowy. Państwo i jego mieszkańcy są  dla niego priorytetem i jest w stanie ponosić za nich i dla nich najwyższe koszty łącznie z osobistymi.
Zdarza się jednak tak, że podczas pewnego polowania spotyka kocmołuszka na koniu w którym zakochuje się od pierwszego widzenia i który przewraca jego świat do góry nogami. Trafiony zatopiony. Żeby ujrzeć ukochaną po raz drugi, żeby poprosić ją o rękę i poślubić, facet urządza największy bal jaki królestwo zapewne widziało. Tak na marginesie sala balowa była nieco pustawa. Szkoda że Disney żałował kasy na statystów. Przy rozbuchanych krajobrazach, wielkich dworach z majestatycznymi pałacami i niekończącymi się do nich schodami pustawa sala wyglądała więcej niż tandetnie. Wracając jednak do opóźnionego. Naraził się ojcu decydując samodzielnie o ożenku ze zwykłą dziewką, wydał kupę kasy na bal, ma w zasadzie jedną, jedyną i ostatnią szansę żeby dziewczynę spotkać i usidlić. Szczęśliwie wybranka się pojawia, akurat na pierwszy królewski taniec, tańczą więc, rozmawiają, są sam na sam w królewskim pokoju, romantycznie udają się do zaczarowanego ogrodu (i znów widzę dużą inspiracje polskim reżyserem - tym razem jest to Agnieszka Holland). Wybija północ, dziewczyna podnosi tyłek z huśtawki, jasno i klarownie żegna się z kięciem i oddala w nieznanym kierunku (czyli na te głupawo długie schody). Co na to Panicz? Stoi, patrzy jak sroka w gnat, głupawo do siebie uśmiecha. Zanim informacja dociera co centralnego ośrodka nerwowego, dziewczyna jest już kilka długości dalej. Co za cymbał skończony.
Jest jeszcze niezrozumiały wątek zdradzieckiej umowy pomiędzy macochą a wielkim zarządcą czy jak mu tam.
Babsztyl który potrafił zakręcić tak czystego serca wdowca wokół palca, babsztyl który pozbawił prawowitą dziedziczkę własnego dworku, przy bardzo niejasnej sytuacji osobistej, bo czy wiemy że ta dama wyszła za wdowca? My nawet nie wiemy jak długo dane jej było żyć z tym fajtłapą pod jednym dachem zanim kipnął, nie wspominając o podjętych lub nie krokach formalnych czy intymnych.
Babsztyl który przejrzał nie tylko samego Kopciuszka, ale nawet wszystkie poluzowane deski naj jej strychu nie był w stanie tak się dogadać by skutecznie ukryć pannicę przed przymierzeniem bucika rozmiar 37. Mam uwierzyć w takie niedopatrzenie lub niedostateczne przewidzenie wypadków???
Żeby się już dalej nie pastwić nad każdą minutą filmu wspomnę tylko o sukience Kopciuszka na balu.
Dupy nie urwało. Zwykła pospolita beza z kilkoma tandetnymi motylkami. Takie coś to ja mogę w sklepie kupić. Od wróżki, która z dyni potrafi zrobić karetę oczekiwałabym więcej polotu, przynajmniej na poziomie Elliego Saab. Niby całkiem poprawnie, ale jak na najważniejszą suknię produkcji absolutnie za mało.

Podsumowując - film to strata pieniędzy i czasu.
Dla maluchów dwie godziny czystego filmu plus godzina reklam to za długo jak na grzeczne siedzenie w kinie.
Jak na świadomość, że główny target odbiorców dzieła to dzieci pomiędzy trzecim a siódmym rokiem życia, czyli istoty na tyle niesamodzielne że do kina musza przyjść z rodzicami bajka ma mało, żeby nie powiedzieć że nie ma wcale aluzji dla dorosłych.
Najlepszym podsumowaniem może być reakcja pewnej trzy-cztero latki. Prawie po godzinie trwania bajki dziewczynka zapytała mamę kiedy zaczną w końcu wyświetlać Kopciuszka.


wtorek, 10 marca 2015

PO

Chyba mogę pochwalić się że zaliczyłam Grey'a.
Oczywiście zdecydowanie wolałabym napisać że to Grey zaliczył mnie, bo to i dużo większa przyjemność by była i gwarancja satysfakcji, praktyczna wiedza a temat zatyczek analnych i innych przyjemnościowych gadżetów, a kto wie, może nawet zakończyłoby się jakimś skromniutkim audi przed domem....
Wszystkiego wszakże mieć nie można, a że moim wszystkim jest Grey więc zostaje mi tylko zaliczać jego. Zdecydowanie zrobię to jeszcze parokrotnie chociażby przy kolejnych częściach ale i wrócę do części pierwszej, gdyż jakoś tak obejrzałam ją bardzo powierzchownie i bez żadnego skupienia.
Od razu spieszę tłumaczyć że to nie ja byłam tą osobą ze środkowych foteli którą sceny erotyczne za bardzo poniosły na sali kinowej. Owszem, w trakcie seansu mą głowę zajmowały inne myśli bynajmniej jednak z masturbacją niezwiązane.
Jednak ze względu na fakt iż nie wszystkie czytelniczki z dziełem miały okazję się już zaznajomić, a i moja wiedza jest, jak na ten temat, jednak zbyt powierzchowna, informuję oficjalnie że spamu dziś nie będzie....
A że nie będzie, to postanowiłam zejść z dużego formatu na ten mniejszy i bardziej ogółowi dostępny.
I to jak inteligentnie i błyskotliwie, że niby taka elokwentna, że oczytana, że złotousta ;)
W takim razie słuchajcie dalej....

To jeśli nie szaleństwo wokół pana Christiana G. to może wokół Pana Zbigniewa R.
Bliższy sercu z racji wykonywanego zawodu, bliższy sercu z racji kraju pochodzenia, bliższy sercu z racji majsterkowania przy dokładnie tym narządzie. A w końcu film równie dochodowy - uwzględniając oczywiście polskie realia. No i ile orłów zagarnął.
Tylko jest mały, malutki, tyci problem. Nie obejrzałam "Bogowie".
Ale obejrzałam za to Orły.
Nie dla samych orłów a raczej kreacji jakie miały się tam pojawić i mnie olśnić, jednak nie ważne pobudki, ważny efekt. A ten mnie nie powalił, oj nie.  O kreacjach nie ma co wspominać a i zasłonę milczenia przydałoby się spuścić na tegoroczny festiwal a szczególnie na prowadzącą. Nie mam nic osobistego do pani Grażyny Torbickiej. Na pewno kocha kino, na pewno ma na jego temat ogromną wiedzę, na pewno sama jest bardzo mądra, inteligentna, błyskotliwa, światowa i mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale na pewno nie ma zacięcia komediowego. Po co więc ktoś na siłę próbował wciskać ją w ten żałowania godny scenariusz.
To że starszy brat, choć przy Oskarach nasze orzełki wyglądają bardziej jak ich bękarckie dalekie kuzynostwo, od jakiegoś czasu idzie konsekwentnie w kierunku show w show z zamawianiem pizzy, rozdawaniem lego'wych statuetek czy gwiazdorskich selfie, nie musi przecież oznaczać że i my mamy iść tą drogą. Na Boga, nie wszystko co amerykańskie (z wyjątkiem McDonalds) musi być dobre. Nie każdy ich obierany kierunek musi od razu być kierunkiem oświeconym!.
A nawet jeśli naprawdę uważamy że sami nie jesteśmy w stanie nic rozsądnego i dobrego wymyśleć to postawcie na Stuhra który posiada w sobie spory komediowy pierwiastek, który jest w stanie udźwignąć galę w tej konwencji, który udowodnił to niejednokrotnie. Nie każcie posągowej Torbickiej robić z siebie kiszonego ogóra. No nic na siłę!
Zresztą, czego ja wymagam skoro gwiazdą numer jeden festiwalu Polskiej Akademii Filmowej jest celebrytka pełną gębą "prezesowa" Agnieszka Szulim.
Pinda, która swoja karierę oparła na głośnym sformułowaniu, podobno głębokiego przekonania, że takową pindą siedzącą obok kwiatka nie chce być nigdy, oraz jasnych i równie głośnych deklaracji powiększenia biustu ze skromnego A na wydatne C rzekomo dla męża, którego niedługo potem już nierzekomo zostawiła.
I co osiągnęła buntowniczka z wielkimi aspiracjami, fajterka, wojowniczka, współczesna Joanna d'Arc stająca w pojedynkę przeciwko systemowi i wielkiej telewizyjnej korporacji?
Osobiście i dla siebie chyba nie najgorzej. Trzy własne programy w konkurencyjnej stacji, zapewne za większe pieniądze.
"Na językach", które szumnie miało miażdżyć nadęty, sztuczny, głupi i pusty świat polskiego szołbiznesiku. No tak, tylko jak miażdżyć psiapsiółki stojące koło niej na ściankach i otwarciach kolejnych sklepików w galeriach handlowych, jak miażdżyć koleżanki które za chwilę jako ekspertki mają się wypowiadać w jej kolejnych autorskich programach..... No to zajęła się pinda historią konta facebook'owego dla psa Pikusia, które na potrzebę programu (a w praniu okazało się że można go wykorzystać i w innych) założono. Dla wypełnienia czasu antenowego wprowadziła stały element przeglądania torebek podarunkowych dla ściankowych bywalców - jakieś trzy-cztery minuty programu z głowy, czytanie hejcików przez zapraszane "gwiazdy" na swój temat (i znów wracamy do wykluczającego się paradoksu założeń na językach). Od czasu do czasu można przygotować jakiś psalm pochwalny na temat cudownej i błyskotliwej kariery Anny Lewandowskiej, która wszystko zawdzięcza tylko i wyłącznie własnej, ciężkiej pracy a ślub z cenionym w środowisku piłkarzem, dziesiątki ślubnych i poślubnych sesji w kolorowych gazetach z ukochanym tylko jej przeszkadzał i rzucał kłody pod nogi. I co się dziwić, w końcu taką psiapsiółę mieć warto.
Bardzo podobne w formacie są "Tajemnice  show biznesu" prowadzone nawet z tymi samymi współpracownikami, choć pewnie powinnam powiedzieć pracownikami. Te same tematy, ten sam Pikuś, te same psalmy, jedynie tym razem siedzi na tle greenscreen'a a nie przy stole z koleżankami i kolegami no i nie ma żarełka z podarunkowych toreb za "bywanie" i "przybycie".
Jest jeszcze "Stylowy magazyn" - w końcu coś skrojone na panią "Prezesową" - czytaj: ukochaną ostatnio bardzo znanego jako producent (film Bogowie), a wcześniej jako syn milionera - pana Staraka Juniora.
I tu pinda nie siedzi obok kwiatka, a obok Pikusia w gustownie urządzonym na styl loftowy studiu z jasnymi mebelkami, pięknie wyglądającymi kanapami. Przynajmniej następna generacja pustogłowych żon/narzeczonych/ kochanek/sympatii wschodzących gwiazd footbool'u, znanych i kochanych gwiazd telewizji może czerpać inspiracje przy urządzaniu wspólnych gwiazdeczek, i zaimponować kochanym samodzielnością, smakiem, stylem, wiedzą z zakresu urządzania wnętrz no i oszczędnością. Choć tu, po zakończeniu kręcenia "Czasu Honoru", bo tak na marginesie, ileż lat można kręcić obrazki Warszawy w czasie II wojny światowej - i tak trwało to kilkakrotnie dłużej niż sama okupacja hitlerowców, stałe pensyjki wielu rozbłyskających męskich gwiazd się zakończyły więc taka zaradna oszczędność może być jak najbardziej na miejscua nawet porządana.
Bo poza ładnie i ze smakiem urządzonym studiu, program jakoś nie wnosi wiele.
Coprawda na potrzeby tego wpisu obejrzałam tylko dwa odcinki, ale one w zupełności wystarczyły mi na wyrobienie sobie zdania na ten temat. Pustka, nijakość, miernota. No i oczywiście celebryci w roli ekspertów. Bo przecież kto wie więcej na temat wychowania dzieci w roli mężczyzny i ojca niż Piotr Szwedes czy Rafał Cieszyński. Co do tego drugiego, to sama pierwsza zadałabym sobie od razu pytanie a kim że jest ten Cieszyński. I mimo wielkiej sympatii do tego pierwszego za "Młode wilki" zapytuję co zrobili w swoich życiach owi panowie że znaleźć się na tych kanapach. Co my wiemy o ich życiu osobisto rodzinnym, żeby dać im mandat wypowiadania się na temat rodzicielstwa i tacieżyństwa? Zresztą ta plaga "eksperckich" gwiazd i celebrytów robi się nieznośna i nie do opanowania. Mucha: ekspert od obsranych pieluch na stole w restauracji, ekspert od wywalania cyca na środku centrum handlowego, ekspert od paradowania na golasa po mieszkaniu, ekspert od ozdabiania kocyków; Cichopek: ekspert od zdrowego odżywiania, ekspert od ćwiczeń, ekspert brafitterka, wreszcie ekspert od bycia sexi; Ślotała dopiero w trzecim miesiącu ciąży ale już ekspert-matka. Felicjańska - ekspertka od wychodzenia z nałogów i długów. Niestety mogłabym tak wymieniać i wymieniać........ No na Boga!!!!
Z drugiej jednak strony - co się dziwić gwiazdeczkom, celebrytom i ściankolubcom. Obecna sytuacja jest dla nich coraz trudniejsza. Kanały telewizyjne mnożą się jak grzyby po deszczu, trzeba w nich przecież coś wyświetlać a gwiazdorski angaż do najmniejszych nie należy. To powstały "trudne sprawy" "dlaczego ja" "ukryta prawda" "sekrety sąsiadów", "weselne gorączki" "zdrady" "tylko ja" "pamiętniki z wakacji" i tony temu podobnego chłamu, z aktorami naturszczykami. Człowiek zwykły też ambicje ma, aspiracje do bycia sławnym, parcie na szkło i ścianki, chęć do bycia rozpoznawalnym. No to się zgłaszają. Role niestety recytują jak przedszkolak na akademii z okazji dnia babci, ale oglądalność jest. I to jaka. Bo problemy w nich poruszane są bliskie szaraczkowi po drugiej stornie ekranu. Jest mowa o wrednych teściowych, o tym że nie starcza do pierwszego, że mąż z koleżanką z pracy, że córka za pieniądze z klientami, że szwagier kasę pożyczył i się ulotnił. Programy się prawie same kręcą, nturszczyki występują, a rynek pracy dla  Szwedesa, Cieszyńskiego czy innych mu podobnych zaczyna się kurczyć. No to też się przebranżawiają idąc w eksperckim kierunku.  Pieniądz nie śmierdzi, a można się jeszcze przy okazji przypomnieć widowni, reżyserom, scenarzystom.
I tak telewizja polska schodzi na psy, a raczej zaczyna się zmieniać w szambo. I to na tyle specyficzne gdzie to całe gówno idzie jeszcze dalej, na dno.
Bo jeszcze chciałam na deser zostawić sobie kanały informacyjne. To co jeszcze w telewizji oglądam, choć też nie wiem jak długo.
I tu widać jak na dłoni tendencję do pączkowania. Było TVN24, doszedł biznes i świat, był Polsat news mamy teraz news2. Po co? Świat się przecież nie zwiększa, nie dochodzą wiadomości z innych planet. Ilość wydarzeń nie powinna nieproporcjonalnie wzrastać. Będzie wybuch na platformie wiertniczej, wulkan się obudzi, zamach terrorystyczny? Na to czas antenowy się zawsze znajdzie. Najwyżej trzeba będzie zrezygnować z news'a jak poseł wpieprza sałatkę na sali obrad, lub czegoś równie istotnego dla losów polskiej gospodarki czy polskiego ustawodawstwa. No tak, tylko o czym ja mówię....
W Polsce, też dzięki telewizji, praca polityka zdecydowanie przeobraziła się w celebryctwo i bywanie w mediach. To Lis na żywo, to kropka nad i, fakty po faktach, rozmowa, rozmowa dnia, kawa na ławę, piaskiem po oczach, wstajesz i wiesz, świat się kręci... itd. itp.
Niedawno jedna z pań posłanek takie sobie telewizyjne jednodniowe tour zrobiła że zaliczyła tvp, potem poleciała do tvn żeby zakończyć dzień na fotelu u Lisa. W tej samej nowej skórzanej kurtce tylko bluzki pod spodem i korale zmieniała. Za to jej przeciwniczka z opozycji, tego samego dnia, spotkała się z nią zarówno w "faktach po faktach" jak i w "co z tą polską" ale poszła o krok dalej bo nie dość że całą garderobę zmieniła to jeszcze drastycznie uczesanie. Nieprawdopodobne.
A słyszy się, bez względu na kolor bluzki, uczesanie, obecność krawata czy nie, te same paplaniny.  Ten sam bełkot bez względu na zadawane pytane i temat rozmowy. I te same gęby tydzień w tydzień, miesiąc za miesiącem. Ba, już nawet z kolorowych gazet wystają....
A ciągła emigracja młodych? ujemny przyrost naturalny? rosnące bezrobocie? coraz gorsze warunki dla zatrudnionych? służba zdrowia? programy naprawcze dla kulejąco-upadających spółek skarbu państwa? wstydliwe pozycje w samym ogonie we wszystkich poważnych rankingach ułatwiających życie ludziom, podatnikom krajów nie tylko unii europejskiej ale i świata.
Eeeeeeee......
Kto by się tym przejmował. Jest popyt na tyrady pseudo elokwentnych wypowiedzi nowo powstałego gatunku polibrytów i polibrytek (politycznych celebrytów) w telewizji informacyjnej? to się pchają. Darmowa reklama, darmowa promocja, darmowa kampania wyborcza.
A telewizja promuje, zaprasza, reklamuje.
W końcu nie dość ze łatwiej to jeszcze jak tanio zaprosić bandę polibrytek i polibrytów żeby sobie skakali do oczu, bardziej czy mniej kulturalnie ale za to przez dwadzieścia minut, czterdzieści, a możne nawet godzinę. I biznes się kręci. Gówniany w szambie, ale się kręci.

Miłego oglądania.