wtorek, 17 maja 2022

Pewniak

Dzisiejszy wpis dedykuję Selince.
Czytałam Twój komentarz, tak naprawdę jeszcze nie wiem co odpowiedzieć, ale dałaś mi trochę do myślenia. Muszę to przetrawić. Ale to co dzisiaj - NAPRAWDĘ udaną sesję - dedykuję Tobie :)

I dedicated Today's post to Selince.
I read your comment, but I don't really know what to answer, but you gave me something to think about. To digest. Bit for today - a REALLY successful session - I dedicate to You :)

Bo czasem coś mi też wychodzi.
Bo czasem choć coś zupełnie mi nie wychodzi, to i tak w okienku aparatu można prawdę oszukać, choć sama nawet nie wiem jak.
Tylko że dziś magii mi zupełnie nie potrzeba.
Dziś potrzeba mi oklasków, ochów i achów i wora komplementów :)
Magia zadziała się sama.

Because sometimes I do something well.
Because sometimes, even though something does not work out at all, you can actually cheat in the camera window, although I do not even know how.
Only today I don't need magic at all.
Today I need applause, oh's and ah's, and a bag of compliments :)
Magic had happen by itself.

Choć trochę jej pomogłam. W zasadzie przygotowałam pewniaka :)
Bo jak inaczej nazwać pakiet różowych włosów i błękitnych oczu połączonych z bielą i granatem.
I niby niepozorne nic - kurteczka z eko-skóry, bawełniane body i granatowe spodnie biodrówki.

At least I helped my magic a little. In fact, I prepared a success by myslef :)
How else to call a bundle of pink hair and blue eyes combined with white and navy blue.
Nothing inconspicuous - an eco-leather jacket, cotton bodysuit and navy blue hipsters trousers.

Spodnie slim'ki już jakiś czas temu udało mi się ogarnąć. Mam jeszcze drobny kłopot z tyłem - spodnie zawsze wycinam tam za głęboko, ale kompensuje to  kieszeniami.
Umówmy się, kieszenie same w sobie nie są niczym spektakularnym. Dwie dodatkowe warstwy materiał na biodrach lalki, ale ile możliwości pozowania, i ile ton nonszalancji się za nimi kryje....

I've managed to sewn  slim pants some time ago. I still have a minor problem with the back - I always cut my pants too deep there, but I compensate for it with pockets.
Let's be honest, the pockets themselves are nothing spectacular. Two additional layers of material on the doll  hips, but how many poses and tons of nonchalance are hidden behind them ...

Body jest bardzo minimalistyczne. Oprócz mini ważki z koralików przy szui nie posiada niczego innego. Ale jego zaletą jest bardzo, bardzo, bardzo cieniutka bawełna. Tylko raz jeden jedyny udał mi się kupić t shirt z takiego materiału. Ale nadal ich szukam po cenie niższej niż 99,99 pln (bo takie udało mi się znaleźć).

The body is very minimalistic. Apart from the mini dragonfly made of beads, it has nothing else  But its advantage is very, very, very thin cotton. This is the only time I have managed to buy a t-shirt made of this material. But I'm still looking for them at a price lower than PLN 99.99 (because I managed to find tsherts in this price).

Marynarka, jak już wspominałam, powstałą z ekoskóry - bez podszewki, nawet bez podkładania, za to...... zgadnijcie jaki kwiat próbowałam wyszyć cekinami.....
Białe mokasyny /loaery/ lordsy *(wybierz najbliższe prawdzie) dopełniły całości.
I nawet nie musiałam za wiele kombinować z pozowaniem. Stylówa wszystko udźwignęła :).

The jacket, as I mentioned before, is made of eco-leather - without lining,, but ...... guess what flower I tried to embroider with sequins .....
White moccasins / loaery / lords * (choose the closest to the truth) completed the whole set.
And I didn't even have to deal with posing too much. Clothes took care of everything :).

Kolekcja/ Collection: no name
Model: Gigi












Czy zatem jestem  bardzo wymagająca wobec siebie?
Nigdy tak o sobie nie myślę, choć do czasu do czasu to sobie to słyszę.

Po prostu chciałabym by to co powstało w mojej głowie, w realu wyglądało równie dobrze. A że w głowie każdy pomysł, każda kreacja jest "fabulous" życie czasem zderza się boleśnie z wyobrażeniami. 
Szczególnie że oglądam tyle pięknych blogów, tyle pięknych sesji, kreacji czy mebelków robionych przez innych. I wiem że można.

So am I very demanding?
I never think of myself like that, although I hear it from time to time.

I just wish that what was created in my head looked as good in real life. And since every idea, every creation is "fabulous" in the head, life sometimes painfully collides with ideas.
Especially since I watch so many beautiful blogs, so many beautiful sessions, creations or furniture made by others. And I know it's possible.

Poza tym w  świecie ułudy, fake'owych, photoshopowanych rzeczywistości, sztucznych ust, doczepianych włosów czy selfie  z Ikea udających fotki z egzotycznych wakacji, chcę żeby tu było prawdziwie. Żebym miała tu przestrzen do błedów, pomyłek, koślawości. Żebyście, pomiędzy udaną sesja z nową fajną sofą i dzisiejszym pięknym zestawem pośmiali się czase ze mnie i  mojej zza ciasnej spódnicy , a kiedy zdarzy się Wam małą wpadka, żebyście wiedzieli że ja je też zaliczam. I nie jeteście w tym sami :)


To dzisiaj mówię sobie piękne, soczyste, jak najbardziej prawdziwe WOW
A ten kwiatek na marynarce to MAK :)

Besides, in the world of delusions, fake photoshopped realities, fake lips, hair extensions or Ikea selfies pretending to be exotic vacation photos, I want it to be real here. So that I have room for errors, mistakes, lopsidedness here. Between a successful session with a new cool sofa and today's beautiful set, you can laugh at me and my too tight skirt, and when you have a little slip-up, you know that I am the same. And you are not alone in this :)


but today, I am telling myself beautiful, juicy, the most true WOW
And this flower on the jacket is POPPY :).

środa, 13 kwietnia 2016

Body/ciało czyli polskie bagienko

Dzisiaj będzie znów kinowo.
Ale co zrobić jak w życiu osobistym nędza, rutyna, szarość i nic ciekawego (czy po polsku ;P).
Jedyne co zostaje to kino.

No i tym razem kino polskie.
W końcu trzeba wspierać rodzimą produkcję a jak nie wspierać to przynajmniej  dobrze byłoby się trochę w niej orientować.

To na pierwszy rzut poszło Body/Ciało.
Pomyślałam, że z tak dużą ilością wyróżnień na koncie  zacznę od gwarantującego satysfakcję pewniaka i zachęcę się tym samym do dalszej penetracji krajowych dzieł.
Obejrzałam i mam..... ambiwalentne odczucia.
Nie jest źle, a to w polskiej kinematografii już można uznać to za duży sukces, ale jak na zdobywcę małego ZOO (w końcu ma tyle orłów, niedźwiedzi i lwów) czuję się nim nieco rozczarowana. I co dziwniejsze, rozczarowana ogólnie, za całokształt.
Natomiast z pełną świadomością i odpowiedzialnością mogę powiedzie że dla samej kreacji Mai Ostaszewskiej można ten film obejrzeć.
Co ta aktorka zrobiła ze swoja postacią!!!!...... Rola godna Oskara. Każde jej pojawienie się na ekranie zwiastowało czystą przyjemność dla widza. Dlaczego polskie kino ciągle i niezmiennie tak mało przestrzeni oddaje kobietom? Przecież mamy tyle perełek i diamentów.
I dla mnie w zasadzie filmowa rola "Pani Ani" pociągnęła cały film.
Reszta jest tylko gorsza.
I choć narażam się teraz na bluzgi, hejt i gromy z jasnego nieba, powiem że nie kupuję w tym filmie wybitności Janusza Gajosa. Oczywiście Pan Janusz Wielkim Aktorem jest i nigdy temu nie zaprzeczę, ale odnoszę wrażenie że jego role od jakiegoś czasu są strasznie do siebie podobne. To naturalnie żadna wina Gajosa że polscy  scenarzyści albo produkują w dziesiątkach durne komedie romantyczne, albo marną sensację. A ile razy widzę Gajosa to albo przeklinająca szyszka na wysokim stanowisku albo dojrzały, rozsądny, stonowany, może nawet zmanierowany i zdystansowany do wszystkiego starszy pan. I ani centymetra inaczej. Czy naprawdę w tym wielomilionowym kraju nie ma ani jednego scenarzysty (pisarza) który stworzyłby coś wykrojonego i uszytego na miarę warsztatu i talentu Pana Gajosa??!!
A sam film?
Szaro, buro, ponuro. Zgodnie z polską dewizą "idź na całość" czyli, albo mamy w każdej komedii piękne najnowsze auta, największe i najlepsze apartamenty, nowocześnie urządzane miejsca pracy, piękne buzieńki i ogólnie słodko pierdzącą atmosferę albo totalne bagno, muł i dno. Przesyt cukru w cukrze, choć chyba bardziej na miejscu byłoby stwierdzenie przesyt szamba w szambie.
Pytam po co?
Rozumiem że skoro mamy po jednej stronie Annę, bohaterkę "pozytywną" sympatyczną, pełną nadziei optymistkę, ogromnie empatyczną, pragnącą i głęboko wierzącą w sens  naprawy lub przynajmniej ulepszenia świata to dla kontrastu musimy zestawić ją z brudem, szarością, depresją.
No to mamy Gajosa - Pana Prokurtora-wdowca obcującego na codzień ze śmiercią. Tylko że jak już wcześniej pisałam ten facet ŚWIETNYM aktorem jest i już samym sobą potrafiłby to świetnie pociągnąć i ograć. Ale najwyraźniej nie dla twórców. Dla nich sam Gajos tu nie wystarczył.
Więc skoro jest już prokuratorem to dorzućmy mu sprawy ze zmasakrowanymi zwłokami niemowlaka w publicznej toalecie. A co! Dorzućmy mu wisielców, dorzućmy topielców. Może widz już zrozumie kontrast głównych bohaterów.
Ciągle mało. Jest też wdowcem. W takim razie podtopmy, prawie w szambie, pół cmentarza w tym zwłoki jego żony. W końcu sama strata (zapewne) ukochanej małżonki, obcowanie na co dzień z pomazanymi krwią niemowlaków kabinami toalet miejskich były niewystarczającym wytłumaczeniem zblazowania i wyprania z uczuć głównego bohatera.
Jeszcze wciąż niedosyt.
Widz polski jest albo a) głupi i aluzja musi być naprawdę grubymi nićmi szyta, albo b) uwielbia tarzać się w brudach innych, więc potrzeba szamba więcej.
To jest i córka. Obdarzenie ją katarem, nieszczęśliwą miłością czy niechcianą ciążą to pewnie dla twórców filmu byłoby mało. Choroba nowotworowa pewnie nie byłaby złym pomysłem, ale ohyda w niej jest jakoś tak mało spektakularna. Kroplówka z chemią, podkrążone oczy czy nawet łysa głowa jeszcze zamiast zbrzydzić bohaterkę drugiego planu, cały film, ale przede wszystkim życie Pana Prokuratora mogłaby wzbudzić u widza, o zgrozo, uczucie sympatii i współczucia.
To dajmy bulimię. Choroba na własne życzenie, dość widowiskowa, bo chyba każdy widząc wychudzone kobiece ciało w obleśnie za dużych zwisających z tyłka gaciach, klęczące w wymiocinowych torsjach nad kiblem nie wywoła pozytywnych uczuć. A jak wspaniale podkreśli egzystencjonalną nędzę i taką beznadzieję życia głównego bohatera.
I jeszcze usadowmy ich w fatalnej, obskurnej (i zarzyganej) oczywiście łazience. Obrazek narescie gotowy.
Tylko co z tego, bo kiedy już dochodzi do spotkania i konfrontacji dwóch światów głównych bohaterów, a chyba o to twórcom głównie  chodziło, ja mam dość filmu a dokładniej jego atmosfery. Jestem zmęczona tą beznadziejnością, tą szarością, nakumulowaniem całej nędzy tego świata w tym jednym mieszkaniu. I jeszcze dobili mnie obrazem tańczącej pół toples sześćdziesięciolatki.
I po co?
Żebym sama wylądowała zwracając nad toaletą?
Bo niestety takie miałam odczucia "wspierając" polską kinematografię.
I nawet fajnie ironiczny  koniec, połączony chyba nawet z happy end'em nie potrafił mnie nawet pocieszyć a co dopiero wyciągnąć z tej egzystencjonalnego doła.

I to by chyba było na tyle dzisiaj.

piątek, 5 lutego 2016

Nowy członek społeczności

Powiększyła mi się rodzina.

Cuuuuuuuuuudnie !!!!!!
Fantastyyyyyyyyyyyyyycznie !!!!!!
Wspaniaaaaaaaaale !!!!!
Świeeeeeeetnie !!!!!!
WOOOOOOOOW !!!!!!

He ?????

Zanim zaczniecie mi gratulować uprzejmie informuję że to nie moje lędźwie wydały na świat małego człowieka. Nie zrobiły tego również lędźwie mojego rodzeństwa.
Kuzynka wypchnęła na świat swoje potomstwo.

Oczywiście jako prawdziwy Polak powinnam, podłączając się i płynąc w obecnie modnym trendzie nacjonalistycznym, być wyjątkowo szczęśliwą z powiększania się narodu polskiego, bo przecież "...jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy."
Ale tak naprawdę mam to szczerze w dupie.
Mało tego - i bardzo dobrze mi z tym.

Zły ze mnie człowiek?
Zawistna zazdrośnica?
Wredna małpa?

Absolutnie nie.

Pamiętacie moje rozterki spowodowane pocztowym otrzymaniem zawiadomienia o ślubie kuzynki?
To ta sama osoba.
Dziś, z perspektywy czasu i bogatsza o pewne informacje mogę tylko powiedzieć, że takich głupich jak ja to ze świecą szukać.

Nie żałuję wcale że na ślub się wybrałam, natomiast żałuje i to bardzo, całego tego zmarnowanego czasu na przeglądanie kretyńskich stron o ślubach i tych moich jeszcze bardziej kretyńskich rozterek. O wyrzutach sumienia, że nie udało się dokupić losów na szczęście dla młodej pary, nawet nie chcę wspominać.
Po co mi było zastanawiać się sto pięćdziesiąt razy czy panna młoda życzy sobie mnie na ślubie zobaczyć czy raczej nie.  Skoro uważałam, że będąc na jej miejscu mi byłoby milej gdyby jak najwięsza cześć mojej rodziny się pojawiła, trzeba było w ogóle o tym nie myśleć, na ślubie się pojawić i czuć się z tym bardzo dobrze.
A że sama kuzynka (wraz z całą rodzinką) nie potrafiła znaleźć się ostatecznie w tej sytuacji..... jej wybór, jej wola i zupełnie nie mój kłopot.
Szczęśliwie dla mnie, za jednym zamachem, rozwiązała mi na przyszłość kłopot z narodzinami dzieci, ich kolejnymi urodzinami, gwiazdorami, zajączkami i komunią. Za to mogę być jej tylko wdzięczna.

O narodzinach jej dziecka pierworodnego  dowiedziałam się przypadkiem.
W erze komórek, komputerów, internetu i dziesiątek portali społecznościowych naprawdę trudno jest nie znaleźć do siebie kontaktu. Tym bardziej że rodząca mama ma niezwykle aktywną społecznościowo siostrę. Krowa nie jestem, potrafię wyobrazić sobie że po godzinach mąk i niemalże tortur rodzenia sama matka niekoniecznie ma głowę zaprzątniętą sms'ami czy portalami społecznymi, ale w takich chwilach od tego jest twój mąż, twoja kochająca siostrzyczka/braciszek. Krótka wiadomość że siostra urodziła : dzidziusia / zdrowego synka / śliczną córeczkę czy przesłodką parę bliźniąt nie wymagała aż ta wielkiego zaangażowania czasowego, finansowego i osobistego. Natomiast skoro obydwie nie poczuły takiej potrzeby, dlaczego poczuć mam ją ja.

Byłam już na ślubie. Z szacunku dla Panny Młodej  ubrałam się godnie i skromnie (nie w głowie mi były rywalizacje o najpiękniejszy strój - bo i takie rzeczy się zdarzają), specjalnie się dla niej uczesałam, umalowałam, dla niej kupiłam kwiaty i pamiątkę, dla niej przyjechałam, swoje w kolejce do życzeń odczekałam. Żeby było jej miło, żeby poczuła się ważna, żeby nie musiała się za swoją część rodziny wstydzić.
Za to już mężatka, ani nie znalazła czasu, ani zapewne chęci, by się chociaż z gośćmi ślubnymi po weselu skontaktować i choćby podziękować za obecność, o przedstawieniu męża nawet nie wspomnę. Szczególnie że 200 metrów ode mnie organizowała poprawiny-domówkę u naszej wspólnej cioci.

I co?
Ja mam teraz latać po sklepach w poszukiwaniu pieluchowych tortów, pampersów i cudnych śpioszków dla dzieciaka, bo kuzynka która ewidentnie ma mnie w dupie niedawno urodziła??!!
Pojechać, rzucić się w ramiona, gratulować potomka z żarliwością obrończyń krzyża pod pałacem prezydenckim??!!
A dlaczego? A po co?
Nie czuła potrzeby skontaktowania się po ślubie, nie czuła potrzeby przedstawienia męża, nie czuła potrzeby poinformowania że jest świeżo upieczoną mamą a ja mam czuć obowiązek zarzucania ją prezentami, dobrym słowem i ewentualną pomocą?
Bez przesady.
Macie mnie w dupie...... to vice versa.

Tym bardziej że przy obecnym stanie stosunków rodzinnych, które (podkreślam) są takie wyłącznie na ich życzenie i ich postępowanie, po pierwsze - nie będę musiała latać w grudniu po sklepach jak opętana w poszukiwaniu najodpowiedniejszego prezentu dla nowego bratanka/bratanki (obecny zestaw obdarowywanych wystarcza mi w zupełności). Delikatnie napomknę, że jako singielka do tej pory nie doświadczyłam jeszcze nigdy z rąk kuzynostwa podziękowań  czy jakiejkolwiek rekompensaty za działalność podarunkową dla ich dzieci.
Bo po drugie, ten sam kłopot zdjęto mi z głowy w sprawie wielkanocnego zająca czy corocznych urodzinek.
I po tzece - nie będę też musiała, patrząc na tą nie do końca piękniutką mordeczkę, rozpływać się w komplementach jakoby to było najpiękniejsze dziecko świata.
Nie będę musiała wąchać jego kupek, podziwiać bekania i zmywać z ubrań efektu refluksu.
Nienajgorsza perspektywa.

Niemniej jednak gratuluje dzieciaczka i życzę wszystkiego najlepszego na przyszłość.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Spectre po raz drugi

No obejrzałam.
Jako świeża, wielka fanka Daniel'a Craig'a w roli agenta 007, bogata o wiedzę iż jest to ostatni Bond w jego wydaniu od Spertre oczekwiłam czegoś wyjątkowego, spektakularnego i epickiego.

W zamian otrzymałam film dobry.
Dobry, ale tylko dobry.
Oczywiście gdyby ktoś zapytał mnie na czym ta wyjątkowość i spektakularność miała polegać, to odpowiem że nie mam pojęcia.
Czy oczekiwałam że tym  razem Bond będzie walczył ze smokami i matką Daenerys na ich grzbiecie, może miał ratować londyńczyków w wielkiej walce z Sauronem, albo musiał ocalić świat przed zagładą obcych?
Napawdę nie wiem. Ale liczyłam na coś specjalnego.
Pewnie było to niepotrzebne, a na pewno odrobinę głupie. Bo po pierwsze czuć się rozczarowanym po obejrzeniu dobrego filmu, tylko dlatego że nie był epicki i nie miał tego czegoś, czego nawet nie umiem określić jest śmieszne, a po drugie przecież Bond nie umiera razem z odejściem Daniela, trudno zatem o jakieś cuda. Była to po prostu kolejna zwyczajna akcja agenta 007, jedynie ostatnia z tą twarzyczką.

Bo film jest ogólnie dobry.
I naturalnie nie będę go Wam streszczała scena po scenie.  Jeśli jesteście zainteresowani i tak go obejrzycie, a jeśli w nosie macie perypetie Pana Bonda i tak do filmu nie sięgniecie.
Za to mogę powiedzieć, że raczej nie szczędzono na film i na pewno nie szczędzono na efekty specjalne.
Bardzo spektakularna scena, jedna z pierwszych, gdy następuje mała korekta w planowaniu przestrzennym miasta Mexico. Przy tym jedna z moich ulubionych, bo kończąca się w stylu zupełnie nie bondowskim i przy tym bardzo śmieszna. Również lekkie korekty architektoniczne w Londynie
Jest trzymająca w napięciu walka w helikopterze. W powietrzu, nad tłumem świętujących ludzi. Jak dla mnie trochę nudna i przydługawa, i z wiadomym efektem ;) ale większość facetów pewnie się ze mną nie zgodzi, przecież Bond mógł z niego wylecieć, w końcu już raz został postrzelony.
Jest zimowy pościg aut samolotem i bliskie spotkanie ze stodołą .

Sam początek czyli scena otwarcia, jak dla mnie, w ogóle jest fantastyczna i kto wie, czy właśnie przez jej rozmach (aktorsko-scenariuszowy), styl i zupełnie nieoczekiwany w Bondzie, genialny w swojej prostocie i banalności, dowcip na "dzień dobry"(scena z panną zalotnie wijącą się przy hotelowym łóżku),  moje oczekiwania i apetyt  nie wzrósł do ogromnych rozmiarów.
Bo potem, oczywiście znów tylko moim zdaniem, wracamy do bondowskiego tempa, bondowskiej akcji i chyba trochę schematu.
Poznajemy twarz wroga którego trzeba w trakcie filmu zniszczyć, jest jedna kobieta na numerek do łóżka, jest kobieta numer dwa - też schematycznie kruchawa i eteryczna, kradnąca serce agenta 007, trochę pościgów autem i niezbędna przy każdym z filmów (przynajmniej tych z udziałem Craig'a) szczypta tortur.

Co mnie zaskoczyło pozytywnie, oprócz początku oczywiście, ale o tym już pisałam, to jak dla mnie dużo większa dawka dowcipu sytuacyjnego niż zazwyczaj w tej serii. Bo naturalnie zaczepki czy riposty bondowskie są ZAWSZE dowcipne, pikantne, błyskotliwe, godne mistrza, jednak tym razem dla odmiany mamy coś więcej. Na przykład akcja z autkiem - dla mnie po przerwaniu randki z nieznajoma i miękkim lądowaniu na sofie - kolejna rewelka.
Choć kiedy zobaczyłam na ekranie ten śliczniutki srebrny samochodzik (jestem autowym ignorantem więc tylko tak mogę go opisać) troszkę się przestraszyłam, że film może niebezpiecznie zboczyć z kursu i polecieć Batmanem i batmobilem. Jakże mile się zaskoczyłam kiedy autko zaprezentowało swoje działające umiejętności, powodując wielki uśmiech na twarzy (a rzadko co mnie rozśmiesza w filmach, szczególnie akcji).

Nie byłabym oczywiście sobą gdybym się troszeczkę nie czepiała.
Bondowskie kobiety są, delikatnie mówiąc, mało roztropne.
Mamy wdowę. Nie dość że wdowa to jeszcze z nieformalnym wyrokiem śmierci nas sobą.
Pojawia się facet znikąd, który ratuje jej życie. I co? Kobieta zamiast wziąć od wybawcy namiary, próbować zatrudnić go w roku bodyguard'a przynajmniej do czasu kiedy nie zorganizuje sobie własnego zniknięcia, idzie z nim do łóżka, sprzedaje wszystkie najcenniejsze sekrety, a rano naiwnie pyta czy on da jej swój numer.
A po co słoneczko??!!  Informacje uzyskał, dupeczkę zaliczył, do czego jesteś mu teraz potrzebna.

Druga roztropna. Pomijając oczywiście opisywaną przez ojca błyskotliwość tej panny, jej nieprzeciętną inteligencję, mądrość a nawet początkowe odrzucenie wdzięków Bonda w stanie wskazującym na spożycie  (przy okazji - kolejny schemat: nie interesuję się tobą, nie pociągasz mnie, bla bla bla, chodź do łóżka) mamy kolejną scenę. Pociąg, w środku wymiana zdań pomiędzy tych dwojgiem, drań na horyzoncie, walka na śmierć i życie. I co robi panna chwilę potem jak uszła z potyczki cało?
Bzykanko.
Moment po tym jak ktoś omal jej nie udusił, kawalera nie zlikwidował, kiedy istnieje spore ryzyko, że tamten drań nie musiał być jedynym w tym pociągu, ona rzuca się na Bonda licząc na namiętny i gorący seks.....
Bardzo mądre, roztropne a przede wszystkim odpowiedzialne i bezpieczne.
O wybieraniu się na środek pustyni w szpilkach nawet nie wspominam.

To co, miłego oglądania?

czwartek, 28 stycznia 2016

Ostatnie pożegnanie

Dziś ciężki kaliber.
Najcięższy z najcięższych. 
Nachodzą mnie nawet wątpliwości, czy pisać o tym powinnam.

Ale przecież dotyczy to każdego z nas.
Dobrze jeśli tylko raz z nami w roli głównej, to najlżejsza opcja i niezwykle rzadka.  Niestety często bierzemy w nim udział nie tylko jako  trochę widzowie z boku, ale często jako aktorzy drugoplanowi, najgorzej gdy przypadnie nam rola na pierwszym planie.
Pogrzeb to nigdy nic przyjemnego, ani miłego, nawet dla żarliwych katolików o wielkiej wierze.
Bo cóż nam z tego że najbliższa osoba opuściła nas udając się do lepszego wspanialszego miejsca kiedy my tu musimy żyć dalej,  tylko teraz ubożsi o najukochańszych, opuszczeni, bardziej samotni i przerażająco smutni.
Jednak nie o wierze chcę dziś pisać, nawet nie czułabym się na siłach podjąć jakąkolwiek polemikę w tym temacie. Chciałabym za to o czymś bardziej przyziemnym, możnaby powiedzieć prozie życia, która została zderzona z prozą odchodzenia.

I choć z ust bezdzietnej, starej panny może to zabrzmieć mało wiarygodnie, planujcie sobie życie tak, żeby w takich chwilach mieć kogoś przy sobie. I nie chodzi mi tu wcale o niekończące się telefoniczne kondolencje, upewniania iż te dzwoniące dziesiątki  osób łączą się z Tobą w bólu, ale o kogoś, kto wsadzi Cię do samochodu, zawiezie do kostnicy, zakładu pogrzebowego, pomoże w zakupie ostatniego krawata czy rękawiczek, pomoże wypełnić druki w ZUSie, zawiezie na cmentarz. Bo co z tego ze masz pod nosem siostrę skoro ani ona ani szwagier prawa jazdy nie posiadają i jedyne co mogą zrobić to płakać siedząc za swoim stołem w kuchni. A niestety, taki mamy kraj, takich rządzących, taki mamy klimat że bardzo często nasi najbliżsi, szczególnie młode pokolenie,  w pogodni za lepszymi pieniędzmi, czy w ogóle za pracą, oddaleni są od nas na co dzień niekiedy o tysiące kilometrów i droga powrotna zajmuje im sporo czasu. Dlatego warto mieć kogoś blisko, pod ręką. I bardzo dobrze gdyby była to rodzina, najbliższa, bliska, czy chociażby "pierwsza woda po kisielu".
Dobrze gdy jest to chociaż przyjaciel rodziny czy lubiany sąsiad, choć osobiście wolałabym jednak w takich trudnych momentach oprzeć się na ramionach rodziny.

Co mnie natomiast tak zirytowało, doprowadzając prawie do wrzenia, to po pierwsze facebook'owa żałoba. I to nawet nie w wydaniu żony, córki, syna a bratanki czy bratanka. Nie ogarniam tego,  zupełnie.
Jaki jest sens wrzucania tekstu "wujku spoczywaj w pokoju" pomiędzy fotkę dzieciaków na łyżwach z rodzinnego wypadu na lodowisko a polubieniem reklamowego postu z ręcznikami w wydruku 3D.
Na litość boską !!! Czekasz na "like"?, Zresztą jakim trzeba być idiotą żeby like'ować cudzą informacje o czyjejś śmierci.
Czekasz na współczucie? Oczekujesz internetowych kondolencji w komentarzach?
Jak jeszcze przemilczę facebook'owy exhibicjonizm z toną zdjęć "uroczej" małżonki, fotek z kolejnych wspólnych wakacji, a już zawsze zaklikania opcji że jest się na lotnisku, tak publicznego epatowania żałobą nie znoszę.
A pomyślałeś, pomyślałaś jedna z drugim, jak na taki wpis zareaguje wdowa, osierocone dzieci, czy matka która straciła właśnie swojego syna?
Może w tym przypadku jestem bardzo radykalna w swoich osądach, ale dla mnie to już nekropromocja.

Kolejna amerykańska moda - okulary przeciwsłoneczne na pogrzebie.
Choć sama byłam świadkiem kiedy pewna osoba całą mszę żałobną przesiedziała w przeciwsłonecznych okularach, rodziny najbliższej osądzać nie będę. Jeśli tak ma być jej lepiej, bardziej komfortowo, niech będzie.
Jednak chciałabym tu powiedzieć, że przecież nie ma nic złego w tym, że się cierpi po stracie drugiej osoby. I nie ma się co wstydzić płynących po policzku łez, czy podkrążonych oczu. Pogrzeb to nie sesja zdjęciowa, mamy prawo wyglądać na zasmuconych. Nie ma obowiązku wyglądania nienagannie i perfekcyjnie.
Akurat tak się złożyło że pogrzeb w którym uczestniczyłam zbiegł się mniej więcej w czasie z pogrzebem męża wielkiej międzynarodowej gwiazdy - Celine Dion.
I choć zupełnie niepojętym jest dla mnie relacjonowanie pogrzebu komentując w co gwiazda była ubrana, jakiej marki, jaki miała makijaż, to właśnie ta wielka gwiazda, wiedząc ze pogrzeb będzie, nie tylko fotografowany ale i relacjonowany w telewizji, nie wstydziła się swojej nieidealnej twarzy, przecież z wyrytym na niej smutkiem i cierpieniem.
Dlatego nie znoszę kiedy, prawie widzowie - bo tak można nazwać kuzynkę kuzynki wujka od strony ciotki - lezie po cmentarzu w zimowym futrze, rękawiczkach, opasce na głowie i okularach przeciwsłonecznych. Przyjechałaś na pogrzeb żeby się zaprezentować, pochwalić nową chudszą figurą, czy jednak po to by towarzyszyć komuś w jego ostatniej drodze i okazać szacunek jego rodzinie?. Bo trudno go okazać z brązowo złotymi okularami na nosie. Tym bardziej, że żona i dzieci stały nad trumną SWOJEGO męża i ojca bez okularów. 

No i ta darmowa podwózka na cmentarz....
W końcu autobus tak czy siak pod kościół podstawiają, więc czemu, przy okazji pogrzebu, nie zabrać się na cmentarz i poodwiedzać "swoich". I autentycznie, mówię co widziałam i słyszałam. Ceremonia na cmentarzu dopiero w połowie a tu z jednej strony:
"Natalka, jak chcesz to sobie tu stój, ja idę zobaczyć jak wygląda pomnik u moich", z drugiej "No, to ja teraz idę ogarnąć nasze pomniki, a ty tu zostań i połóż kwiaty".
Nawet nie wiem jak to skomentować, tak samo zresztą jak dzwoniącego w trakcie księżowej przemowy telefonu, którego "roztropna" właścicielka, ani nie odeszła od grobu, ani nie starała się telefonu odrzucić czy wygłuszyć. Za to bardzo usilnie próbowała doczytać się kto do niej dzwoni. Absurd.
I amen.

piątek, 20 listopada 2015

Spectre

Niestety, tym razem nie będzie recenzji nowego Bonda.
Dlaczego niestety?
Bo filmu jeszcze nie widziałam, ale i tak zakochałam się chyba  w agencie 007. I to tak na zabój, na zawsze, na wieki.
Kiedy to się stało?
Ostatnio, zupełnie przypadkiem, podczas spotkania w kasynie Royal.

Gdy się ma  kompletnie zapchany nos, oczy szczypią ze zmęczenia, temperatura otoczenia wdaje się znacznie niższa nic zwyczajnie, głowa pęka w szwach (prawie tak samo jak nos), nie ma się ochoty na zbytnie aktywności. W zasadzie nie ma się ochoty na żadne aktywności, nawet drobne ruchy podczas robienia na drutach, czy manewrowania palcami po touchpad'zie komputera.
Tak się jakoś złożyło, że osobiście doświadczyłam niedawno takiego stanu.
Jedyne czego wtedy chciałam, to utonąć w poduszeczkach na sofie przykryta cieplutkim i mięciutkim kocem, otulona dodatkowo męskim miłym głosem płynącym z telewizji, najlepiej w towarzystwie miłych dla oka obrazków.
No i niby w sobotni wieczór, przy ponad setce kanałów na dekoderze, nie powinno być z tym żadnego problemu. Nie powinno.
Nie należę raczej do telewizyjnych frick'ów. W zasadzie oglądanie tv ograniczyłam do wiadomości, "czarno na białym", "dwóch prawd", "co z tą polską", w zależności od zaproszony gości "kropki nad i", czasem sobotnich powtórek "na wspólnej" i "Twoja twarz  brzmi znajomo".
Nie zdawałam sobie sprawy, że telewizja tak strasznie schodzi na psy. Żadnej filmowej premiery (nawet tej sprzed trzech lat), żadnego teatru telewizji, jedynie wszechobecne talent show'y.
Co drugi program to młode śpiewające talenty. Aż chciałoby się pomyśleć, ze Polska to wylęgarnia, na skalę światową, zawodowych piosenkarzy i piosenkarek. Tylko jak przychodzi co do czego, to nikt żadnego hitu wypuścić nie umie, ani się nawet przebić.
Może czas najwyższy zacząć szukać fajnych tekściarzy czy kompozytorów, bo śpiewaków to u nas aż nadto. Ale to tylko taka uwaga na marginesie.

No to skaczę z kanału na kanał i popadam w lekką depresję..... No nic na czym by można moje zmęczone oczy zawiesić.......
Tańczą, śpiewają, śpiewają, recytują, oceniają, mordobicie, śpiewają, udają że śpiewają, piją, śpiewają, mordobicie. Im dalej w las, tym ciemniej.
A że śpiewania mam po dziurki w nosie, decyduje się na ostatecznie na mordobicie.
I co? Widzę Daniel'a Craig'a.

Przyznam się bez bicia że przygody James'a Bond'a odrzucałam z założenia.
Nigdy nie widziałam żadnego filmu ani z Sean'em Connery'm ani z  Roger'em Moore'm. Byłam na nie za młoda i na pewno nie zamierzam do nich wracać.
Trafiłam za to trzy razy na Pierce'a Brosnan'a. Nie wykluczone że dwa razy oglądałam  tą samą część przygód agenta 007, bo zarówno w jednym jak i drugim przypadku wytrzymałam tylko 20 minut przed ekranem. Jedynie ze względów patriotycznych obejrzałam cały film w którym wystąpiła Iza Scorupco i wtedy bardzo, ale to bardzo, uprzedziłam się od tej wersji James'a B. Wywyższającego się snoba, ani grama sympatycznego, który oprócz uzależnienia od batmanowych gadżetów w zasadzie nic więcej sobą nie wnosi. Brytyjski, tępy, snob, który bez automatycznych pistolecików, zabójczych piór, czy wybuchowych spinek do koszuli nie umiałby się nawet znaleźć w Lidl'u na wyprzedaży torebek Witchen, czy peronie PKP w Obornikach. Nadęty bufon i buc, z którym nie chciałoby mi się zamienić nawet dwóch słów, a co dopiero pójść do łóżka.
Taka angielska wersja naszego Maślaka, tylko z jeszcze bardziej napuchniętym ego.
Ale żeby nie było. Skoro jedna jaskółka wiosny nie czyni, może jeden kiepsko wyreżyserowany, kiepsko nakręcony, kiepsko zagrany i rozegrany film nie musi od razu skreślać agenta "double O seven". Na drugie podejście dałam mu fory. Zaczęłam od znanej chyba każdemu sceny z Halle Berry wynurzającej się z oceanu w pamiętnym pomarańczowym stroju kąpielowym. I jeśli dodam, że więcej nie pamiętam, to chyba mówi samo za siebie.
Trzeci raz zaczęłam na równie ciekawej, jednak tym razem architektonicznie sceny, gdzie Brosnan podjeżdża małym, czarnym samochodzikiem pod lodowy hotel na lodowej pustyni. Sam hotel super.  Led'owe oświetlenie zmieniające swoimi kolorami cały klimat budowli, ogromna sypialnia z lodowym łóżkiem pośrodku, jasne futro będące nakryciem tego niezwykłego łoża. No i niestety ten sam irytujący agent jej królewskiej mości. Tak samo zmanierowany, tak samo wyniosły, tak samo sztywno nadęty, tak samo nie do przetrawienia.
A skoro do trzech razy sztuka, ja swoje zaliczyłam.

No a tu taka niespodzianka. Nie dość że blondynek, nie dość że z magicznie niebieskimi oczętami, to jeszcze o twarzy prawdziwego faceta. Ze zmarchą, podkrążonym okiem jak trzeba czy małą blizną na policzku.
No nareszcie facet z jajami a nie pustak manekin.
Po pierwsze - ten głos....
Głęboki tak bardzo że można się w niego zapaść i utonąć. Oczywiście szkoda tylko, że tak niewiele go słychać przez durnego lektora. Cóż nie można mieć wszystkiego.
No po drugie, i nie mogło być inaczej - ten uśmiech.
Prawie jak towar deficytowy, dawkowany widzowi delikatnie, subtelnie, niemal jak na receptę.  Taki ciepły, taki z duszy, taki prawdziwy i nieudawany. Zupełne przeciwieństwo poprzednika, który zachowywał się jak dziwka z dzielnicy czerwonych latarni w Amsterdamie, lub nasz rodzimy głupiutki i pustawy Maślak na ściankach, z wiecznie sztucznym, nic nie przekazującym bananem przyklejonym do gęby.
I choć zdecydowanie zbyt łatwo przychodzi mu likwidowanie, lub godzenie się z likwidacją swoich wszystkich przypadkowych partnerek od sexu, to jest to pierwszy Bond, któremu chodzi w życiu o coś więcej niż tylko jazda najnowszymi modelami najbardziej luksusowych aut, brylowanie na spektakularnych balach i zarzucanie się śmiercinośnymi gadżetami.
Nie jest groteskowo przesadzony z własnymi umiejętnościami. Nie jest najlepszym biegaczem, nie powala też 15 złoczyńców na raz walką wręcz (a historia kinematografii przecież zna takie absurdalne przypadki). Nie ma też magicznej intuicji nakazującej mu obkładanie się tylko odpowiednimi i pasującymi do danej sytuacji gadżetami.
A ten dziubek....  te lekko wydęte usteczka. No mnie rozbrajają.

Przeczytałam o Craig'u jedną recenzję w necie. Nie żeby mnie to specjalnie interesowało, szukałam po prostu poprawnej pisowni nazwisk poprzedników. Ów autor listy wszystkich Bondów zarzucił Craigowi bezlitosność i bezduszność w likwidowaniu kolejnych jednostek i fizjonomię przynajmniej bandziora.
Cóż, na szczęście mogę się z tym panem zupełnie nie zgodzić.
Przystojny Pan, to niekoniecznie wymuskana i wypieszczona mordeczka skrywająca zazwyczaj bezkres głupoty. To niekoniecznie kandydat na uczestnika TOP Model, metroseksualny osobnik, któremu układanie włosów zajmuje więcej czasu niż mi cała poranna toaleta.
A do bandziora to temu aktorowi raczej dalej niż blisko.
Nie zgodzę się też, co do zarzutów o bezduszność. Że się nie uśmiecha gdy właśnie pozbawia kogoś życia? Czy może powinien wyjmować z kieszeni chusteczkę i chlipać nad świeżutkimi zwłokami?
Akurat tak się nieszczęśliwie stało że jesteśmy świeżo po terrorystycznym ataku na Paryż, a co za tym idzie po godzinach przeróżnych komentarzy na ten temat. Bardziej mądrych, bardziej głupich, z ust laików i specjalistów.  I właśnie chciałabym w tym momencie powołać się na specjalistę ze służb specjalnych, który powiedział jasno, że w sytuacjach dużego zagrożenia ludzie wyszkoleni do tego typu zadań stają się robotami, działają automatycznie, odruchowo, zgodnie z wyuczonymi procedurami. Dla nich każdy jest potencjalnym zamachowcem. Tam nie ma czasu na myślenie, dedukowanie, rozmyślanie. Jest jasny schemat zachowań, który należy bezwzględnie wykonać.
I właśnie dokładnie taki jest dla mnie ten Bond.
Nie wiecznie spragniony seksu bawidamek, wypielęgnowany, gładziutki aż ślizgi w tych swoich umizgach.
To prawdziwy facet z krwi i kości, który jak ma za cel usunięcie kogoś, to po prostu idzie i to robi. A jak już zakończy myje ręce w zlewie i rusza dalej.
Aż chciałoby się mieć takiego faceta na życie......
Chciało.
I wszystko przede mną :D











niedziela, 13 września 2015

Podziękowania - rzecz ważna

Jaka ja byłam głupia !!!
Godziny przed komputerem w poszukiwaniu odpowiedzi czy Panna młoda sobie życzy mojej skromnej osoby na uroczystości czy nie.
Osobista, prawie życiowa porażka bo nie zdążyłam wrzucić do pamiątki losów na szczęście.
Nie wspomnę o łamaniu przepisów żeby na ceremonię zdążyć, ale powiedzmy ze to była już tylko i wyłącznie moja wina.
Za to jak najbardziej mogę wspomnieć o rozterkach po ceremonii. Czy te łzy w oczach i wyartykułowane zaskoczenie były może spowodowane pozytywnym zaskoczeniem z powodu mojej obecności? Czy naprawdę pannie młodej zrobiłam taką przyjemność? Czy ją ucieszyła tak moja twarz?
Dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć - idiotka ja.
Naiwna kretynka szukająca  na siłę, wbrew wszystkiemu, pozytywów u innych.
Bo para młoda była zbyt zdenerwowana i przejęta tego dnia, bo świadkowa mała tyle na głowie, bo pojawiając się na ostatnią sekundę w zasadzie nie daliśmy rodzinie przygotować się psychicznie na naszą obecność, bo zamieszanie, bo chaos.....
Bla, bla. bla.......
Oczywiście para mogła być stremowana (i odrobinę zblokowana), oczywiście nasza obecność mogła zaskoczyć wszystkich, także rodziców panny młodej (choć Ci mieli na głowie dużo mniej tego dnia) i oczywiście że panował tam wielki chaos  i choć uważam, że są ludzie którzy i w takiej sytuacji świetnie umieliby się znaleźć, od mojej wymagałam tylko przyzwoitości.
I nie koniecznie ad hoc. Gdy opadły już emocje, gdy opadło podekscytowanie.

Niektórzy z Was zapewne chętnie powiedzieliby że po co tam lazłam skoro teraz mam wobec młodych jakieś oczekiwania. Od początku zasady były jasne. Zostałam zawiadomiona, więc przymusu pojawienia się na uroczystości nie było.
Oczywiście że nie było, oczywiście także że nie mam jakiś oczekiwań. 
Nie czekałam na kosz kwiatów czy ogromniastą bombonierkę z podziękowaniem że wielmożne Państwo zaszczyciło parę swoją obecnością podnosząc prestiż całej uroczystości, stwarzając przy tym ogromną niespodziankę pannie młodej doprowadzając ją do łez.
Nic z tych rzeczy. Liczyłam jednak na to, że jako kuzynka pierwszej wody, skoro byłam na jej ślubie znajdzie chwilę żeby wpaść i "przy okazji" przedstawić męża, przy okazji zaprosić na zapoznanie do siebie, lub umówić się na zapoznanie ma się na piwo / lody / lampkę wina, gorącą czekoladę na mieście.
Czy to dużo?

I tu, korzystając z okazji, chciałam powrócić do praktycznych rad dla przyszłych małżonków.
Ślub cywilny, pomimo wielu, wielu wad, ma jedną przewagę nad ślubem kościelnym.
Podczas gdy  w tym drugim przypadku wszystko po ceremonii zaślubin, bez względu na pogodę, odbywa się na wolnym terenie, czasem bardzo dużym i rozległym, trudno byłoby młodym nawet próbować zapanować nad tłumem gości. W zasadzie jest to niemożliwe, o jakiś przemowach czy podziękowaniach nawet nie ma co myśleć.
Urząd Stanu Cywilnego natomiast daje nieograniczone możliwości.

Zatem droga Młoda Paro,
jeśli decydujecie się na ślub cywilny pamiętajcie że po złożeniu życzeń Wasi goście z kieliszkiem szampana  grzecznie i miło będą czekać na gest Wasz, lub Waszych świadków.
Proszę przygotujcie się na taką ewentualność.
Nie każę Wam przygotowywać czterostronicowego orędzia czy prezentacji w power point'cie, nie oczekuję błyskotliwych przemówień pełnych zabawnych anegdot. Nie każdy złotoustym jest, nie każdy też musi nim być.
Uważam natomiast, że to fantastyczny moment żeby podziękować zebranym za przybycie, za uczestniczenie w tej tak ważnej dla Was chwili. Szczególnie jeśli wśród gości znajdują się osoby których nie spotkasz w pracy, nie miniesz na uczelnianym korytarzu, nie wpadniesz na nich w osiedlowym sklepiku. Być może to jedyna okazja żeby im podziękować (szczególnie gdy nie macie najmniejszego zamiaru specjalnie się z nimi spotykać).
Nie kosztuje to wiele, a gwarantuje Wam że  wywoła uśmiech i serdeczność przybyłych. Jeśli sami nie czujecie się na siłach żeby publicznie przemówić, użycie do tego świadków też nie będzie źle przyjęte. To malutka rzecz, a ogromnie cieszy.

Drodzy rodzice Młodej Pary,
nawet jeśli jesteście największymi zazdrosnymi i zawistnymi burakami na świecie, na te pół godzinki wznieście się ponad swój poziom. To tylko dwa kwadranse, a pomijając całą ceremonię, jakieś piętnaście minut.
Naturalnym jest, że jako pierwsi staniecie do kolejki z życzeniami i jako pierwsi będziecie mieli to za sobą, zatem sporo wolnego czasu do toastu czy podziękowań.
Stawanie w tym czasie dupą do całego przybyłego towarzystwa i oglądanie w pierwszym rzędzie kolejnych pleców składających (niesłyszalne i tak dla Was) życzenia nie jest widokiem intrygującym, którego nie sposób sobie odmówić.
Schowajcie zatem swoja dumę i tony zawiści i zachowajcie się na poziomie.
Podejdźcie do gości, uśmiechnijcie się, zagadajcie, przywitajcie, podziękujcie za przybycie (nawet jeśli liczyliście że się nie pojawią). Szczególnie do tych gości, którzy na wesele nie zostali zaproszeni. Na pozostałych wpadniecie jeszcze czterdzieści siedem razy podczas ślubnej imprezy, będzie mnóstwo sposobności na krótką pogawędkę. W przypadku tych, okazji na wymianę uprzejmości w najbliższym czasie może nie być. Naprawdę warto ten czas wykorzystać elegancko i z klasą.

W mojej sytuacji tak się nie stało....
Para Młoda, pewnie z powodu braku doświadczenia w tym temacie, nie przygotowała się do szapanowych toastów/podziękowań. Poszli na żywioł i być może ze względu na nieoczekiwanie wysoką frekwencję z swoimi gośćmi zdążyli tylko podzielić się tym zaskoczeniem.
Rodzice Panny Młodej uznali że mimo wszystko plecy życzących są dużo ważniejsze i ciekawsze niż wymiana dwóch zdań z własną rodziną i znanymi zawiadomionymi.

Myślałam że refleksja przyjdzie chociaż w dniach następnych. Już bez emocji, bez presji, bez zaskoczenia, na spokojnie przemyślą wszystko i się zrehabilitują. Byłam pewna że w najbliższych dniach młodzi sami, czy z rodzicami, pojawią się w moich drzwiach. Tak wpadając niezobowiązująco w odwiedziny do rodzinki. Na kawkę z paczką Delicji lub bez.
Nie wpadli.
Nie umówili się też na mieście.
Tak naprawdę w ogóle się nie skontaktowali, choć od ich ślubu minęło kilka rodzinnych uroczystości, na które mogli przyjechać.
Za to ostatnio dowiedziałam się że dzień po własnym ślubie, młodzi z rodziną pojawili się w gościach (czy bardziej na własnych poprawinach) u wspólnej ciotki. Starej, wrednej jędzy mieszkającej 600 metrów ode mnie.
Można i tak.......
W końcu ja im spadku nie zostawię.......

czwartek, 6 sierpnia 2015

Ślubnych kłopotów ciąg dalszy

No to sobie wykrakałam, a raczej przepowiedziałam ciąg dalszy weselnych kłopotów i dylematów...
Życie.... podobno najlepszy scenarzysta, choć czasem potrafi wypuścić takie gnioty....

Jest sobotnie wczesne popołudnie.
Pogoda piękna, słoneczna, cieplutko. Jadę sobie spacerowo rowerem przez wieś, lekki wietrzyk smaga moją buzię. Prawie idealny relaks. Z ulicy widzę natłok aut przy działkowych ogródkach. Myślę sobie, że ktoś tu organizuje niezłe grill party. Tylu gości. Będzie impreza jak się patrzy, albo jeszcze lepiej. I kiedy już zaczynam wyobrażać sobie tego ogromnego grilla który jest w stanie obsłużyć taką listę gości....ŁUP. Grom z jasnego nieba.
Moim oczom ukazuje się klęczący przy drodze wąsaty Pan, w ręku trzyma wiecheć bardziej świerku niż kwiatków.
I nagle wszystko jasne. Jest sobota - dzień ślubów, a ogródki w sąsiedztwie mają kościółek - stąd tyle samochodów, natomiast wąsaty Pan jest powodem mojego natychmiastowego skoku ciśnienia.
"Brama".
Zjawisko spotkane już coraz częściej tylko na wsiach, choć moim skromnym zdaniem powinno zostać wyeliminowane zupełnie i to w trybie natychmiastowym. Idiotyczny wymysł chyba etatowych pijaczków, który z niezrozumiałych dla mnie względów jest przez ludzi utrzymywany.
Krew mnie zalewa, ale po kolei.
Okazuje się, że wąsaty Pan i tak wykazał się ogromnym zaangażowaniem, bo nie dość że musiał namęczyć się przy zrywaniu gałązek świerku, to jeszcze albo uszczuplił swój zapas przydomowych kwiatów, albo pozwolił sobie na drobną kradzież. Szczęśliwie drobną, bo zaledwie jeden kwiatuszek. Przy okazji, cóż za nowatorskie podejście do tematu ślubnych bukietów. Do tej pory choinkę spotykałam raczej przy wieńcach pogrzebowych, ale kto wie, może właśnie wąsaty Pan stworzył nowy trend we florystyce.
Obok Pana klękają dwaj następni. Już zupełnie z pustymi rękoma. Będę dosadniejsza: na tak zwany krzywy ryj.
Najwidoczniej zamierzali, dla czystego sumienia, podłączyć się pod ten sosnowy wiecheć. W końcu mają kwiaty....
A im dalej jadę, tym tłoczniej przy drodze.
Samotna "bramianka" - cóż może to i niespodziewane, ale jak kobieta jest w stanie poradzić sobie z zatrzymaniem auta weselników dlaczego nie??
Tu już widać, że ogrodowe kwiecie nie było traktowane wersją oszczędnościową. Bukiecik bardziej okazały, nawet przyozdobiony złocącym się zbożem.
Następnie para pijaczków z przeszłością. Ubranie przynajmniej przedwczorajsze ale za to każdy trzyma w ręku po jednej gałązce kwiata.
Dalej pijacki trójkącik, pewnie koledzy od kielicha.
Są także kobiety, zapewne mieszkanki pobliskiego bloku, bo większość z brzuchami utytłanymi od obiadowej mąki, te również poszły na żywioł bo z pustymi rękoma.
I mogłabym dalej wymieniać, bo korowód oczekujących na złożenie życzeń młodej parze był spory i barwny..... zapewne równie spory jak apetyt na darmową wódkę.
Odjechałam stamtąd jak najszybciej.

No nie znoszę tego zwyczaju.
Gdyby kiedykolwiek przytrafiłoby mi się branie ślubu w wiejskim kościółku, daję Wam swoje słowo, zadzwoniłabym po policję i czekała aż cała towarzystwo rozpędzi.
Masz niepochamowaną potrzebę złożenia mi życzeń z powodu mojego ślubu?
Idź do domu, weź prysznic, ubierz czystą koszulkę polo/ bluzeczkę - nie wymagam garnitura/garsonki - przyjdź do kościoła/ USC, wysłuchaj mojej przysięgi, a potem jak wszyscy stań w kolejce i jak przyjdzie twoja pora złóż życzenia, Nie każda panna młoda ma ochotę mieć bezpośredni kontakt z przepoconym sąsiadem/sąsiadką w jeszcze bardziej przepoconych ubraniach i nieświeżym oddechem, a już zupełnie alkoholowym. To MÓJ dzień, MOJE święto, okaż mi szacunek, a nie z brudem za pazurami i tygodniowej koszuli pchasz mi się przed auto torując wszystkim drogę tylko po to żeby dostać flaszkę wódki. I bądźmy szczerzy, mnie to masz głęboko w dupie. Ale nie tylko mnie, są jeszcze moi weselni goście.

I zanurkujmy w bogatym worku doświadczeń gościa weselnego.
Umówmy się, mało kto szykując się na ślub z weselem myśli o napełnieniu brzucha przed uroczystością. Po ludzku nie ma na to czasu
Jest gorączkowe szukanie lokówki/prostownicy po całym domu. Opcja zamienna, wkur***nie z powodu przedłużającej się wizyty u fryzjerki (a zaklinała się na wszystkie świętości że taki kok to nawet kwadransa jej nie zajmie!!!), jest gorączkowe prasowanie kolejnej koszuli, bo kochanie olało wczorajszą prośbę o sprawdzenie czy na pewno ta różowawa koszula nie ma plamy z imieninowego sosu u cioci Zosi. Dodajmy do tego, jak na złość nie wysychające paznokcie, dwa kilo nadwagi, krwawiący piszczel, bo kochanie ponaglało prośbę o wolną łazienkę, a golenie w stresie to nie przelewki. Poszukiwania zaginionych skarpetek, tego pięknego wisiorka, który właśnie został zakupiony na specjalne okazje, ale jakoś nigdzie go w domu nie ma. A jeśli jeszcze istnieje potrzeba/mus zahaczenia "w drodze" o bankomat bo jakoś nikomu nie przyszło do głowy wyciągnąć wcześniej gotówkę do koperty. Sami wiecie...
I jest to opcja bezdzietna, łatwiejsza.
Gdzie tu znaleźć miejsce na pyrki, rozbijanie kotleta i krojenie ogórka na mizerię.
Jeszcze gorzej jest w wersjach wyjazdowych. Tu nawet jeśli jesteś tak zorganizowana że wszystko jest na czas, a nawet przed czasem, to głupio zapytać sąsiadkę, u której zostałaś zakwaterowana o dostęp do jej prywatnej kuchni i garnków, bo masz gotowy obiad w słoikach i chciałabyś to tylko odgrzać :P  
I  mamy najbardziej autentyczną z autentycznych historii:
Wesele u kuzynki, w  mieście. Żar leje się z nieba, na przykościelnym parkingu samochód nagrzewa się jak jajo na patelni, z nieznanych mi przyczyn ślub jest trochę opóźniony. Ksiądz ględzi jak potłuczony, goście w ławkach coraz bardziej zniecierpliwieni i głodni. Mało tego że ceremonia ślubna była opóźniona, to świadkowa zupełnie zapomniała o swoim obowiązku - nie ma ryżu do obsypania pary młodej. Więc wszyscy zamiast już wyjść przed kościół, złożyć życzenia, wsiąść do auta i w końcu rozpocząć zabawę, stoją w kościele jak te palanty i czekają na dostawę kilograma ryżu z pobliskiego sklepu.
A żar się dalej z nieba leje i auta nagrzewają. W końcu ryż dociera, romantyczne fotki przed kościołem zrobione, życzenia złożone, można wsiadać do sauny, bo trudną tą puszkę po całym dniu stania na słońcu nazywać jeszcze autem.
No niestety, nie każdy jest szczęśliwym posiadaczem klimatyzacji w samochodzie (szczególnie sporo lat temu), nie każdy posiadacz klimatyzacji chce jej w taki sposób używać, a nawet jeśli ma i chce, to po dwóch godzinach w czterdziestostopniowym upale auto też potrzebuje czasu żeby do siebie dojść (złapać odpowiednią temperaturę dla klimy).
Goście do aut wsiedli, orszak weselny ruszył.... i stanął. Raczej nie z powodu zamkniętego przejazdu kolejowego, bo takiego nie mijałam w drodze do kościoła, może komuś nawaliło auto. I teraz co? wysiadać? szukać powodu zatrzymania? A jeśli to tylko chwilowe i zaraz kawalkada ruszy dalej? Wtedy już bez nas i reszty za nami. No to siedzimy w tej nagrzanej puszce, auto na gazie i trujemy środowisko. Dłuuuuga chwila mija, ruszamy ponownie i.... ponownie się zatrzymujemy.
Szlag by to trafił.
Schemacik powtórzył się jeszcze trzy razy. Za to już na wyjeździe z rejonu kościoła zagadka tajemniczych zatrzymań okazała się prozaiczna.
Etatowi, zawodowi "bramiarze". Cholera nowa grupa zawodowa na weekendy. Naprawdę.
Siedzi sobie kilku dziadów (bo inaczej określić się tego nie da) na zdezelowanych "krzesłach" po dwóch stronach dróżki z kościoła, na ziemi kilka mini "dożynkowych wiechci" z polnych kwiatów. Już raczej się nie przydadzą bo było przed 19:00,  ale że to ma odwagę i czelność stać, a dokładniej siedzieć, tak na bezczelnego?!
Mam uwierzyć że przytargali tam krzesła, przygotowali tyle wiązanek tylko po to by pogratulować jedynie mojej kuzynce zamążpójścia??!! Na pewno !!!!.
I nie dość że bramowi żule potrafią sporo kosztować nie jedną młodą parę, to na dodatek bardzo skutecznie denerwują zaproszonych gości.
Nie potrzeba geniusza żeby do dwóch dodać dwa.
Środek lata, gorącz, upał i trzyczęściowy garnitur na grzbiecie. Koszula zapięta pod szyją, sztywny kołnierzyk, większy lub mniejszy węzeł od krawata (zależne od aktualnej mody). Kryte buty, skarpety. Można się udusić, albo przynajmniej paść z przegrzania. Dobrze jeśli dodatkowo w ręku jest  tylko leciutka koperta z banknotami, a co jak trzeba trzymać jeszcze komplet garnków, wielofunkcyjnego kuchennego robota, czy tak modny ostatnio i-robot??.
Bo na ślub to obowiązkowo garnitur z kamizelką na podszewce. I żeby nikomu nie przyszła do głowy wersja przewiewnej i lekkiej lnianej marynarki do równie przewiewnych i lekkich lnianych spodni.
Że przyjemnie? że znośnie? Nie ważne.
Ma być dostojnie, ma być odświętnie, nawet jeśli pod pachami robi się dolina Nilu.
Dobrze. Wytrzymałeś drogę do kościoła, wytrzymałeś ceremonię, wytrzymałeś nawet ustawioną zazwyczaj w słońcu kolejkę do życzeń, a jeśli masz szczęście twoja weselna para została obsypana bez większych konsekwencji ryżem lub papierowym konfetti. Tylko dlaczego musisz jeszcze wytrzymywać niekończące się postoje w nagrzanym samochodzie tylko dlatego, ze ktoś znalazł sobie sposób na darmowe zapełnianie prywatnych alkoholowych zapasów ??!!.
Z paniami wcale nie jest tak bardzo inaczej. Oczywiście zamiast pełnego ogarniturowania Pani może sobie wskoczyć w przewiewną koronkę, delikatny szyfon , tiul czy leciutki jedwab, ale za to w przeciwieństwie do Pana, nie wyjmie z kieszeni chusteczki i nie otrze dyskretnie zroszonego potem czoła (przez pełen maku-up oczywiście) . Nikt również nie zagwarantuje że wraz z odpływem resztek cierpliwości nie spłynie jej z twarzy, tak strasznie dopieszczany w domu przed lustrem, makijaż.  I jeszcze na dodatek to koszmarnie przedłużające się stanie w tych weselnych korkach w nagrzanym aucie, zamiast siedzieć już, być może w klimatyzowanej sali weselnej, sącząc prawie lodowate napoje.
Oczywiście kretyński wiejsko-miejski zwyczaj robienia bram nie jest jeszcze końcem świata. Nie zamierzam również go demonizować, czy robić horroru z tego nadprogramowego stania w samochodach, ale....
 dorzućmy jeszcze do tego gorącego auta dwójkę dorastających nastolatków którym zdążyły już paść baterie i w i-podach i w i-padach i jeszcze I-phonach na dokładkę.....
Co? Przyjemnie? Komfortowo?
Genialny początek weselnej zabawy.
I to tylko dlatego, że ktoś miał tupet, czelność i brak skrupułów przed naciąganiem, bogu ducha winnych, Państwa Młodych  na "połówkę" czy "ćwiartkę".

Życie.....



wtorek, 28 lipca 2015

Statystyka bloga czyli ślubne klimaty na TOP'ie

Niewiarygodne, ale nie wiem czy przypadkiem nie znalazłam swojej niszy.....
Ja, wieczna singielka, królowa lodu.....
I to w ślubno/weselnym temacie :)

Dlaczego tak myślę?
Liczby mówią same za siebie:


Oczywiście Francję i Turcję traktuję jako jednorazowe zagubione duszyczki, które zjawiły się przez przypadek i zdecydowanie tu nie wrócą. Ale 19 wejść jest z  samej Polski przez jeden dzień!
Aż złapała mnie trema że mam więcej niż dwie czytelniczki.


W tygodniu aż 100 wejść na dwa ostatnie wpisy o tematyce ślubnej.

Może jeszcze nie książka, ale zdecydowanie musi się tu pojawić jeszcze jeden wpis w temacie potencjalnych wpadek :)

WOW !!!!
Przepraszam, ale z wrażenia muszę dojść do siebie :D

poniedziałek, 27 lipca 2015

ach co to był za ślub !!! :)

Właściwie czy bez względu na to jaki był czy w ogóle chciałabym tak napisać  o cudzym ślubie?

Myślę że tak.  Powiedzmy że z wyboru jestem takim trochę dyżurnym gościem weselnym więc trochę w tym temacie się już przeżyło, ale do tej pory żaden nie tylko że nie spełniał moich marzeń, ale nawet oczekiwań. Nie wiem, być może to syndrom niezrealizowanej panny młodej której nic nie zadowoli, ale to co było mi dane zobaczyć i przeżyć zupełnie bajki nie przypominało, a niestety było mniej niż satysfakcjonujące. I dla odmiany fajnie byłoby przeżyć taki bajkowy ślub, nawet jeśli miałoby się być tylko złośliwą, brzydszą siostrą panny młodej-królewny a czy jej dalszą kuzynką trzecioplanową. Byleby stać  się częścią takiej bajki.
Jak się okazuje, ślub cywilny z samego faktu bycia ślubem cywilnym przekreśla bajkowy pierwiastek już na samym początku - oczywiście to tylko i wyłącznie moja opinia i moje zdanie. Ale zaufajcie mi, tak właśnie jest :P. Jednak co mnie zaskoczyło, czego nigdy wcześniej bym nie przewidziała - tą ceremonię wypadałoby również zaplanować i to w każdym detalu, bo można sporo schrzanić i zaliczyć jeszcze więcej wpadek.....  Człowiek uczy się całe życie :)
Moja osobista historia z tym typem ślubu jest o tyle jeszcze trudniejsza że akurat zawiadomienie o nim bardzo skutecznie zdystansowało mnie do samej  uroczystości. I nie tyle zawiadomienie jako forma zaproszenia,  co rozterki dotyczące ewentualnego pojawiania się lub nie w urzędzie, co z kolei pociągnęło za sobą przeczytanie tych dziesiątek  idiotycznych forów poświęconych ślubom i prawie nic nie wnoszących ślubnych blogów. Powiem to raz jeszcze: irytujące doświadczenie.
I ponownie dam wyraz zdziwieniu  że taki potężny biznes do internetu podszedł wyjątkowo po macoszemu, ale może u nas na to jeszcze za wcześnie.
Wracając jednak do mnie. Jak już wcześniej Wam pisałam zdecydowałam się tam pojawić. Jak się okazało jako jedyny przedstawiciel tej strony rodziny.
Naturalnie nie dziwię się pozostałym, sama miałam dużo wątpliwości, które nie opuściły mnie do samego końca. Na prawdę trudno było się domyślić co nadawca miał na myśli wysyłając same zawiadomienia pocztą, skoro w zasadzie to można je było roznieść pieszo i wszystko wyjaśnić/rozjaśnić. I żadnym wytłumaczeniem jest tutaj natłok pracy i obowiązków bo zarezerwowanie miejsca na uroczysty obiad dla części rodziny czy terminu w urzędzie nie jest zajęciem aż tak strasznie czasochłonnym  wymagającym tak ogromnego zaangażowania. Również, jeśli nie wstydzisz się zapraszać najbliższą rodzinę na sam ślub dokumentem, nie widzę powodu dla którego należałoby wstydzić się zrobienia tego samego w formie ustnej-bezpośredniej. A tak, okazało się że dla sporej części rodziny taka forma zawiadomienia wrzucona do skrzynki odebrana była jako lekceważąca i dyskwalifikująca do pojawienia się w urzędzie, co rozumiem. Osobiście uważam że tak potraktować to sobie można kumpla ze szkoły, równolatkę z podwórka czy koleżanki z pracy, ale nie najbliższe ciotki starsze o przynajmniej dwie dekady. Tak po  prostu nie wypadało zrobić. Jednak, zakładając że intencją była oczywiście CHĘĆ zaproszenia wszystkich na samą ceremonię zaślubin, moim zdaniem rozegranie z zawiadomieniami było  "tylko" lub "aż tylko" słabe,  natomiast świadczące jedynie o poziomie rodziców z nowożeńcami. Zdarza się.
Już tak całkowicie na marginesie, mówi się ze pycha kroczy jeden krok przed upadkiem, zatem jeśli ktoś jest święcie przekonany o swojej świetności, inteligencji i wyższości nad przeciętnymi szarakami-robolami-głupolami może czasem zaliczyć wpadkę.
Ja postanowiłam pojechać. Szczęśliwe dla mnie, im bliżej było ślubu tym lepiej czułam się z podjętą decyzją. To że rodzice panny młodej to głupie, zawistne wieśniaki, tak złośliwe i wredne że nie potrafią tego ukryć, bezczelne kłamczuchy, złodziejskie nasienie, to inna kwestia. Dzieci jednak nie ponoszą odpowiedzialności za słowa i czyny rodzicieli, szczególnie że w nie tak znowu dalekiej przeszłości  zdarzało nam się spotykać od czasu do czasu i to nie tylko na imprezach rodzinnych. Nawet pomimo, moim zdaniem, ewidentnej wpadki z zaproszeniami/zawiadomieniami.  I właśnie ze względu na te stare dobre wspomnienia postanowiłam towarzyszyć nowożeńcom w tak ważnej dl nich chwili.
Tym bardziej, że przynajmniej teoretycznie, kłopotów z samym wybraniem się na ceremonię nie przewidywałam. Szafa szczęśliwie  kryje kilka "uroczystych" zestawów ubrań na nieoczekiwane wydarzenia, z butami tez nie powinno być żadnego kłopotu  a cięte kwiaty mogę dostać na miejscu.
I to na tyle, jeśli chodzi o teoretyczny brak problemów J. Tu zacznie się jazda. Nie uprzedzając jednakże faktów.
Kilka dni wcześniej, przezornie, bo z tym mam trudności, skompletowałam sobie ubranko. Zdecydowałam się na zestaw sukienki nieco bardziej odświętnej ze zwykłym dzianinowym sweterkiem, a do tego sandałki na lekkim obcasie. Nic nadzwyczajnego, nic ekstrawaganckiego.  W końcu byłam tylko osobą zawiadomioną, nie należało więc odwalać się jak struś w Boże Ciało. Internet podpowiedział  kilka szybkich i łatwych fryzurek z lichych włosów- to zdecydowanie moja pięta achillesowa - i dzięki Bogu J.
Dwa dni przed ślubem wybrałam się na zakupy. Miałam wybrane w internecie wzory ładnych wiązanek, na których miałam się wzorować przy tworzeniu własnej, sprawdziłam i zaklepałam dostępność kwiatków na wieczór przed uroczystością, kupiłam wstążki i organzę . Wściekłam się tylko bo nie dostałam losów, które miałam dołączyć do kartki. Nie dość ze zmarnowałam  dziesięć minut oczekując przy kasie na kogoś z obsługi w interku, kasa z alkoholem zawsze jest tam pusta :/, to jeszcze babsztyl po takim czekaniu powiedział ze system do losów się zawiesił więc mogę się bujać.
Ani przepraszam, ani informacji jak długo może to jeszcze potrwać, ani nawet próby obejścia problemu. Tyle w temacie nasz klient nasz pan, ale na co ja liczyłam skoro AŻ DWA razy grzecznie poprosiłam inną kasjerkę o przywołanie kogoś na stoisko. Trzeba było siedzieć cicho i posłusznie, z załadowanym po szyję koszem, licząc że się Pani szanownie pojawi sama, w odpowiedniej dla niej porze.  Oczywiście mogę być tylko zła na siebie że raz: domagałam się obsługi, i dwa:  że nie zaszłam po drodze do Kolportera, przecież tam też sprzedają takie pierdoły. Ale jak się ma na głowie rowerową drogę powrotną do domu i górę zakupów, której nie ma się pojęcia jak zapakować do jednego malutkiego koszyczka, trudno  o myślenie kompleksowe. Założyłam że w drodze do urzędu po prostu zajadę raz jeszcze po losy, licząc tym razem na więcej szczęścia.
W piąteczek wieczorem jeszcze posprzątałam, w końcu nikt przy zdrowych zmysłach nie zabierałby się za pucowanie podłogi ze świeżo malowanymi pazurami, prosto po tak wzniosłej chwili zaślubin. Zajęło mi to więcej czasu niż planowałam (jak zwykle), ale przed północą mogłam spokojnie wleźć do wanny, namoczyć giry, zeskrobać pięty i ogolić co nieco. I dzięki Bogu że to zrobiłam. Zastanawiałam się jeszcze nad farbowaniem głowy, ale że noce teraz takie gorące, a po farbie walę zawsze za dużo odżywki na włosy, nie wiadomo było co bym zastała na głowie dnia następnego. W to miejsce maznęłam pazurki lakierem. I po raz kolejny dzięki Bogu.
Ponieważ tak mam że najgorętsza woda leci u mnie zawsze o pełnej, ustaliłam sobie farbowanie na trzy godziny przed uroczystością, fryzurka na youtube zajmowała autorce pięć minut, makijaż w moim wykonaniu też nie trwa więcej niż dziesięć, reszta zaplanowana i przygotowana w każdym szczególe, muszę tylko ułożyć bukiet, i spokojnie się wyrobię.Nic bardziej mylnego bo właśnie  od tej chwili zaczęły się problemy. Zamiast ruszać z farbowaniem musiałam zatrzymać się na małą pogadankę na temat zdrowego odżywiania i detoksykacji organizmu. Jakby akurat teraz to był temat najistotniejszy. A to był zaledwie początek, bo co bym powiedziała na towarzystwo podczas ceremonii?. Trochę się tego nie spodziewałam, szczególnie że wcześniej nie było mowy o wybraniu się razem ze mną, ale co tam, przynajmniej nie będę musiała stać w urzędzie samotnie jak palant, czy raczej palantka,a samochód jest zarejestrowany na pięć osób, miejsce siedzące się znajdzie. Tylko nie każ mi dyskutować na ten temat, no nie teraz.
Włosy farbnęłam, gąbką siebie wyszorowałam, połysku balsamem z brokatem nadałam, ruszyłam do bukietu. No i tutaj kolejne zaskoczenie. Bo bukiety teraz mają być dwa. Niby żaden problem, tylko surowca jakoś tak brak, nie wspominając o koncepcji, bo bukiety muszą być przecież różne (???). A może by jeszcze tak dodać coś z balkonu? Mamy piękne liście, czarujące dzwoneczki.....
 Spoko, jestem za, tylko że trzeba to jakoś przejrzeć, powycinać, poprzycinać a obie jesteśmy w gaciach i z ręcznikami na głowie. No i jedna z nas na dodatek nie ma jeszcze pomalowanych paznokci, bo oczywiście w  tym momencie moja jedna warstwa położona przed snem naturalnie stała się pełnym manikiurem i pedikiurem.
No to lecę po szlafrok, bo sąsiedzi nie muszą koniecznie zaczynać dnia od obrazka mnie w samej bieliźnie, i czuję tylko jak puszcza mi lewe silikonowe ramiączko od stanika. Jedna lekko nadwisająca pierś pod szlafroczkiem to jeszcze pikuś, gorzej będzie z sukienką wyjściową. Kwiaty nacięte, końcówki włosów zdarzyły się przez ten czas w ręczniku przesuszyć, stanik wisi niesymetrycznie, a ja zaczynam delikatnie odczuwać presję czasu. Każdy kwiat inne długości, wszystkie z niepoobrywanymi liśćmi (następnym razem to będzie pierwsza rzecz jaką zrobię przynosząc kwiaty do domu) z domowego kwiecia wyskakują żuczkowe niespodzianki. I dwie, różne wiązanki na głowie. Sięgam do wiadra z wodą i kwiatami raz, drugi, trzeci, czwarty i czuję że się to dla mnie źle skończy. I skończyło. Badziewny lakier odleciał z części paznokcia. Szlag by to trafił. Akurat dzisiaj.
Czas leci nieubłaganie, wiązanki mniej więcej ułożone, ja w międzyczasie wysłuchuję oczywiście szczyptę krytyki, że nie mam wyobraźni, że dwa bukiety są i tak do siebie podobne. A jak mają podobne nie być, skoro mamy te same  rodzaje kwiatków, w tych samych kolorach. I tak jeden jest długi i niesymetryczny, a drugi malutki i tworzy kopułkę. Nie zgadzam się z krytyką i nie przyjmuję jej więc mężnie w ciszy. Wręcz przeciwnie, pozwalam sobie na małą acz dosadną wymianę zdań. Robi się gorąco, czasu coraz mniej. Wstążki i organza poczekają, w najgorszym wypadku można z nich zrezygnować. W tym momencie priorytetem staje się problematyczny stanik, brak fryzury i niewyjściowa, niezrobiona twarz.
Ramiączek silikonowych w domu na szczęście jest więcej, na nieszczęście żadne nie pasują do stanika, bo to co że ten sam rozmiar, bo to co że ta sama firma, bo to co że ten sam fason, ale kolor inny i okazuje się że czarne staniki Triumpha mają nieco większe haczyki przy ramiączkach niż białe. Na oko tego nie widać, ale za cholerę nie wejdą w nieswoje uszko. Zmarnowane, tak cenne, pięć minut szarpaniny i nierównej walki,  ale co tam, jest pomysł jak to obejść. Zakładam spowrotem białe haczyki i postanawiam urwane (a dokładniej rozklejone) ramiączko związać na supełek. Ekstremalne sytuacje wymagają ekstremalnych rozwiązań. Oczywiście  ekstremalne rozwiązanie wytrzymuje trzydzieści metrów, trudno, pójdę z cyckiem lekko zwisającym. Włosy koszmarne, na szczęście pamięć lepsza, mniej więcej fryzura zostaje odwzorowana. Przy okazji wielkie dzięki opaczności za zakup trzy lata temu ozdobnej spineczki, pasuje jak ulał do żółtego sweterka i jeszcze ratuje a'la koka.  Makijaż to pestka ale zaczyna dolatywać do moich uszu niezadowolenie i lekkie rozczarowanie brakiem profesjonalnego pazłotka do kwiatów, no i nie ma dobrych nożyczek czekających obok wstążki. Przynoszę nożyczki, wracam do makijażu. Guła, nie przygotowałam również szpileczek które także natychmiast muszę donieść. Jest dwadzieścia minut do ceremonii a ja półnaga, bez wypisanej kartki (dlaczego do diabła nie wypisałam jej dwa dni wcześniej !!!!!!) i wykończonego bukietu. W tym momencie jasne jest, że o kupieniu losów mogę zapomnieć. Niech piekło pochłonie niekompetentne złośliwe ekspedientki i pół ekipy interka. Bardzo zirytowana, cały czas kontynuując pyskówkę na temat jak gwiazda nie potrafi się nigdzie wybrać na czas, jak gnije do dwunastej, jak królewna musi być zawsze królewną, w pośpiechu wrzucam do torby fatalnie wypisana pamiątkę i biżuterię. W końcu 10 minut drogi autem to czas na doubranie się. Wrzucam lakier (być może uda się jeszcze przelecieć paznokieć), wykańczam mój bukiet i ….. wracam żeby zamknąć drzwi w kuchni bo Pani woli stać i mi dowalać, zamiast zrobić coś pożytecznego. Wyjeżdżam autem, Pani w tym samym czasie stoi bezczynnie i czeka a drzwi zewnętrzne same się zamkną….. cóż, nie zamkną.
Kolejna cenna minuta. Na samochodowym zegarze jest 12:49. Jeśli nie ma korków, przy dobrych wiatrach do centrum zwykle docieram w dziesięć minut. Pod warunkiem oczywiście że ulice będą puste, że światła będą mi sprzyjały, że bez problemu znajdę miejsce pod urzędem stanu cywilnego  no i najważniejsze, że  przejazd kolejowy będzie otwarty, z boską pomocą może uda mi się przebyć tą trasę dokładnie w te dziesięć minut. Minutkę daję sobie na dojście i wejście.
Zwykle staram się Bogu dupy nie zawracać swoimi pierdołami. Jest problem głodu w krajach afrykańskich, ataki terrorystyczne, kataklizmy pogodowe, klęski żywiołowe, jednym słowem problemy ważne i istotne dla tysięcy, a nie dla jednej osoby która dach nad głową ma, i póki co w lodówce też zawsze coś leży. Jednak kiedy się już do niego zwracam o pomocą, to zawsze jest to absurdalnie głupia prośba, niegodna nawet jego interwencji. Dziś prosiłam o otwarte tory. Dostałam. Dwie "L" po drodze także, na szczęście szybko skręcały więc mogłam się rozpędzić (oczywiście do przepisowej pięćdziesiątki :P). Pomarańczowe światła zaliczam do zielonych, płatny parking pod urzędem w soboty nie obowiązuje, z auta wysiadłyśmy o 12:59.
W zasadzie rzutem na taśmę, tak jak weszłyśmy do urzędu tak nie zwalniając zatrzymałyśmy się w sali ślubów do której już wszystkich spędzano.
Udało się. I tyle na temat przygód, planowania czy relaksujących przygotowań do ważnych uroczystości choć niezakupienie tych nieszczęsnych losów, staje się moją prawie życiową porażką.
Wracam zatem do samego ślubu.
Pierwsze co mnie zaskoczyło niepozytywnie to sala ślubów. Zdaję sobie sprawę z tego  ze odkąd jst możliwość brania ślubu konkordatowego akurat to pomieszczenie nie jest już tak często eksploatowane, jednak….  Sala jest stosunkowo malutka, dla mnie zbyt mała. To nie problem w przypadku cichych anonimowych ślubów, ale jeśli niewierząca, bądź tylko niepraktykująca osoba chce mieć weselicho niekościelne, za żadne skarby nie zmieści średnio 60 osób (to taka minimalna liczba gości przy weselichu) w tym pokoju. Druga sprawa to brak klimatyzacji. Akurat miałam to nieszczęście (dlaczego spotyka to zawsze mnie?!)  usiąść przed kobietą (dokładniej kobieta usiadła za mną) pewnie w okresie klimakterium. Dosłownie słyszałam jak przez całą ceremonię albo wycierała pot z twarzy i karku chusteczką albo sapała w trakcie wachlowania się.
A sama ceremonia trwała może z dziesięć  minut.
No właśnie. Dziesięć minut?
Na mszach kościelnych często, co mi się bardzo nie podoba, księża przeginają z kazaniami. I tak wiadomo, że przy dodatkowych obrzędach msza znacznie się wydłuża, po jakiego więc grzyba klepać dwudziestominutowe kazanie przeważnie jeszcze nie na temat miłości pięknej i czystej, czy pary młodej. I tak przecież dostają stałą stawkę  z góry za robotę a nie płaci się im za przepracowane faktycznie minuty.
Za to urząd przegiął w drugą stronę. Tylko dziesięć minut? Naprawdę?
Zupełnie nie świątecznie, zupełnie nie doniośle. Niby z głośników poleciała nawet Ave Maria, marsz Mendelsona i jeszcze jeden ślubny pzebój, ale już sam za siebie mówi fakt, że nawet nie pamiętam co to było.
Żadnej takiej uroczystej oprawy. I co po Ave Maria skoro młodzi siedzieli już dawno na krzesłach, jeszcze zanim goście zostali wpuszczeni na salę. Pewnie połowa z nich zajęta była najwygodniejszym rozmieszczeniem tyłka na siedzeniu i nawet tego nie zauważyła. Pani prowadząca, zapewne  zgodnie z protokołem, po wyjątkowo krótkim zapytaniu czy młodzi są świadomi swojego czynu przeszła od razu do przysięgi. Gdyby nie fakt że czekałam na usłyszenie znajomego mi głosu panny młodej w celu jej identyfikacji - do tamtej pory widziałam ją tylko od tyłu, mogłabym nawet nie zauważyć że właśnie składają przysięgi. Znów krótka czytanka, której treści w zasadzie nie pamiętam, założenie obrączek, kiss, kiss i szeptem informacja do młodych że w poniedziałek akt będzie do odebrania w urzędzie. Potem przejście do równie małego pomieszczenia przeznaczonego do składania życzeń. Tym razem Pani zza pleców ustawiła się dwie osoby przede mną i od tej chwili miałam "przyjemność" oglądania jej na tyle spoconego karku, że połowa włosów była mokrutka od potu. Naturalnie znów bez klimy. Kolejka szczęśliwie nie dłużyła się za bardzo, poszło dość sprawnie, każdy gość otrzymał kieliszek szampana, pan młody podziękował ogólnie za frekwencję, ktoś delikatnie poprosił o ustawienie się do zbiorowego zdjęcia. Na szczęście/nieszczęście sala jest wąska więc pierwszy rząd składający się z pary młodej, świadków i najbliższej rodziny skutecznie zakrył gości ustawionych w kolejnych dwóch rzędach. No i fotka, tylko jedna (?) Mi akurat rybka. Tak czy siak jako zawiadomiona nawet nie zobaczę jej na oczy, a że twarz posiadam niezbyt fotogeniczną to dobrze że ją zakryto J. Pozostało tylko żenujące wyjście z urzędu, przy którym żenujące żarty prowadzącego familiadę to szczyt subtelności i wyrafinowania.
No i zostaje najważniejsze pytanie tego dnia: czy miałyśmy się tam pokazywać czy zdecydowanie niekoniecznie.
Ja osobiście nie żałuję, nawet bardzo się cieszę że zdecydowałam się tam wybrać.  Ze wszelkimi konsekwencjami i następstwami  mojej decyzji, choć muszę przyznać że dość dziwnie czułam się ulatniając  po ceremonii. Tak, to dobre określenie na sposób w jaki rozeszli się zawiadomieni.  Oczywiście wiedziałam na co się piszę idąc tam na zasadach informacji wysłanej przez parę młodą, jednak uważam że tak czy siak,  zabrakło trochę taktu na sam koniec. Na szczęście czy nieszczęście wobec wszystkich zawiadomionych bez wyjątku.
Również spokojnie mogę powiedzieć że byłyśmy gośćmi zdecydowanie nieoczekiwanymi i nieplanowanymi na tą uroczystość.  Dodatkowo, tym pojawieniem się dosłownie na ostatnie sekundy, 15 sekund później drzwi sali ślubów byłyby zamknięte :), nie dałyśmy nikomu czasu na przygotowanie się do tego, czy chociażby  nawet przekazanie informacji tym najbardziej zaangażowanym że przybyłyśmy. Niewątpliwie stałyśmy się niespodzianką, ale jak wiemy niespodzianki nie tylko bywają miłe i sympatyczne, czasem wręcz przeciwnie.
Pannie Młodej na nasz widok wyrwało się że ooo! nie spodziewała się że przybędziemy, ale nawet nie podejmę się odczytania intencji z tonu głosu. Jasne było tylko zaskoczenie. Przy moich życzeniach zaskoczenie zostało powtórzone, oczy zaczęły robić się wilgotne, a panna młoda sama zauważyła że się rozkleja.  Znów, poza ewidentnym zaskoczeniem, trudno było wnioskować cokolwiek innego z tonu wypowiadanych słów. Równie dobrze mogła być to nieoczekiwana radość na nasz widok - wiem, wiem jestem niepoprawną romantyczką :) - ale równie dobrze  mogło być to spowodowane natłokiem wrażeń i nieco przemęczeniem materiału, bo  byłyśmy na finiszu życzeniowej kolejki. Szczególnie ze Panna Młoda jest już w widocznej gołym okiem ciąży, zatem hormony rządzą i łzy mogły być po ludzku wynikiem ciążowych wahań nastroju.
Na tym cały kontakt z parą nowożeńców ale także ich najbliższą rodziną się zakończył, pomijając trzykrotne informowanie mnie bardzo jasno, głośno i wyraźnie że chrzestni będą zabrani przez ojca panny młodej. A co mnie to interesuje???!!!! No chyba że ktoś założył, że skoro się tam już i tak pojawiłam to mogę próbować równie dobrze wkręcić się na uroczysty obiadek wykorzystując patent podwiezienia chrzestnych do restauracji......
Dla mnie żenada, szczególne że jeszcze niedawno na porządku dziennym było wspólne piwkowanie, grillowanie, czy towarzyskie spotkanka bez powodu.....
Przed urzędem postałyśmy jeszcze sporą chwilę, już w wersji znacznie okrojonej, ponieważ ojciec Panny przygotował dosłownie "wystrzałową"  niespodziankę, a Panna zaginęła w budynku i za żadne skarby nie chciała wyjść. Kto wie, może siku, może koleżanki, może ważna wymiana zdań z rodzicielką. Ostatecznie, po kilku minutach w drzwiach się pojawiła, dwie tuby wystrzeliły, ze schodów świeżo upieczeni Małżonkowie zeszli, udali się w stronę swoich aut a my w swoich.
I stąd niesmak oraz wątpliwości. Oczekiwałam wcale nie jakiegoś specjalnego traktowania czy wylewnej pogawędki, ale rzuconego nawet zza pleców słowa dziękuję, fajnie że wpadliście, niekoniecznie od samej Młodej Pary, akurat oni mogli być poważnie zestresowani, ale wtedy od tego ma się rodziców.  Przecież nie mówię o umówieniu się na odwiedziny i poweselne ciacho czy podobną zażyłość, zwykłe niekosztujące ani kasy ani wysiłku: dziękuję, było miło, było fajnie, sprawiliście nam niespodziankę.
A może jednak królewna, czyli ja, oczekiwała zbyt wiele?
Z ogromną ciekawością czekam na Wasze reakcje, sugestie i Wasz punkt widzenia. Liczę na gorącą wymianę zdań, nawet jeśli wiązać się to będzie z krytykowaniem mojego myślenia.
A tak na sam koniec taka okołoślubna dygresja.
Na rynku wydawniczym półki dosłownie uginają się pod ciężarem poradników jak być sexi mamą, jak być sexi mamą bliźniaków, jak być sexi blogerką, jak być sexi szafiarką, jak być sexi fitnes guru, jak być sexi alkoholiczką wychodzącą z nałogu, wiadomo już nawet jak sexi jeść bezy, ale nikt nie napisał poradnika jak uniknąć wpadek na własnej ceremonii ślubu.
Może to miejsce właśnie dla mnie? " Ach co to był za ślub, czyli jak uniknąć wpadek i zminimalizować ryzyko klęski" napisane przez Dexi  :P