wtorek, 27 stycznia 2015

Agencji PR ciąg dalszy

Kontynuacja tematu samodzielnych, zosio-samosio agencji PR-owych miała być ponowiona w bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni, a dokładniej w dalej nieokreślonej czasoprzestrzeni.
Materiału miało się najpierw trochę nazbierać....
A tu co wejdę na facebook'a to krew i materiał na wpis aż mnie zalewa.
Dosłownie.
Mam koleżankę - tak, tak, możliwe. Rok 2014 miał być jej cudownym rokiem. Jej prawdziwa, cudowna, ciepła, zabawna, elokwentna, wyjątkowa, idealna, perfekcyjna, wymarzona, wymodlona, bezkonfliktowa miłość została prawnie i bosko uprawomocniona. Półtora roku planów, organizowania i zatrudniania najlepszych z najlepszych miało swój finał. Coprawda nieco przemądrzała jeszcze "przyszła panna młoda" nie miała ochoty słuchać żadnych rad, sugestii, podpowiedzi, czy chociaż wątpliwości bo sama w tym już siedzi i wszystko wie najlepiej, życie tą wiedze jednak zweryfikowało i już jako stateczna Pani mężatka przyznała że nie wszystko poszło najlepiej, ale nie o tym.
Wybranek - ten ideał pod każdym względem, był (i nadal jest, patrząc po aktywności), powiem niezwykle delikatnie, zwolennikiem portali społecznościowych i entuzjastą braku anonimowości. Niestety swoje upodobania przekazał miłości życia.
No i się zaczęło.
Oświadczyny na facebook'u. Kolacja z ukochaną w restauracji X na facebooku. Wyjazd w góry do hotelu X na facebook'u. Doszło do tego że nawet będąc "w drodze" informowali o tym wszystkich znajomych. Bo przecież niezwykle istotną dla świata jest informacja o tym że w drodze nad morze do hotelu K zatrzymali się w poznańskiej galerii Plaza na siku. To nie były pospolite krzaczory na trasie, nie był moralnej wątpliwości zagajniczek, nie była nawet stacja paliw.  Była Plaza.
W tak zwanym międzyczasie  aby nie nudzić własnych czytelniko-obserwatorów, a kto wie może i podglądaczy na stronie pojawiały się photostory z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej, z wycieczki rowerowej i  jeszcze jednej wycieczki rowerowej. A odkąd obydwoje nabyli profesjonalne rowerowe odzienie nie było nawet widać czy to ich szósty wyjazd, siódmy a może dziesiąty. Zdjęć oczywiście było dużo więcej. Było morze, łany zboża, choinki, romantyczne zastawiane stoły, zdjęcia potraw (zapewne randkowych). Jednym słowem pełen ekshibicjonizm. Pytam po co?
Czy naprawdę jakieś 800 osób zaproszonych do grona ich znajomych jest żywotnie zainteresowanych miejscem wypróżniania pęcherza moczowego? Czy niezwykle istotną jest wiedza, że koleżanka/kolega będą wieczorem wspólnie konsumować pierożki z jagodami polane przepyszną śmietanką procent 30? Czy do życia niezbędnym jest wiedzieć że byli w restauracji X, barze Y, czy pub'ie Z?
Ekshibicjonizm posuwał się jeszcze dalej zahaczając od życie zawodowe, czyli pełne dezaprobaty komentarze na temat własnych wyjazdów służbowych. Krok niezwykle ryzykowny i być może kosztowny.
Była odrobina wesela, i chyba tylko dlatego że fotograf dał ciała na pełnej linii i zdjęcia wyszły mniej niż zadawalająco.
Były filmy z podróży poślubnej. Prawie pięciominutowa transmisja z perspektywy przedniej szyby wynajętego samochodu. Tylko oni, ty, droga i padający deszcz. Niezwykle interesujące i jakże nowatorskie ujęcie relacji z podróży poślubnej. A z jakim zaciekawieniem i uwagą ogląda się drogi wybudowane w cudzym państwie.....
Ale i to wszystko to pikuś, małe preludium do tego co miało dopiero nastąpić.
Na świecie pojawiła się nowa osóbka. Dość nieoczekiwanie bo dwa miesiące za wcześnie. Nie znam się na ciążach, moja wiedza na ten temat jest prawie zerowa, na szczęście z pomocą przyszedł mi facebookowy wpis tatusia: "na świat przyszła ble ble ble, ble ble ble, walczymy o jej życie".
Zabrzmiało dość groźnie. I daj Boże długie i szczęśliwe życie dla tego dzieciaczka, ale gdyby zakończyło się to inaczej? Czy tatuś pomyślał o ewentualnym nekrologu na fb? Zdjęciu w trumience?
Bo jak się powiedziało A, zamieściło okropne zdjęcie ewidentnego wcześniaka (z całym niedorozwojem fizycznym wynikającym z jego wieku) podłączonego do dziesiątek kabli i rur, to trzeba być przygotowanym na wypowiedzenie B.
Trudno tłumaczyć euforią chęć podzielenia się dobrą nowiną (?) ze światem i to okropne karykaturalne zdjęcie, bo zapewne trudno o euforie gdy dowiadujesz się ze twoje dziecko może po prostu nie przeżyć. Powiem więcej. Jak, w czasie kiedy walczysz o życie  swojego dzieciaczka, mieć czas i głowę do wrzucania jakichkolwiek wpisów na facebook.
Czy potrzeba uaktualniania wiedzy na swój temat i swojego życia, informowania o tym całego świata jest tak wielka i tak uzależniająca? Czy to kolejne stadium samouwielbienia?
Na szczęście dziewczynka ma się dobrze. Co dwa, trzy dni, ustami tatusia informuje o swoim aktualnym stanie, wrzuca zdjęcia z butelką, bez butelki, z mamą, bez mamy, z tatą, bez taty, w pieluszce, kocyku czy innym beciku.
Będę optymistką i powiem że to i tak lepsze od tacinej poezji i głębokich przemyśleń o bezsensowności życia bezdzietnego, szarości i marności singli, beznadziejności i nicości samotników, bezdenności życia przed dzieckiem (choć już z żoną :P) ilustrowanych zdjęciami dziecka w inkubatorze. No i nie ma cycka !!!!!
Takich dzielących się własną prywatnością jest sporo. Może nie aż tak ekstremalnie i jednak bardziej przez pryzmat budowania własnego wizerunku w przestrzeni wirtualnej.
Genialnym jej przedstawicielem jest mój dalszy członek rodziny.
Co dwa tygodnie, a dokładniej weekendy fotki rodziny to nad morzem, to w zaprzyjaźnionym schronisku w górach. I zawsze z podpisem "moje księżniczki". Oczywiście księżniczki nie ograniczają się tylko do pozowania w tych dwóch miejscach. Są wyjazdy do aquaparku, do agroturystycznych gospodarstw, kina, wesołego miasteczka. Księżnkiczki bywają w kuchni, ubierają choinki, nakrywają do stołu, malują tacie laurki. Jak na mężczyznę przystało są tam też czysto testosteronowe wkładki, chciałoby się wierzyć, że zabieg celowy w ramach odcukrzenia tego księżniczkowego syropu, ale to chyba zbytnia nadinterpretacja. Po prostu pracujący facet ma prawo do relaksu z kumplami swojego gatunku. A jak ma prawo to jest piłka nożna w pubie przy butelce wyborowej, żużel ozdobiony pięcioma butelkami piwa. Jedna buteleczka z wpisem że nie ma jak klin na kaca. Cudne życie, pełna harmonia pozazdrościć. Tylko jak się to wszystko ma do realu, gdzie słyszę że kredyt, że ciężko, że nie ma jak żyć. Do tego stopnia że posiadając własna firmę transportową bierze się od wujka na paliwo bo przecież przyjechał odwiedzić....

Jest i inny kuzyn - przedstawiciel antagonistycznego obozu facebookowych użytkowników. To oni tworzą najbardziej liczną grupę.  Niezwykle skromni w aktywności, możnaby nawet rzecz że wycofani. Pojawiają się tylko sporadycznie, z bardzo ważnych powodów i zawsze są oszczędni w słowach.
Kuzyn: "na warsaw airport" "w drodze a ukrainę" "znów ukraina" "na warsaw airport" "w drodze do domu" "Ukraino witaj znowu" "warsaw airport". Niby niewiele - ale za to jak treściwie. Iluż z nas ma szansę pojawiać się dwa razy do roku na warszawskim lotnisku? Ilu z nas ma szansę latać za darmo w podróż służbową i to zagranicę?? Czasem na dowód wojaży dorzucą się dwie, trzy fotki z jakiegoś zapewne ważnego budynku czy przy równie istotnym  pomniku. I co? Zazdrościmy.
No i jeszcze przy okazji gratulujemy odwagi bo jak na osobę samotną, pozostawiającą pusty dom podczas wyjazdów to takie informowanie wszystkich że przez kilka dni mieszkanie czeka na potencjalny włam jest niezłym wyczynem godnym tylko wielkiej odwagi.
Na szczęście, dla tych którym nie dane było podróżować samolotem służbowo są jeszcze własne, prywatne wakacje. I tu zawsze ten sam schemat: airport Poznań, airport Katowice, airport Warsaw, airport Wroclaw; musowo zdjęcie fragmentu samolotowego skrzydła w przestworzach- niezaprzeczalny dowód na lot; dwa zdjęcia rodziny, znajomych czy partnera z miejscem pobytu w tle - najlepiej hotel z dnia przybycia, jeszcze czysto i nie widać rozbebeszonych walizek oraz spacer wieczorową porą przy zachodzie słońca - człowiek jest wtedy odziany i nie będzie się musiał stresować fałdami tłuszczyku które niestety w bikini  czy kąpielówkach jakoś się zawsze pojawią na fotkach. I cisza........ do następnego wyjazdu.
No i mamy mistrzów autoprezentacji. U mnie to mistrzyni. Kreatorka równoległego wirtualnego świata. Co weekend, aby odpocząć, pobyć sam na sam z ukochanym, nabrać dystansu, podładować baterie, nadrobić zaległości stara się wypchnąć pacholęcia z domu do rodziny. Bo mama też człowiek i urlop jej się należy. Tylko że zbiegiem okoliczności co weekend na facebook'u pojawia się to fotka ze wspólnego gotowania z pociechami, to ze wspólnej zabawy, wspólnego spaceru, wspólnego leżenia, wspólnego tańczenia - i zawsze ze skarbami, Moimi ukochanymi słoneczkami. Ale może tylko wtedy znajduje czas żeby na zdjęcie zrobione telefonem kliknąć "udostępnij na facebooku"
Życzenia urodzinowe dla męża na facebook. Deklaracja że kocha i dziękuję za wspólne życie corocznie w rocznicę ślubu na facebook. Walentynkowe wyznanie miłości na facebook. Życzenia z okazji dnia chłopaka na facebook. Nawet podziękowania za cudny weekend, fantastyczną kolację czy niezapomniany spływ kajakowy też sobie składają przez facebook. Żeby nikomu nie przyszło nigdy do głowy że tam daleko od sielanki.

Bo nie ważne jak żyjemy, nie ważne co myślimy, ważne jak myślą że żyjemy......

poniedziałek, 19 stycznia 2015

jestem już po

Nie chodzi mi oczywiście o zażywanie drobnego malutkiego czegoś, co od wczoraj jakiś nawiedziny ksiądz nazwał grzechem śmiertelnym.
O tym może kiedyś.....

Zaliczyłam wszystkie pierścienie!!!!!!
Koło życia zatoczyło okrąg!!!!

Dobra, trochę przesadzam z tym entuzjazmem i jeszcze okaże się zaraz że mój wpis jest bardziej epicki od ostatniej części z trylogii.
No niestety, do tej wielkiej chochli miodu jaką zapodałam wcześniej muszę dodać szczyptę dziekciu.
Nie wiem, ale ta ostatnia część, mimo że logiczna, mimo że wyjaśniająca wiele, mimo że nie epatująca przemocą, jakoś  mnie osobiście rozczarowała.
Poznałam historię Golluma. Całą. Muszę przyznać ze zgrabnie wkomponowana, czytelna, bez zbędnego przedłużania i naruszania głównego wątku. Takie syntetyczne 300 lat w malutkiej pigułce o pysznym malinowym smaku. Oczywiście moja sympatia do tego exhobbita wyparowała, ale potrzebowałam do tego aż ponad 4 godziny ostatniej części. Nawet pierwsze zabójstwo nie było mnie jeszcze w stanie skłonić do zmiany mojej sympatii, dopiero odgryzienie połowy palca Froda podpisało na niego wyrok. Mam jednak jedno "ale" co do zbudowania tej postaci.  Nie mogę już pisać że "kocham"  ale mogę z czystym sumieniem nadal  pisać że mimo wszystko podziwiam  kreację Golluma upadłego i jego wewnętrznej walki nowego pierściennego sługusa z poczciwym hobbitkiem. Choć coś mi tu ewidentnie zgrzyta.
Dwie pierwsze części stworzyły w mojej głowie milutką postać do kochania i przytulania a tu zabójstwo z zimną krwią?......  Ktoś, kto widząc kawałeczek metalu, obojętne czy to pierścionek, zegarek rolex'a czy obrączka władzy, rzuca się przyjacielowi do szyi i bestialsko go zabija, nie może być dobrym człowiekiem. I nie kupuję wyjaśniania tego siłą oddziaływania biżuterii.
Po pierwsze i najważniejsze Sauron nie wyjawiał w tamtym czasie żadnej aktywności (a kompletnie nadaktywności)  moc pierścienia nie mogła być taka obezwładniająca. Dodatkowo Gollum jest rasy hobbickiej, zatem mniej podatnej na jego magię (co udowodnili jego gatunkowi następcy) niż ludzie, lub jak Aragorn, ludziopodobni. Jakby tego było mało rządza świecidełka nastąpiła jeszcze przed kontaktem cielesnym. Dla mnie oznacza to że Gollum po prostu zabił kogoś dla bogactwa więc był od początku nędznym robakiem w swojej społeczności, a jeśli jeszcze pierścień w jakikolwiek sposób działał na niego w tamtej chwili, to był on nie tylko nędznym robakiem, ale jeszcze niezwykle słabym psychicznie nędznym robakiem rzezimieszkiem. I to nie pasuje mi do późniejszej kreacji takiego dobrodusznego, słodkiego, naiwnego potworka. Choć oczywiście nadal uważam, że pomysł na taką dwubiegunową postać skrajnie dobrą i złą jest zabiegiem fajnym (szczególnie dla aktora kreującego postać).
Tak sobie myślę, czy nie wystarczało zrobić go zabójcą przypadkowym. Popchniecie na kamień w trakcie szarpaniny, niecelowe zrzucenie z urwiska, złamanie karku o wiosło.... To nadal byłaby śmierć w walce o skarb władzy absolutnej, nadal powód by go wygnać, nadal powód dla postępującej degeneracji, ale większa wiarygodność dla tej czystej i dobrej strony Golluma.
Podoba mi się również, choć to pewnie zdecydowanie żeński punkt widzenia, że pomimo iż to w zasadzie część o samych wojnach i bitwach nie ma tu bezsensownej apoteozy zabijania.  Nie ma sikajacej w stronę widza krwi, nie ma aż tak wiele fruwających ucinanych głów, rozczłonkowane kończyny nie walają się pod nogami bohaterów. Wszystko z umiarem.
Ze scen walecznych podobała mi się potyczka Legolasa z hiper mamutem. Zamiast bezsensownej przemocy inteligentny schemat punkt po punkcie jak powalić teoretycznie niepokonane.
Ne mogę też nie wspomnieć o zabawnym i zupełnie nieobciążającym fabuły wątku rywalizacji na zaliczanie orków pomiędzy wyżej wymienionym a krasnoludem Gimlim. Taki śródziemowy PlayStation dla tych dwojga.
Nie wiem czy jakiekolwiek znaczenie dla całego filmu miała historia  końca Denethora -namiestnika państwa ludzkiego - poza oczywiście ukazaniem cierpienia z powodu straty syna w Drużynie Pierścienia (lepiej późno niż wcale?) ale dla mnie było to miłą odskocznią pomiędzy kolejnymi scenami walk. Na dodatek ciekawą odskocznią. Fajnie że się pojawił.
No i to by było na tyle dobrego, chyba.
Główny zarzut to ta wszechogarniająca szarość.  Rozumiem, że to kontynuacja wycieczki z Shire i że skoro na początku było zielono to musi być ciemność bo im dalej w las......
Zrozumiałam również wagę oddziaływania pierścienia. Ale czy nie było jej za dużo? Wystarczająco sugestywny był kawałek poparzonej od łańcuszka szyi Froda. Jak na dłoni widać było ciężar i moc zła jaką musiał targać ten mały niziołek przez całe śródziemie - czyli jakieś ponad dziewięć godzin całej trylogii. Nie raz, nie dwa i nie trzy biedny Frodo musiał zamierać z tymi wybałuszonymi cudownie niebiesko wielkimi oczami i cierpiącą miną w poprzednich filmach. Po co jeszcze tutaj. Za dużo tego bólu wewnętrznego, za dużo.
No i ta droga.... niekończące się powulkanoczne przestrzenie po sam horyzont.  Gdyby w drodze ten duet trafił jeszcze na atak mrówek mutantów, karczmę z rozrywkami, ruchomą jaskinię, dziurawy wąwóz, spotkał ciekawych tambylców, to coś by się tam zadziało a sama droga nie dłużyłaby się w nieskończoność. A tak..... nudy, ciemność, spękane usta i wieczny grymas wykrzywienia na Frodowym cierpiącym licu. Wypisz wymaluj droga krzyżowa z Pasji Gibsona.

I jeszcze jedna istotna rzecz.
Jakby się tak głębiej zastanowić, to ten cały caluśki cykl  to dzieło szowinisty.....
Tak, tak.
Przyjrzyjmy się rolom kobiet, a dokładniej ich postaciom.
Po pierwsze nie ma ich wiele bo to w końcu mężczyźni A- rządzą światem, B-ratują świat.
Mamy fajną Arvenę - niebylejaką elficę, bo z samego królewskiego rodu. Chociażby jak każdy elf powinna znać elficką magię, ma bliższy elficki kontakt z naturą. Mogła być pomocna drużynie pierścienia, mogła być niezbędna. A jak widział ją rubaszny Pan Tolkien?
Płaczącą kluseczkę, która tak się biedna zakochała w ludzkim facecie że tylko tęskniła, płakała, płakała, tęskniła, aż z tej szlochającej miłości postanowiła zrezygnować ze swojej natury, swojego gatunku, swojej rodziny żeby stać się zwykłym ludzikiem. W imię miłości oczywiście.
Co w tymczasie robi jej ukochany? Walczy, przeżywa przygody, niszczy zło, sieje zagładę wśród orków by ostatecznie uratować świat i stać się jego władcą (w części ludzkiej oczywiście). Muszę tu również wspomnieć o wodzeniu na pokuszenie pewnego dziewiczego serduszka. I nie zdobywa się nasz bohater na odwagę i szczerość mówiąc że serce  zajęte przez inną na wieki wieków, bo po co. Lepiej bawić się uczuciami naiwnej owieczki..... a może i jakąś bazę uda się zaliczyć...
Jest i druga elfica - Galadriela. Chyba jeszcze wyżej postawiona w ichniej  hierarchii. I co? I pstro. Dziewczyna prawie w ogóle nie ma głosu. No dobrze że tam czasem wpadnie na obiadek Gandalf, to sobie dziewczyna w myślach z czarownikiem pogada.
No i mamy Eowinę - niby na pierwszy rzut oka waleczną, niezależną laskę. Taki wyjątek potwierdzający regułę. Wujcio mówi: zostań i umieraj trochę później z innymi kobietami i dziećmi, jak już zwycięzcy pijani swoim sukcesem (i dumni że nas wszystkich powybijali) będą was bić, gwałcić i poniewierać w nieskończoność, bo kto im wtedy przerwie, a ona przywdziewa zbroję, łapie niziołka na konia i jadą ginąć o wolność. I nawet tam walczy na tym polu bitwy i nawet tam staje do nierównego pojedynku z orkiem desperacko próbując uratować życie wujkowi.  Ale jak się tak bliżej jej przyjrzeć.... No dziewczyna dość niestabilna, żeby nie napisać niedorozwinięta emocjonalnie. Ginie jej kuzyn, prawie brat rzecby można, bo się razem we dwoje na zamku wychowywali. Powinno dziewczę choć z tydzień żałobnie pochlipać i kuzyna wspominać a tu obcy dziad w pałacu się zjawił i dziewczynka cała jego. Co tam wuj opętany przez Sarumana, co tam jeszcze ciepłe zwłoki kuzyna w grobie, co tam prawie koniec świata, mężczyzna pojawił się na horyzoncie. A że 83 lata ma... kto by się tam przejmował. A że nic o nim nie wie...... czy to ważne. I lgnie do niego, jak ćma do żarówki, prawie mu miłość na okrętkę wyznaje, ba nawet gotuje i to tylko po to żeby dwie sceny dalej łapać się, niby przypadkiem, za innego w balkonowej scenerii. Wyjątkowo kochliwe dzieciątko. I lekko niestabilne.
No a na deser mamy Różyczkę Cotton. Wcześniej przedstawiana nam jako lubująca wstążeczki właścicielka loków pojawia się tylko po to by z pełnym i wiecznym uśmiechem na ustach rozlewać męskim niziołkom (w tym pierwszemu wcieleniu Golluma  :) zauważyłam) piwa , a potem posłużyć jako maszyna reprodukcyjna dla Sama. Bo przecież hobbicik do życia codziennego wrócić musi, a co go na miejscu lepiej utrzyma niż dobre bzykanko zakończone czasem stworzeniem kolejnego niziołkowatego potomka.
:)


niedziela, 4 stycznia 2015

No nareszcie widzę sens w tych pierścieniach

I stała się jasność. Nareszcie.
Po dziesięciu latach.

W moim skromnym życiu kino nigdy nie odgrywało jakoś znaczącej roli.
Będąc pacholęciem, w domu moim, nie praktykowało się zwyczaju wydawania srebrników na kieszonkowe, a to co udawało mi się uzbierać przy okazji dnia imienia czy rocznicy powicia, jako oszczędnej w genach, zawsze odkładałam na wyższy i szczytniejszy cel na bilet do kina.

I oczywiście mogłabym poruszyć tu kwestię chorendalnych wręcz chorobliwie wysokich stawek dla aktorów, tak abstrakcyjnych dla normalnego zjadacza chleba, które nie tylko mają wpływ na niesprawiedliwy i nieetyczny wręcz podział majątku doprowadzając do takich anomalii, gdzie jakaś "gwiazdka" "gwiazdeczka" "gwiazdunia" "celebrunia" wydaje setki tysięcy euro czy dolarów na jeden wypad odrzutowcem do jakiegoś butiku po idiotycznie drogi designerski płaszcz, gdy w innej części świata ten ekwiwalent zakupowy nakarmiłby przymierającą głodem i ubóstwem wioskę przez trzy, cztery miesiące. Gdzie z powodu nienormalnego bogactwa taka "gwiazdka" "gwiazdeczka" "gwiazdunia" "celebrunia" ulega procesowi degeneracji tylko dlatego że ją na to stać i gwałci, strzela, rozjeżdża po pijaku, pod wpływem narkotyków, bo bogaty może więcej. Może w zasadzie wszystko.

Ale dziś nie o tym.
Wielokrotnie namawiana byłam na zapoznanie się z dziedzictwem Pana Tolkiena. I nie chodziło tu tylko  o przeczytanie jego książek, choć jako sporadyczny czytelnik (na warunki polskie i tak powyżej średniej :) ) wiem, że w wielu przypadkach co papierowy pierwowzór to pierwowzór.
Czytając książki, oczami wyobraźni, stwarzamy sobie własne wyobrażenie danego królestwa, domu, okolic, zamków, świątyń, lasów czy samych bohaterów. A przecież ci najmądrzejsi, najbardziej bohaterscy, najpiękniejsi mogą mieć nawet czasem i naszą twarz....
Wyjątkiem od takiej reguły są badziewne "Pamiętniki Wampirów"
(p.s. właśnie uzmysłowiłam sobie, że to ostatnie zapisane zdanie wyśniłam sobie niedawno, ale to nie pierwszy raz kiedy taka rzecz mi się zdarza)
Jednak i ich powstanie miało jakiś głębszy sens ponieważ stały się bazą pod ciekawy (przynajmniej przez pierwsze cztery sezony) serial.
Drugim wyjątkiem jest Gra o tron, gdzie wydaje mi się iż każde zdanie Pana Martina jest odzwierciedlone dokładnie na szklanym ekranie, ale w tym przypadku na książkę przypada cały sezon odcinków a Pan P. Jackson jeden tom musiał upchnąć w trzech godzinach.

Wracając jednak do wątku głównego. Ponieważ dawno temu powiedziano mi iż sam początek "Władcy Pierścieni" jest prawie niekończącym się opisem tamtej rzeczywistości, od początku się do tego dzieła uprzedziłam. Tak skutecznie, że obszedł mnie nawet bum na kinowe ekranizacje tego dzieła. Oczywiście było głośno, było wszędzie, była pierścieniomania. Ja jednak zostałam na to odporna.
Po dłuższej przerwie drużyna pierścienia została znów aktywowana  trylogią Hobbitów, ale jak nie podbił mojego serca  Gandalf z Frodo we Władcy Pierścienia,  to i w duecie z Bilbo w Hobbicie nie miał szans.
Jednak jedna taka uparta Tolkienowsko-Jackson'owa fanka, wytrawna czytelniczka dzieł niezliczonych nie dawała się tak łatwo zniechęcić i nigdy się nie poddała.  I to za jej namową zasiadłam raz , drugi a nawet trzeci przed telewizorem by obejrzeć to epickie "jubilerskie" dzieło, ale nic z tego nie kumałam.  No nic kompletnie. Czarna dziura.
Dwóch kurdupelków idzie oddać komuś obrączkę, której wcale nie chcą oddać, w tle ścigający komplet dwóch innych kurdupelków, elf z wiecznie umorusanym facetem i krasnoludem,  a kim są te dwa inne kurduple, które idą gdzieś, też niewiadomo gdzie i niewiadomo dlaczego, a sam pierścień, znaczy ta obrączka, jest niewiadomo czym. 
Bo pisać trylogie, o tym jak ktoś przez pewnie jakiś tysiąc stron idzie gdzieś z kawałkiem biżuterii,  z mało łączącym się, ale za to przeplatanym wątkiem drugiego pościgu jest nie tylko mało interesujące, ale jest mało sensowne, mało spójne i trochę mało logiczne. No chyba że ja jestem guła.
I trzy razy podchodziłam do filmu z najlepszymi chęciami, i trzy razy przegrałam.

Aż tu nagle... no może nie tak nagle, jednak mimo wszystko zaskakująco TVN wyświetla Hobbita część pierwszą.
Wiem, od tej upartej pierścieniowej fanki, że Hobbit jest dość poważnie połączony z Władcą Pierścieni, że to taki powrót do przeszłości ale że po pierwsze, nie było interesującej alternatywy na innych kanałach. Po drugie, będąc w nieco gorszym fizycznym samopoczuciu potrzebowałam lekkiej i miłej rozrywki do relaksu, a po trzecie "Hobbit" brzmi zupełnie inaczej niż "Władca pierścieni", bardziej przyjaźnie, zawadiacko i co najważniejsze bez nawiązania do tej nielogicznej biżuterii postanowiłam go obejrzeć.  Jak na zachętę i potwierdzenie moich optymistycznych założeń początek filmu a tu na ekranie piękna wiosenna aura, zielona trawa, hobbickie śliczne domki, kwiatuszki. A im dalej w las tym więcej..... logiki. Zbiera się grupa krasnoludów która chce odbić zawładnięty przez smoka swój zamek wraz ze swoim królestwem, potrzebują hobbita żeby ukradł jakiś tam kryształ - insygnia władzy i idą to osiągnąć. Jasno, czytelnie, klarownie, sensownie.
A że przy okazji historii pokazana była piękna przyroda, szczególnie ta elficka kraina, nabrałam ochoty na obejrzenie drugiej i trzeciej części.
I jakby tego było mało, w głowie zaczęła mi świtać myśl ze skoro ten sam autor książki, ten sam autor scenariusza, ten sam reżyser to przecież i "Władca Pierścieni" nie może być tak oderwany od rzeczywistości i logikę winien również posiadać.
No i sobie pierwszą część "Drużyny Pierścenia" zapodałam.

Droga Tolkienowsko-Jackson'owa Fanko,
Wybacz ze tyle czasu wątpiłam w Twój literacko-filmowy gust. Wybacz, że do mojej rycerskiej zakutej głowy nie mógł dojść Twój żaden argument. Wybacz, ze tyle czasu z uporem maniaka obstawałam przy jawnym krytykowaniu tego zacnego dzieła....
Ja po prostu nigdy nie zaczęłam oglądać tej trylogii od początku. Owszem, udał mi się zasiąść przed ekranem i to dwukrotnie przy napisach początkowych, ale do drugiej części. Pierwszy film oglądałam w przeszłości tylko w kilku fragmentach. Stąd ten brak jakiejkolwiek logiki i sensu.
Teraz już wiem, że pierwsze minuty "Drużyny Pierścienia" wyjaśniają wszystko.
Już rozumiem dlaczego Gandalf biały walczy z innym białym Gandalfem (który jest też białym, ale niekoniecznie Gandalfem)
Znam historię pierścienia - tego ostatniego który włada wszystkimi a zatem i wszystkim :)
Wiem czemu ta niezdara Frodo miał go zniszczyć a nie jakiś super zgrabny elfik.
No i wiem że chłopaki wszystkie razem w tą podróż się wybrały, tylko znów ta niezdara postanowiła wszystko utrudnić :)

Nie obejrzałam jeszcze wszystkiego. Czeka mnie ostatnia część Hobbita, bo z racji niedawnej premiery jest jeszcze niedostępna poza kinem. Pomyślałam nawet o wybraniu się do kina, kto wie może nawet na wersję 3D, ale komentarze osób które ją już widziały, nie są powalające. Poczekam więc na inne nośniki :)
Władcy pierścieni zaliczyłam też półtora filmu, a i resztę nadrobię dość szybko, jednak zaczęły dręczyć mnie pewne wątpliwości i pytania. Liczę na to że odpowiedź jest gdzieś ukryta na stronicach książki,   jednak ze nie podejrzewam abym ją w najbliższym czasie czytała zwracam się z nimi do mojej Fanki
1. Dlaczego Hobbity mają takie nieproporcjonalnie wielkie stopy. Dlaczego również, skoro odczuwają zimno jak zwykli ludzie (sugeruje to inna, ciepła garderoba przy oziębieniu klimatu) na zimę nie chodzą w butach. Czyżby stopy nic nie odczuwały? Dupka marznie w ciepłym płaszczu a gołe girki hasają po śniegu bez  większych konsekwencji?
2. Czy krasnale nosy osiągają takie gigantyczne rozmiary dopiero  po osiągnieciu jakiegoś wieku? Następca krasnoludowego tronu oraz dwójka jego jeszcze młodych bratanków posiada normalnej wielkości narząd węchu. Mogłabym to zrzucić na królewskie pochodzenie, ale i ojciec i dziadek Thorina to właściciele ogromnych nochali.
3. Czy Legolas we Władcy Pierścienia jest już bardzo starym elfem? W Hobbicie patrząc na niego i Tauriel po samym tańcu ruchów (bo nie można tego nazwać samym poruszaniem się) i szybkości z jaką ganiają orki widać ze to elfy z krwi i kości. No we Władcy jest toporny i ciężki. Jak zwykły człowiek. Nie rozumiem również jakim cudem podczas tego biegania i poszukiwania porwanych niziołków człowiek jest w stanie dotrzymać mu kroku, ba, jakim cudem krasnal - stary, gruby, o dwa razy krótszych nogach, jest w stanie biec razem z nimi. Czy jest to w książce jakoś wytłumaczone?
4. Dlaczego Frodo,  pierwszej potomek linii Bilbo, jego syn, jest taki mało rozwinięty. Tata - trzymając pierwszy raz miecz w ręku umiał nim władać na tyle skutecznie, ze nawet stanął do walki z orkiem i poniekąd uratował krasnoludowego księcia. Walczył ze smokiem, miał dużo logicznych i pomysłowych pomysłów. A syn..... no niezdara..... kompletna sierota. Jak cos może pójść nie tak, to on to zaliczy,  na pewno. Czy Frodo nie ma jakiegoś błędu generycznego w swoim DNA? może jakiś czar czy co?
5. Gollum - no jedna wielka zagadka.  Liczę, że jeszcze przez te półtora filmu któe mi zostało dowiem się o nim trochę więcej. Póki co wiem tylko, że jest byłym elfem. ALe bardzo zastanawia mnie jego naturalna poddańczość. Patrząc na wszystkie elfy trudno zauwazyc u nich choć odrobinę takiej służalczości. To bardzo dumny, wyniosły ród z niezwykle wysoką samooceną. A Gollum'ek... plecy zgarbione, głowa zawsze nisko, do każdego zwraca się "Panie". No rozumiem, że obiecał służyć pierścieniowi bo go posiadając zdążył się uzależnić, ale służyć tej gapie Frodowi? I to służyć by pomóc pierścień zniszczyć? I czemu ma on rozdwojenie jaźni. Dlaczego dla niego jest ich dwóch?

Z niecierpliwością oczekuję na wyjaśnienie moich pytań i wątpliwości tymczasem wracam do świata magii do Mordoru

środa, 31 grudnia 2014

Jeszcze w lekko w świątecznym klimacie

Ponieważ jeszcze jesteśmy w samym epicentrum świąteczno-poświatecznej zakupowej gorączki postanowiłam dziś delikatnie o ten temat zahaczyć. Bo czy w ciągu całego roku jest lepszy moment do zadumy na temat  wpływu reklamy na nasze życie, od okresu przedwigilijnego czy powigilijnych wyprzedaży?
Nie bez powodu ozdoby choinkowe pojawiają się w centrach handlowych coraz szybciej.
Jeszcze nie tak dawno oburzano się na pierwsze niewinne wyglądanie, zza sklepowych regałów, mikołajowych czekoladowych główek zaraz po Święcie Zmarłych, bo przecież choinki wyrastały dopiero po magicznej wizycie bucianego Mikołaja. Pewnie, jak to na świętego przystało, podczas nocnej dostawy prezentów dla grzecznych posiadaczy czystych butów, gdzieś tam niechcący, przemycał na ubranku, czy nawet celowo, nasionka pięknie już ustrojonych choinek, które w dosłownie chwilę wyrastały na dostojne drzewka.
Ale w tym roku, już zaraz na początku listopada, wpadłam do wystrojonych, w kompletnie ubrane drzewka choinkowe, galerii handlowych. I to zdecydowanie nie była sprawka sympatycznego starszego Pana z ogromną białą brodą i w czerwonym ubraniu. Żaden przypadek.
Czyste, przemyślane, wyuczone i zaplanowane działanie marketingowe
Bo przecież każdy wie, nawet małe dzieciaczki, że reklama jest dźwignią handlu.

I tak na marginesie, chciałabym sobie pozwolić na pewna reklamową aluzję :)
Dzięki właśnie świątecznej reklamie chyba już wiem dlaczego część moich wiernych czytelniczek porzuciła Alior Bank. Bo na Boga, jaka dziewczyna z uśmiechem na ustach ma ochotę latać w firmowym uniformie po dworze , w nieporęcznym długaśnym szalu, z wielką łopatą i odśnieżać place, uliczki po to by ułatwić wzięcie pożyczki  - a co za tym idzie wyrobić swój miesięczny plan :P
Ale wracając do tematu...

Tak się jakoś stało, że i w mojej rodzinie postanowiono wykorzystywać "magię" świąt próbując dorabiać sobie na rękodziele. Takie ręcznie robione ozdoby, czy z okazji bożego narodzenia, czy przy okazji świąt wielkiej nocy mogą znajdować łatwiej nabywców. W końcu są unikatowe.
No i oczywiście, w tych przypadkach stosuje się najbardziej skuteczną formę dystrybucji czyli marketing bezpośredni.
Przecież nawet gdyby nie chciało się kupić takich gadżetów, lub przynajmniej się ich nie planowało nabyć, to dużo trudniej jest powiedzieć "nie" koleżance z pracy. W końcu w domu siedziała żeby to stworzyć, spakowała i przytaskała do pracy, w końcu cały następy rok będziemy prawdopodobnie dalej ze sobą pracować, siadać do śniadania, mijać w korytarzu, stać obok siebie na firmowych zebraniach..... no i nie można zapomnieć o tym co sobie inne/inni pomyślą, jeśli nic nie kupię.
To bardzo dobre rozwiązanie, niezwykle wydajne. Ma tylko jedną małą wadę.
Jeśli nie zmienia się drastycznie asortymentu, z roku na rok coraz trudniej znaleźć nabywców. Zresztą, nawet przy oferowaniu za każdym razem rzeczy nowych i świeżych rynek nabywców, tak czy inaczej, raczej prędzej niż później zostanie nasycony.
Bo można mieć w szafie trzydzieści sukienek i kupić trzydziestą pierwszą bez większych wyrzutów. Bo można być właścicielem osiemnastu par butów i mieć ochotę na kolejną. W końcu rok ma 365 dni  czyli najmniej dokładnie tyle okazji żeby ich użyć.
Święta natomiast to tylko dwa-trzy tygodnie w roku....ileż bałwanków, choineczek, gwiazdeczek, aniołków czy bombek można upchnąć w swoim niewielkim M a jeszcze te ozdoby cały rok trzeba gdzieś upchnąć w szafach....
Więc trzeba poszerzać rynki zbytu.
Jak to zrobić przy minimalnym wysiłku i nakładzie?
Media społecznościowe.
Można zakładać facebook'owe konta "nienawidzę reklamy ME" "jedno zdjęcie Lindy" "wszystko mnie wkurwia" to czemu nie założyć konta "ozdoby świąteczne" czy "bałwanki na Boże Narodzenie".
Lekko łatwo i przyjemnie. A jak konto założone, wystarczy tylko wrzucić kilka dobrych fotek dodać fajny, zachęcający do kupna komentarz. I to cała filozofia.
Tyle. Właśnie. Niewiele.
A jednak.....
Żeby zrobić ciekawy opis trzeba mieć najpierw na niego pomysł, pomysł który potem trzeba ubrać jeszcze w słowa. A to wymaga zaangażowania, wymaga czasu. Przecież gdyby to było takie proste i nieczasochłonne firmy reklamowo-marketingowe niemiałby racji bytu.
Potrzebne jest też dobre zdjęcie.
Bo samo zdjęcie nie problem zrobić w dzisiejszych czasach. Są aparaty, kamery, smartfony, telefony. Przecież zalewają nas właściwie takie zdjęcia umieszczane w internecie.
Fajne zdjęcie to coś więcej niż zwykła fotka czy niedbałe selfie z rączki. Żeby zrobić fajne zdjęcie potrzeba czegoś więcej niż tylko sprzętu fotografującego.

Bo oczywiście można tak:

 
 
 
Tylko czy taka "reklama" zachęca kogokolwiek do zakupu?
Może i poszło szybko, ale czy naprawdę zachęcająco?
Czy te zdjęcia proszą się o zakup?
W końcu przecież powinny - chęć posiadania przekłada się bezpośrednio na zarobioną kasę.
 
A przecież można było tak:
 



 

 
Ten sam produkt. Tylko ujęcie jakieś trochę inne.
Oczywiście wymagało to znalezienia odpowiedniego obrusa, kilku świątecznych ozdób, najkorzystniejszego ich ułożenia, odpowiedniego doświetlenia.....
Tak około trzy godziny pracy......
Można powiedzieć, że niepotrzebny burdel, niepotrzebne zamieszanie, niepotrzebna strata czasu....
 
Ja jednak wolę myśleć, że jeśli już coś się robi, szczególnie jeśli może to pociągać za sobą osobiste finansowe profity, warto włożyć w to odrobinę serca.
Nie cierpię odwalania popeliny. Jak się już za coś bierzesz to rób to w stu procentach.
Jeśli się do czegoś zobowiązujesz, to poświęć temu swój niezwykle cenny czas i się zaangażuj.
 
A tak przy okazji to również dowód na to, że nie ma niefotogenicznych kobiet. Po prostu czasem to wina braku zaangażowania, braku pomysł  lub zbyt mało poświęconego nam czasu przez fotografującego.
Moim skromnym zdaniem oczywiście :P
 

środa, 5 listopada 2014

Pustawo jakoś

Minęło kolejne Wszystkich Świętych.
Sponsorowała je w tym roku, bardzo intensywnie, literka H.
Z jednej strony kościół demonizujący halloween'owe zabawy promując Holly wins - smutny, niemrawy, tak naprawdę pozbawiony radości, zabawy, żeby nie powiedzieć życia, głupi marsz dzieciaków poprzebieranych głównie za Maryje i aniołków.
Niby potępiają bożonarodzeniowe wystawy w supermarketach wystawiane już 2 listopada, a sami organizują stajenkowy pochód jeszcze dwa dni wcześniej. Tylko kiedy o kościele można było powiedzieć ze jest logiczny czy spójny.
Z drugiej strony Halloween, na szczęście jeszcze nie tak bardzo, promujący się ze sklepowych półek i głównie stron internetowych, bo jakaż celebrytko-gwiazdka odmówiłaby sobie takiej darmowej reklamy w seksowym, coraz częściej mniej strasznym, a jeszcze rzadziej wesołym przebraniu.
I  w zasadzie nie mam nic przeciwko dwóm H. Ba, uważam że jeśli ktoś ma taką potrzebę może przemaszerować po południu jako święta Teresa przez swoje miasto, a w późnych godzinach wieczornych bawić się z przyjaciółmi na domówkach czy organizowanych imprezach jako gnijąca panna młoda.
Jednak przenoszona na nasz grunt tradycja szwendania się po okolicy w celu wyżebrania cukierków od singli sąsiadów jest wkurzająca.
Bo niby z jakiej okazji ja mam sponsorować słodkości dla bachorów, które czasem mogę widzieć po raz pierwszy na oczy?
Niech wpadną z torebuszką (a nie reklamówką CCC na damskie kozaki pod uda) bratanice, bratanki, siostrzenice, siostrzanki. Dla tych dzieciaczków mogę nawet udać że ich nie poznaję w takim przebraniu, czy nawet teatralnie się ich wystraszyć i wrzucić garstkę cukierków
Ale dla obcych?
Zupełnie inna sprawa, że tam, gdzie ten głupi zwyczaj wymyślono, dzieciarnia puka do drzwi pod okiem i nadzorem dorosłych wiec pewnie są to drzwi wyselekcjonowane i przemyślane. U nas żywioł - umówmy się, jaki dzieciak, mając wizję zdobycia darmowych słodyczy, poczuje obciach, niestosowność czy zażenowanie dobijając się do jakichkolwiek drzwi.
Bo u mnie to było często aż dobijanie się. Dzwonienie do drzwi przypominało najmniej alarm przeciwpożarowy, a nie grzeczne odwiedziny postaci zza światów.  Postaci..... połowa dzieciarni nie była nawet przebrana. Nie wykazały się nawet minimalnym poświeceniem czy zaangażowaniem. Nie wymagam przebierania się za Marcina Tyszkę w pstrokaty garnitur, Batmana z nietoperzowymi skrzydłami, królewien z Monster High, Kapturka który dopiero co wyszedł z wilczych trzewi,  mumii czy innych zombie z wnętrznościami na wierzchu. Ale na Boga, zrób cokolwiek !!!! Pobrudź się, ubierz sweter 4 lata młodszego brata, weź porządna gałąź w rękę. Nie przyłaź do mnie tak jakbyś odszedł właśnie od komputera, czy meczu piłki nożnej. Ja musiałam wybrać się do miasta, kupić cukierki, zapłacić za nie i przywieść je tutaj (nie wspominając o tym, że musiałam jeszcze na te cukierki zarobić) - kosztowało mnie to odrobine zachodu i pracy. Wku***a mnie że łakoma dzieciarnia nie zrobiła minimum, żeby się o nie postarać.
I oczywiście z rodzicami taki numer by nie przeszedł. Nikt dorosły nie odważyłby się wysyłać swojego nieprzebranego dzieciaka pod obce drzwi.  Ale, jaka to ironia, okazuje się że to my mamy dziki zachód, a nie ameryka.
Ale jeszcze nie to wydaje mi się najgorsze.
Każdego roku zauważam na naszych grobach coraz mniejszą frekwencję.
Na pewno nie jest to spowodowane  odchodzeniem najbliższych do wieczności, bo od 5 lat nic się w tej sprawie nie zmieniło. Liczebność rodzinnej populacji pozostała na tym samym poziomie. Na cmentarzu jednak jakoś widocznie mniej.
Pomijam tu temat obecny od kilku lat, pomimo tego że głośno krytykowany, to jednak nadal uprawianego nekrofocizmu. Kiedyś Steczkowska latała w designerskich sukienkach po cmentarzu wokół nagrobka swojego ojca, robiąc sesje do kolorowego magazynu, dziś idąc z duchem czasu na facebook czy instagram trafiają sweet focie z nagrobkami w tle.
Jednak czy młodość, niezależność, europejskość i postęp cywilizacyjny spowodowały  że bardziej fashion jest się pojawić jako czarownica czy seksowny kocur w knajpie, niż nad grobem ukochanej babci?
Czy tak bardzo passe jest już zapalanie zniczy, czy paradowanie przez cmentarz ze stroikiem, że po prostu tego nie wypada już robić?
Nie sądzę, żeby nawet niezwykle intensywnie zakrapiana impreza z cyklu tych na H, w jakiś istotny sposób kolidowała z pojawieniem się w godzinach popołudniowych dnia następnego przy rodzinnym grobie. Również nie ma chyba większego obciachu związanego z  zapaleniem znicza czy dwóch. Postęp techniki oraz coraz większa dostępność aut także raczej ułatwia niż utrudnia dotarcie na miejsce spoczynku najbliższych.....
Więc chyba idę trochę w złym kierunku....
Może nie moda, może nie europeizacja stoją za tymi zmianami Może to po prostu....

Coprawda dziadek opłacał czesne za szkołę, dokładał do wynajmowanego mieszkania, fundował oryginalne jeans'y  ale w zasadzie to było ponad 5 lat temu. Przecież pamięć ludzka jest jednak mimo wszystko ulotna. Jeśli łatwo było zapominać o tym, że bił babcię, to przecież równie łatwo zapomnieć można że wnusię utrzymywał lat kilka. Zresztą i drugi dziadek już na tamtym świecie, a pochowani na dwóch różnych cmentarzach. 15 kilometrów to mimo wszystko porządny dystans, nawet dla posiadaczy samochodu, a młodzi przecież na dorobku, nowe mieszkanko zakupione, pewnie kredyt w frankach, i stoi się przed wyborem, czy spłacić ratę kredytu, czy zatankować bak, wykosztować się na chryzantemkę za 3,99 i jednak dziadziusia odwiedzić.

I z babcią najwyraźniej wspomnienia coraz bledsze.
Ja przyznaję, bywałam na wakacjach. Mało kosztownych, bo i śmietanka na codzienne śniadanka zakupywana przez rodziców była, dzięki bogu na obiad wystarczała chińska zupka lub hasło "jemy dziś u drugiej babci".  Nie czas tu i miejsce na wspomnienia, jak babcia wyrównywała ten dług wdzięczności i w zamian za pokoik na wakacje odpłacała nam awanturami za niemoralne prowadzenie i seksualną rozwiązłość (mówimy tu o czternastolatkach, i to dwadzieścia lat temu). Ale ja mimo wszystko stoję. Jeśli słyszę że na pomniku nie ma żadnej wiązanki zaraz coś przygotowuje i wiozę. Choć nie byłam ulubioną wnuczką, choć po babci pozostało mi tylko kilka mało miłych wspomnień..... jestem.
Są inne wnuczki, ale nie na grobie.
Na palcach przypominacz, złote pierścionki po babce. Widać je gdy się obiera ziemniaki, ściera kurze z mebli, wiesza pranie, myje ręce, wrzuca zdjęcie na facebook'a, pisze sms'a. Teoretycznie trudniej o lepszą pamiątkę która mogłaby tak często o babunci przypominać. I zapewne przypomina. Jednak może  wejście w posiadanie całej rodzinnej biżuterii to i tak za mało żeby zapomnieć fakt, bycia wnuczką tej drugiej kategorii. Na rok, dwa mogło starczać, najwyraźniej 5 lat to zbyt odległy czas żeby magia złota działała nadal. Istnieje też możliwość poczucia posiadania przez zasiedzenie. Nosząc codziennie, przez pięć lat pierścionki na własnych, osobistych palcach przecież można zacząć czuć, jakby były tam zawsze, jakby były moje....
Być może było tego jeszcze za mało... wiadomym jest , że niedoinwestowane projekty czasami kończą się klapą... Ale skąd dziadek socjalista miał takie rzeczy wiedzieć. Gospodarka rynkowa to nie komuna.
Jest i najmłodszy synuś wraz z rodzinką. Cotygodniowy bywalec u mamusi na niedzielnych lunch'owo-obiadkach. Jakże on kochał swoich rodziców. Pozwalał na ubliżanie ze strony ojca, na jego ataki w stronę babci, kiedy na każde święta siedział napruty przy stole nawet tego nie zauważał. Akceptował wszystko - taka bezwarunkowa miłość to była.
Na szczęście ta miłość na jakieś ciężkie próby wystawiana nie była.  Zawsze zwrot kosztów podróży do tatusia, jakieś bonusy, każdorazowe partycypowanie w wymianie autka na lepsze, dofinansowanie wczasów, pomoc przy zamianie mieszkania na bardziej przestronne w metrach kwadratowych. Oczywiście to największe wsparcie i tak miało miejsce pozagrobowo. Wnusia dostała mieszkanko za gotówkę (które w wersji oficjalnej i na trzeźwo jest mieszkaniem na kredyt), synek autko z salonu zakupił. Jednak muszę dodać sprawiedliwie, iż są to tylko domysły i przypuszczenia. Znów oficjalna wersja mówi, że u kresu życia dziadek napadnięty manią prześladowczą wynosił gotówkę z domu chowając niewiadomo gdzie, kasa na kontach przez zagubienie wersji papierowej pełnomocnictwa przez synusia w banku także przepadła. Ostało się ino mieszkanko, które też zapisane na synusia zostało (niestety dwa testamenty uległy zdematerializowaniu) ale znajcie gest, podzielę się kasą, po utrąceniu kosztów własnych :).
I tutaj wyglądało na to że ta inwestycja się opłaciła (szczególnie ta pozagrobowa). Były wiązanki na imieniny, na rocznicę śmierci. Ba, nawet pokazał się znicz z oficjalnym napisem: "pamiętamy" i imiennych podpisach niezapominającej rodzinki.
No i szok. Prawdopodobnie proporcjonalnie do ubywającej kasy po tatusiu, zaczęło ubywać pamięci. Może też wyrzutów sumienia w stosunku do rodzeństwa czy poczucia zobowiązania....
Fakt jest taki, że po pojawieniu się nowiutkiego, pachnącego jeszcze fabryką autka skończyły się cmentarne wizyty.
A żeby nikt nie zarzucał mi niesprawiedliwości czy stronniczości dodam, że przecież na innym cmentarzu leży zmarła ponad 10 lat temu teściowa. Może bliższa sercu stałą się niż tatuś i mamusia. Może grubo pośmiertnie połączyła ich jakaś niesamowita i wyjątkowo silna więź. Może po dekadzie spędzania tego dnia ze swoimi babciami, wujkami, potem rodzicami przyszedł czas na teściową. Czas na jej znicz z "pamiętamy", I na Boga nie można zapomnieć, że przecież szykuje się tam powiększenie rodziny. Jakże nie pokazać się z kumami przy tamtych rodzinnych grobach. Przecież wypada. Skoro widują się z tamtymi żywymi co tydzień (niestety zaniedbując rodzeństwo, nad czym niezwykle ubolewają, wiedząc jaka to strata dla reszty) to jakże nie odwiedzić ich zmarłych choć ten jeden dzień w roku........
Tak.....
I chyba nie mam już czego dodawać....

Spoczywajcie w pokoju wszyscy kochani, wspominani, pamiętani, czy odchodzący w otchłań zapomnienia.

poniedziałek, 13 października 2014

Kilka słów o przemijaniu....

Dziś trochę smutno. I niezwykle poważnie.
Przed tematem przemijania, odchodzenia, śmierci broniłam się bardzo, choć okazji przecież było bardzo wiele w ostatnim czasie.
Bardzo głośna, bo okrągła w tym roku rocznica powstania warszawskiego.
Byli w kinie Rudy Zośka i Alek. Książkę, jak przystało na odpowiedzialnego ucznia, czytałam. Do kina nie poszłam. I nie dla tego, że osobiście uważam kino za zbyt drogą rozrywkę dla przeciętnego zjadacza chleba, ale zła w świecie jest tak dużo, przemocy, krwi i umierania w telewizji jest przesyt więc nie mam ochoty oglądania bicia, poniżania, torturowania, katowania i sączącej się wszędzie krwi na wielkim ekranie. Mój limit na przemoc został przekroczony przy "Pasji". Dla Kamieni na szaniec już tej cierpliwości zabrakło.
Była w kinie premiera "Powstania Warszawskiego". Filmu / dokumentu który powstał z materiałów kręconych 70 lat temu przez samych uczestników powstania. Prawdziwy w 100% obraz tego, co się tam działo. Uśmiechnięte lub wykrzywione w grymasie bólu twarze prawdziwych bohaterów tamtych zdarzeń. Bohaterów świadomych ze są kręceni i tych którzy na tym świecie zostali już tylko ciałem. Ostatnio nagradzane "Miasto 44"o którym tak naprawdę niewiele mogę powiedzieć.
W telewizji bombardowały zwiastuny "Czasu Honoru" z godziną "W".
Ale się nie dałam.
O powstaniu i powstańcach mogłabym pisać tylko jako o sprawie przegranej. Niepotrzebnemu narażaniu życia nie tylko własnego, ale i innych niewinnych przypadkowych ludzi którzy chcieli po prostu tę wojnę przeżyć. Nikt nie pomógł 1 września 1939 roku więc dlaczego ktoś miałby zrobić to pięć lat później.
Potem rocznica dotychczas niezrozumiałej dla mnie II wojny światowej, ale dzięki Ukrainie i Putinowi, mój, jak wydawało mi się otwarty i elastyczny umysł niepotrafiący ogarnąć powodów wybuchu wojny, nagle zaczął wszystko rozumieć. Rozumieć, znaczy wytłumaczyć sobie, graniczącą z obłędem, bezmyślność napadających nas wtedy Niemców i absolutny tumiwisizm naszych ówczesnych sojuszników.
Bezmyślna rzeź niewinnych z powodu chorego megalomaństwa, psychicznie chorej jednostki przy cichej akceptacji wygodnego, konformistycznego świata, przywiązanych do swoich stołków, pozycji, tytułów tchórzy.
To również dzień w którym umarła moja babcia. Ale niewiele dobrego mogę powiedzieć o niej i równie niewiele czuję myśląc że jej już z nami nie ma.
Tydzień później rocznica odejścia mojej psiapsiółki Eli.
Niesprawiedliwego, oczekiwanie nieoczekiwanego, smutnego, niewybaczalnego odejścia.
Oczywiście, że za nią tęsknię, oczywiście że mi jej brakuje.
Kiedy widzę ładne kwiaty myślę żeby zrobić zdjęcie i wysłać je do Elutka (bo wysyłałyśmy sobie takie fotki z piękną czy dziwną naturą).
Kiedy mam jakiegoś rodzinnego newsa myślę żeby zadzwonić do Elutka.
Kiedy robię zdjęcie moim kotkom myślę o Elutku, bo ona wysyłała mi zdjęcia swojego pieska Miśka.
Kiedy jest mi źle i chcę z kimś porozmawiać myślę myślę o Elutku.
Kiedy jadę do Piły, nieważne czy autem, czy rowerem, nieważne czy w dobrym czy złym humorze. To był czas kiedy zawsze dzwoniłam do Elutka. I cały czas chcę to zrobić.
O moim Korzunku nie zapomnę, nigdy. Jednak pomyślałam sobie że mój żal, smutek i pustkę pozostawię dla siebie. Bo Ela wie co czuję.
Ale to nie koniec wrześniowych smutnych wypadków.
Ten stał się kropką nad i. Powodem dla którego postanowiłam jednak napisać.
Swoje życie 6 września postanowiła zakończyć córka koleżanki mojej mamy. Dziewczyna miała 32 lata. Skoczyła z bloku w którym mieszkała.
W swoim krótko trwającym życiu i tak przeżyła 4 razy tyle co przeciętny, zwykły człowiek.
Pierwsze dwadzieścia kilka lat spędziła jak królewna. Miała wszystko. Zagraniczne wakacje z chłopakami, najlepsze ubrania, najpiękniejszą biżuterię, najdroższe kosmetyki. Miała niekończące się źródło pieniędzy więc każdy klub, dyskoteka, kino, zachcianka były spełniane. Mogła mieć każdego faceta. I miała. Nie wiem czy to przez tą mieszankę kasy, luksusu, rozpieszczenia czy po prostu samego charakteru dziewczyna była niezwykle pewna siebie. Emanowała władzą, pewnością, seksapilem. Miała nawet swojego ochroniarza, który zakochał się w swojej klientce. Czy można chcieć więcej?
I żyła sobie królewna w swoim królestwie spędzając większość czasu na przyjemnościach zarówno cielesnych jak i duchowych. Aż pewnego dnia, księżniczka po prostu spadła z konia. Tak nieszczęśliwie, tak niefortunnie, że jedna stopa ugrzęzła w siodle więc spłoszony koń ciągnął ją za sobą powodując coraz poważniejszy uraz głowy. Stan był krytyczny. Mówiło się że najlepszym dla niej wyjściem będzie odejście z tego świata.
Ale powiedz to matce, dla której królewna była całym życiem. Matce, na dodatek walczącej amazonce, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Poruszyła więc niebo i ziemie, zapewne wielokrotnie, i z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć, że królewnę po długim czasie wybudziła ze śpiaczki. Byli przystojni rehabilitanci, seksowni lekarze, był nawet duży wywiad w Viva czy Gala jak to śpiąca królewna wróciła do żywych, wraca do sprawnych i wróci studiować. Ale to był ostatni rozdział jej bajkowej bajki, rozdział który stał się prologiem do jej dramatu. Bo po tym jak wstała na chybotliwe nogi, jak udało jej się wejść na piętro po schodach (przy dużym wysiłku) to było wszystko na co ją stać. Nie mogła paradować w wysokich szpileczkach, nie mogła już zarzucać ponętnie bioderkiem. Sukcesem było przejście z jednego pokoju do drugiego bez potknięcia czy upadku. Bo nie było już mowy o płynnym w mowie flircie z nieznajomymi. Każde wypowiadane zdanie było wysiłkiem a i tak nie wszystko można było zrozumieć. Przez ograniczoną ruchowość zaczęły ją nawiedzać kolejne kilogramy a z nimi depresja. Każde wyjście z domu, każdy krawężnik, każdy najmniejszy schodek, przejeżdżający samochód stawał się dla niej wyzwaniem.
Miała wszystko, i życie jej wszystko zabrało... Żyła. Była. Jadła, oddychała, czasami wyszła z domu. Ale czy królewna, która jeszcze tak niedawno temu, miała wszystko na skinienie paluszka mogła "to" nazywać życiem? Nie za bardzo, zresztą nawet mi mówiła że to nie jest już życie.
Los odebrał jej wszystko, a ona ostatecznie postanowiła odebrać mu władzę nad sobą. Skoczyła. Jak w piosence Edyty Gepert ... kilka pięter i ciemność.
Nie mam dzieci, nie wiem co w takim momencie czuje matczyne serce. Księżniczka nie była też moją siostrą, żoną, kochanką. Ale właśnie dlatego uważam że to było dobre wyjście dla niej. Nie zawsze życie za wszelka cenę można nazywać życiem. Utrata najbliższych boli zawsze, czasem niemiłosiernie, ale czy to daje nam prawo bycia egoistami?
To przypomina mi inną historię. Przypadek mojego kolegi. Prywatnie spełnionego, szczęśliwie żonatego, ojca małego Konrada. Wymarzona rodzinka, własne mieszkanko, zajęcia dodatkowe dla maluszka, bo w dzieci trzeba inwestować. Zawodowo też bardzo dobrze. Niekwestionowana pozycja dyrektora działu IT, szanowany, poważany. Bardzo inteligentny, poukładany, konkretny a przy tym pracowity. Łączył nas wspólny projekt. Ulepszenie/naprawa kiepsko wdrożonego systemu informatycznego w firmie. A że trafiło na dwóch pracusiów, nasz projekt był zajęciem dodatkowym, dorzuconym do własnych zakresów obowiązków. Więc gdy trzaskały drzwi za ostatnią zbłądzoną duszyczką z pracy, kiedy na produkcji wyłączały się kolejne maszyny, zapadała błoga cisza my zaczynaliśmy swoją. Dyskutowaliśmy o zarządzaniu uprawnieniami, blokadach na dokumentach tak by ograniczyć do minimum głupotę i kombinacje, ulepszaniu dokumentów które mogły poprawnie dekretować się na kontach, rozliczać produkcje na magazynach i jeszcze być uwzględnianymi w raportach produkcyjnych. O postępach w zgłoszonych błędach systemowych , eliminacji bzdur którymi byliśmy często zarzucani, odpowiedziach na pytania użytkowników sytemu. Ja miałam szanse oglądać system z perspektywy IT a on zobaczyć to wszystko z perspektywy działu finansowego. Zdarzało nam się czasem trochę odpłynąć od głównego wątku spotkań, choć było to zawsze z nim powiązane. Bo to pośmialiśmy się z ostatniego wewnętrznego spotkania w sprawie systemu, to sytuacji gdy ktoś sprytniejszy wkręcał szefostwo że czegoś nie da się zrobić w systemie, czasem z irytacją bo często byliśmy zmuszani toczyć walki z koleżankami i kolegami mówiąc że system nie jest zły, trzeba tylko myśleć gdy się go używa, choć przecież teoretycznie powinniśmy grać do tej samej, jednej bramki. I takie pogodzinne spotkanie miało miejsce pewnego lutowego późnego wieczora. Z firmy wychodziliśmy po godzinie pierwszej nad ranem. Ja mieszkałam 20 kilometrów od firmy, on musiał jechać jeszcze 10. Nie byliśmy szczególnie zmęczeni, czy rozdrażnieni. Zwykły dzień pracy. Ja jechałam pierwsza on drugi. Na poboczu stała duża ciężarówka. Przez myśl przeszło mi, że muszę bardzo wcześnie zacząć wymijać to auto, żeby i on je zobaczył i nie daj boże się w niego nie wpakował. Oczywiście się nie wpakował, zgrabnie je wyminął. Kiedy ja zjeżdżałam do swojej kwatery pożegnaliśmy się światełkami a on pojechał dalej.
Za szybko. Często tak jeździł. Był dobrym kierowcą i pewnie czuł się za kierownicą.
Tym razem pewność go zgubiła.Wcale nie daleko domu wpadł w poślizg na torach tramwajowych. Wpadł na jedno auto, odbił się i skończył pod jadącym busem ze zmiażdżonym samochodem i częściowo czaszką. Był w śpiączce, lekarze sugerowali hospicjum.
Ale i tym razem los trafił na wojowniczkę. Miała męża dyrektora, opcja samotnie wychowującej dziecko wdowy nie była wtedy opcją. I walczyła. Po trzech tygodniach się obudził. Potem długa żmudna i bolesna rehabilitacja, walka o pionizację, sadzanie, chodzenie, mowę. Utrzymanie kubka było powodem do łez szczęścia, potem ugotowanie sobie parówki na śniadanie, wyjście do sklepu po chleb. Na jej szczęście, w ramach dalszej rehabilitacji, firma zgodziła się przywrócić go do pracy. Na część etatu, jako zwykłego szeregowca w dziale IT, bo z takimi lukami w pamięci nie było mowy o kierowniczych stanowiskach.
I kiedy już euforia wybudzenia i przywrócenia mu podstawowych umiejętności funkcjonowania w życiu minęła przyszedł czas na refleksję.
Bo obiecywali sobie przed Bogiem że nie opuszczą siebie w nieszczęściu i niedoli, że będą ze sobą aż śmierć ich nie rozłączy, ale ona przecież tak naprawdę wyszła za innego mężczyznę.
Zakochała się w facecie z konkretnymi cechami, konkretnym charakterem, konkretną pozycją w społeczeństwie. Teraz przyszło jej żyć trochę z dużym dzieckiem, które zupełnie nie przypomina tamtego mężczyzny. Medycznie udowodniono, że urazy czaszki a szczególnie części czołowej zmieniają cechy charakteru poszkodowanego. I on się zmienił.
Żyje więc pod jednym dachem z facetem który wygląda zewnętrznie jak jej mąż, ma tą samą twarz, wzrost, te same dłonie. Ale to nie jego oczy patrzą na nią kiedy się budzi i kiedy koło niego zasypia.To już nie on mówi do niej że ją kocha. To nie ten uśmiech w którym się zakochała.
Była dumna kiedy jej mąż, dyrektor działu IT wracał do domu z premią, podwyżką, słowami uznania od dyrektora generalnego, z planami na zagraniczny wyjazd służbowy. Teraz musi cieszyć że jest w stanie przygotować ich synkowi kanapkę.
I tą wojowniczkę nachodzą czasem myśli co by było gdyby pozwoliła mu wtedy odejść....
Rok, dwa lata rozdzierającej żałoby, częstego biegania z nowym zniczem, świeżymi kwiatami na jego grób. Ale ból kiedyś przecież staje się do wytrzymania, można go oswoić, zacząć z nim żyć a nawet próbować ułożyć sobie życie na nowo. Każda rana w końcu się zabliźni. Będzie ślad, ale co roku mniej widoczny, mniej wyczuwalny.
I nie mogę nie wspomnieć tu o Ani Przybylskiej. Mojej rówieśnicy, aczkolwiek dużo mądrzejszej i dojrzalszej ode mnie.
Media wspominały o jej chorobie, ale dawno temu. Tacy fajni i mający przed sobą jeszcze tyle życia ludzie nie odchodzą, Nie tak szybko, nie tak nieoczekiwanie. A Pani Ania tak.
Informacja że jej już z nami nie ma jakoś mocno mną dotknęła. Nie znałam jej blisko, nie widziałam jej nigdy na żywo. Wiedziałam o niej tylko tyle ile sama chciał mi i milionom ludzi o sobie powiedzieć.
Nie umiem powiedzieć czy była wybitną aktorką, bo prawdziwych ról nikt nie zdarzył jej jeszcze zaproponować, ale była dobrym, rozsądnym i poukładanym człowiekiem. Nie latała po ściankach, nie fotografowała się z butami w ręku, czy firmową spacerówką na zaaranżowanej ustawce. Zachodziła w kolejne ciąże dlatego, żeby stworzyć fajną rodzinę a nie zarabiać na kolejnym dziecku jak jej koleżanki z branży. Dla swojego mężczyzny potrafiła poświecić swoją karierę, zrezygnować z życia w blasku fleszy, być zwykłą-niezwykłą mamą i kochanką.
Stała się taką jaskrawą, i tak przepiękną przy okazji, opozycją do dzisiejszych głodnych poklasku partnerek sportowców lansujących się wszędzie i zawsze byleby tylko o nich mówiono. Była  zjawiskowej urody kontrastem do tych pustych piłkarzowych narzeczonych, które wszystko zawdzięczają plecom i portfelom swoich partnerów.
A jednak ktoś tam na górze się o nią upomniał. Bardzo skutecznie.
I ani jej partnerowi ani najbliższej rodzinie nie dano szansy zawalczenia o Panią Anię. Sama Pani Ania nie dostała od losu szansy na walkę o samą siebie.
W tym przypadku przeznaczenie wykazało się okrutną konsekwencją.
Do widzenia Pani Aniu, do zobaczenia za czas jakiś może tam będziemy mogły się spotkać, a tymczasem proszę wpaść od Eli.
Na koniec mądre słowa Ani Przybylskiej.  Warto je sobie wziąć do serca nie czekając na własny kurs przyspieszonego dojrzewania:
"Ja teraz rozumiem, co to znaczy naprawdę cieszyć się każdą chwilą. Doceniam każdą minutę. Zawsze powtarzam mojej córce: "Jeśli rzeczy małe nie będą cię cieszyły, to i duże nigdy nie ucieszą". Cieszę się więc tymi małymi okruchami, przyrodą, zielenią. Cieszę się, mogąc iść po prostu brzegiem morza, chłonąc jego zapach i całej przyrody, która mnie otacza. Ktoś, kto nie otarł się o pewne ostateczne sprawy, pomyśli, że mówię głupoty."

niedziela, 12 października 2014

Rodzinne agencje PR

Jeśli wierzyć wikipedii, pani "profesor" od historii w LO i kanałowi 72 w moim telewizorze to okres mojego dzieciństwa i bardzo wczesnej młodości przypadał na czas PRL'u.
Osobiście mam niewiele wspomnień z nim związanych ale pamiętam że gdy musiałyśmy stać z mamą w kolejce po pralkę to okazało się to jedyną i niepowtarzalną okazją do nauczenia się fikołków na dwóch poziomach trzepaka, że miałyśmy jedyną szansę przejechać się autobusem, bardzo, bardzo późnym wieczorem jesienną porą  wracając z lalką Kinglet (w moim przypadku wysokiej jakości podróbka Barbie, której łamały się nogi do kąta prostego) w mamy torbie bo ktoś dał znać że wieczorem w Merkurym rzucą Barbie. Z mniej przyjemnych wspomnień były tylko kolejki za papierem toaletowym, bo tutaj towarzyszył nam, bardzo z tego faktu niezadowolony tato, nawet nie próbując kryć się z tymi uczuciami.
Ale przecież nie o kolejkach, lalkach i kartkach na dobra luksusowe chciałam tu pisać. Kiedy skończyły się tamte mroczne czasy a moja pamięć zaczęła rejestrować więcej wydarzeń nastał czas wolności, II RP, gospodarki wolnorynkowej, galopującego bezrobocia, przynajmniej teoretycznie wolnej telewizji a z nią nowy twór: era specjalistów PR.
Coś nowego, świeżego i po prostu WOW.
Ponieważ zmiany i postęp do obszaru szkolnictwa trafiają, nie wiem dlaczego, zawsze z opóźnieniem i niekiedy oporem, nowa pro-zachodnia moda ciężko wdrażała się w programie edukacyjnym, a już szczególnie w naszej podstawówce. Bo jak wprowadzić język angielski jako język obowiązkowy  gdzie zastępcą dyrektora była nauczycielka języka rosyjskiego.
Więc kiedy ja uczyłam się rosyjskiego alfabetu i wiecznie żywej "busiegda budiet sonce"  (na szczęście mój umysł wyparł z głowy  prawie tą całą przyswojoną wiedzę, stałam się więc wtórną analfabetką i nie umiem już tego napisać w oryginale) w telewizji a szczególnie dzienniku zaczęli pojawiać się "spece" od PR. Bez tabletów, internetu czy chociażby ww nauczycielki angielskiego trudno było rozszyfrować od czego tak naprawdę są ci specjaliści, ale za to byli wszędzie i wypowiadali się na dosłownie każdy temat, od ogródka Edyty Górniak po obszar Wałęsy. Wiedza ich musiała być zatem ogromna.
Nowy (lepszy)  ustrój wymusił na zacofanym społeczeństwie powstanie zupełnie nowego sztabu fachowców - specjalistów
I co mogę dodać dzisiaj, z perspektywy czasu?
Chyba tylko jedno słowo "niekoniecznie".
Mając za sobą kilka lekcji angielskiego i troszeczkę więcej bagażu doświadczenia i obserwacji otaczającego mnie świata z pewnością mogę zaryzykować stwierdzeniem, ze takich specjalistów to my mamy od wieków. Tylko ich nazwa zmieniała się z kolejnymi ustrojami. Na przykład świetnego PR-owca miały swojego czasu Niemcy a poznał go cały świat, tylko że Goebels'a nazywano mistrzem propagandy a nie specjalistą od public relations. Teraz nazywamy ich spin doctor'ami, ale zakres obowiązków wciąż ten sam.
Ale jak się w to jeszcze bardziej zagłębić to okazuje się, że takich MP (master of propagand) PR czy SD mamy nie tylko od wieków ale prawie w każdym domu, bez względu na status społeczny, miejsce zamieszkania, tytuły naukowe czy szerokość geograficzną. I w znakomitej większości są to wysoko życiowo wykwalifikowani specjaliści.
Trudno w to uwierzyć, ale historia na faktach autentycznych.


Spotykają się dwie psiapsióły-ogrodniczki. Jedna z nich jest właśnie po odświeżeniu ogródka i wycięciu dużego drzewa z którego został pniak-postument, właśnie na co?
Na rzeźbę świętej rodziny w drewnie, gdyż gips chyba nie zagra z drzewem .
Bo czy jest bardziej jasny, dosłowny i wymowny przekaz na okazanie świętości sąsiadom i gościom niż figurka świętej rodziny w ogrodzie. Pewnie że można żyć zgodnie z przykazaniami, żarliwie modlić się do wszystkich świętych, być chodzącym obrazem miłości do bliźniego swego. Ale, czy ktoś to nawet zauważy.... W przeciwieństwie do Maryji z Józefem na pieńku. Tu przekaz jest jasny i czytelny.

Niedawno miałam okazję spędzić popołudnie ze znaną mi parą.
On przystojny, inteligentny, usatysfakcjonowany zawodowo.
Ona urodziwa, z czego doskonale zdaje sobie sprawę, zgrabna, akceptująca siebie totalnie, znająca swoją niezwykle wysoką wartość, żona ww mężczyzny, matka dwójki chłopców, co a automatu robi z niej panią psycholog dziecięcą, specjalistę trenera sportowego, pedagoga dziecięcego, super nianię i........ no właśnie.
Będąc w ich towarzystwie zazwyczaj nie jestem zbyt rozmowna. Bo zdecydowanie trudniej się przebić jeśli twój rozmówca wie wszystko lepiej, na wszystkim się zna, wszystko rozumie a pod wpływem tej wiedzy uznaje że musi się nią dzielić, lub poszłabym bardziej w kierunku oświecić resztę świata. Ponieważ trudno być rozmownym gdy ktoś ciągle ci przerywa jeszcze w trakcie pierwszego zdania negując nawet to czego jeszcze nie wypowiedziałaś. Zadatków na  gwiazdę nigdy nie miałam, aspiracji do bycia duszą towarzystwa również. Siedzenie więc cicho nie jest dla mnie aż takim wielkim poświęceniem.
I słucham. O zakończeniu roku w przedszkolu i o tym że synek był pupilkiem pani przedszkolanki. O zakończeniowym grillu z niezłą imprezką dla rodziców drugiego synka. O kompletnym nieprzygotowaniu pedagogicznym w stosunku do dzieci trudnych z nienajlepszych domów, bo w klasie jest taki jeden matołek o którego koleżanka wypytywała wychowawczynię podczas konsumpcji pieczonej kiełbaski. O zeszłorocznych koloniach organizowanych przez kościół. O kardynalnych błędach wychowawczych które popełniają głupie mściwe rozwiedzione matki wobec synów, nastawiając ich negatywnie do kochających, troskliwych, oddanych, gotowych do największych poświęceń, empatycznych, będących na każde zawołanie, o każdej porze dnia i nocy ojców.  Co jakiś czas dopytuję o szczegóły okazując zainteresowanie rozmową. I nagle pada stwierdzenie że z racji wykonywanej pracy, która polega na bezpośrednim kontakcie z drugą osobą jest ona psychologiem wszystkich. Nie ma osoby która nie otworzyłaby się w jej obecności. I to chyba ta wielka umiejętność słuchania i wsparcia powoduje tą wylewność i nieodpartą potrzebę zwierzeń jej wszystkich klientów.
No gdyby nie to samodyskretne działanie PR'owskie nigdy bym nie wpadła, że koleżanka jest takim świetnym słuchaczem.




W zawodowym temacie pozostając. Każdy w swoim najbliższym otoczeniu ma przynajmniej kilku kierowników wyższego czy niższego stopnia, za to zawsze z wielką władzą i jeszcze większą wiedzą. Mam i ja.
Więc dawno temu, na trzeźwo ze względu na wiek własny, trzeba było słuchać na rodzinnych imprezkach jak to wujkowie trzęsą magazynami w Philip'sie, jak to każdy w biurze to idiota a oni wiedzą wszystko najlepiej, oni jedyni trzymają wszystko w garści i co najważniejsze trzymają w garści władzę.
Potem dorosłam,  jednak ciągle na trzeźwo bo zawsze kierowca (kiedy miałam nabrać doświadczenia w piciu) zaczęła się era ambitnych, młodych wilków własnego pokolenia. No i tutaj "the sky is the limit". Regularnie, przynajmniej dwa razy w kwartale ratują firmy od bankructwa, negocjują super umowy z zagranicznymi kontrahentami gwarantującymi być lub nie być dla firmy, trzęsą całym dowództwem,  zwierzchnicy ze strachu na korytarzach uciekają od nich wzrokiem...... Do tego, raz na pół roku wprowadzają w ubogie i proste słowniki otaczających ich głupich i ubogich członków rodziny po jednym nowym magicznym słowie  jak na przykład " stok konsajmentowy" (zapis fonetyczny, bo tylko fonetycznie go zna),  "obroty", płynność" czy "ścieżka kariery". A prosty lud, na przemian albo siedząc nad bożonarodzeniowym karpiem, albo obierając kolorowe wielkanocne jaja ze skorupki siedzi z otwartymi ustami i słucha jak to obroty firmy są istotne, bo obroty firmy są ważne, bo obroty mówią bardzo wiele- a jeszcze pól roku wcześniej jak zapytałam jak duża  jest ta firma i czy może mi podać roczne obroty to zapytał czy to oznacza wydania z magazynu. I tak wystarczy z piętnaście razy wypowiedzieć te magiczne słowa ścieżek, płynności czy obrotów żeby większość słuchaczy już sikała w majtki - a co by nie mówić, to słowa te mają tylko polskie brzmienie - to jakie są reakcje na "stok konsajmentowy"? Bo nie mowa tu o zboczu przysypanym warstwą śniegu w okresie zimowym.
I od razu na takiej rodzinnej imprezce widać, że ma się doczynienia z nie byle jaką osobistością, tęgą głową, fachowcem, specjalistą, profesjonalistą, znawcą i ekspertem w bardzo szerokiej dziedzinie zarządzania międzynarodowymi koncernami. A jeśli dodać do tego, już poza gronem rodzinnym a bardziej rówieśniczym, historie jak to się "uczyło" policjantów kultury, dobrego zachowania i przepisów, skutkiem czego panowie odziani w niebieskie mundury również unikają kontaktu wzrokowego a nawet zmieniają tor ruchu na bardziej odległy i broń boże nie kolidujący.
No facet ideał... mogłabym pomyśleć po takiam PR, gdybym tylko go nie znała...



Nie życzę nikomu tego co stało się również w mojej rodzinie - próby samobójczej. Na szczęście nie udanej, choć było bliżej niż dalej. I choć od tej sprawy minął już rok i miesiąc, pamiętam dobrze tą chwilę kiedy pojawiłam się w centrum wydarzeń. Gęsta mgła od dymu papierosowego, na niej  zawieszona dusząca kotara utkana z uczucia strachu, zdziwienia, zdenerwowania. I wizualnie sytuacja zupełnie na miejscu. W końcu człowiek targnął się na swoje życie, nie chory, nie sparaliżowany, nie leczony psychiatrycznie. W zasadzie tragedia.
I tylko fonia jakoś zgrzytała z tym obrazkiem.
Bo nie było pytania: dlaczego?, co skłoniło? jak pomóc? co poprawić?
Obudził się specjalista od PR. Nawet nie obudził, bo tam nigdy nie śpi. Po prostu przemówił.
Bo co ludzie powiedzą? Trzeba wymyślić sensowną bajeczkę którą kupi otoczenie, przecież bycie żoną samobójcy to wstyd przeogromny!!!!.
Gdyby jeszcze nie było tej karetki. A tak wszyscy widzą gdzie się zatrzymała. Po co dzwonili na pogotowie !!!!!!
Jak on mógł MNIE narażać na takie wytykanie palcami? Potrzebny jest plan!!!.
Co by o MNIE ludzie mówili gdyby mu się udało? Samolub jeden !!!
Wystawić mnie na takie pośmiewisko !!!!! Zrobić ze mnie obiekt kpin !!!!!!!
No jeśli w takiej, osobiście kryzysowej sytuacji, najpierw myśli się o swoim wizerunku i odbiorze otoczenia - to chyba trudniej o bardziej profesjonalnego speca od wizerunku.




I ten sam PR-owiec w dużo bardziej dla siebie komfortowej sytuacji, gdy czas posprzątać kościół.
Tak, tak, instytucja kościoła, choć pod panowaniem jednego szefa, ma wiele, wiele twarzy. Od bycia ubogim, rezygnującym z otaczających go luksusowych dóbr materialnych, poprzez kościół który twierdzi że kobieta ma obsługiwać a mężczyzna ma być obsługiwanym - bez względu na wiek, kończąc na absolutnej patologii na wsiach gdzie kościół ma patologicznie absolutną władzę.


I na wyżej wymienionej wsi, oprócz ofiary na tacę, ofiary w intencji na mszę (jej wysokość  przekłada się proporcjonalnie na żarliwość modlitwy), składki na kwiaty, składki na ogrzewanie, składki na prąd, składki na wodę, składki na benzynę, składki na płot, składki na remont ławek, składki na remont okien, składek na nową figurkę jest również obowiązkowe sprzątanie kościoła.
No właśnie..... dlaczego obowiązkowe?
I tu specjalista od PR zaczyna swoją pracę....
Bo tak wypada. Dla mnie wypada to włos z głowy, albo iść do kogoś na urodziny z prezentem a nie pustymi rękoma.
Bo tak trzeba. Dla mnie to trzeba umyć zęby przed spaniem, jeść i pić żeby nie umrzeć.
Bo tak jest tu przyjęte. A w dupie to ja mam co sobie ludzie przyjmują.
Bo takie są tu zasady. A mi się wydawało, że w całym kraju obowiązują nas jednolite zasady, ta sama konstytucja dla wszystkich, ten sam kodeks cywilny, ten sam kodeks o ruchu drogowym itd. itp. Czyżby komuś biedne Polaczkowo zamieniło się ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki, gdzie co stan to inne ustawodawstwo?
Bo co sobie ludzie pomyślą. Tak właśnie, po co 10 przykazań, po co inne prawa. Dla siebie, zgodnie ze sobą to żyj w swoich zamkniętych czterech ścianach. Pij, bij, torturuj, gwałć, kradnij, ale tak żeby nikt nie widział. W sobotę z mopem i wiadrem udaj się w stronę kościoła, w niedziele żarliwie pośpiewaj alleluja i wszystko będzie super.
Bo nie narażaj rodziny na wstyd i wytykanie palcami. No i to jest argument z którym nie ma co polemizować. Koniec kropka.


Oczywiście oprócz tych miesieczno, kwartalno, czasami jednorazowych działań sprytnego PR-owca, w mniejszej skali spotykam się  z nimi każdego dnia.
Nie sprzątaj w niedziele, bo co sobie ludzie pomyślą widząc Cię ze ścierką. Ale nie przeszkadza to żeby ludzie widzieli kogoś innego w tą samą niedzielę, ubranego w strój roboczy jak kopie dziurkę, dosadza trawkę, łopatą wyrównuje teren. Zazwyczaj towarzyszy temu również taczka, jako atrybut ciężko pracującego faceta.
Bo można codziennie odchodzić do stołu nie odnosząc nawet własnego talerza do zlewu, bo można do czystego zlewu włożyć swój jeden jedyny talerz i nie umyć, ale jak na horyzoncie pojawią się rodzice łapać za ścierkę, łapać za miotłę, ba, nawet szukać odkurzacza.
Nie rób prania w automacie w niedziele, ale na pranie dywanu i to na tarasie przez inne osoby to czas najlepszy.


I mogłabym tak wymieniać i wymieniać i wymieniać....
Bo prawie każdy z nas umiejętności te nabywa z mlekiem matki, a czego nie dossałeś szybko nadgonisz w celu zaimponowania rówieśnikom, partnerom, kochankom, szefom, pani ze sklepu.... koleżance koleżanki, kumplom z siłowni, partnerce z latino, sąsiadowy, żonie przyjaciela.....


Okazuje się że 90% świata które nas otacza to właściwie tylko wizja stworzona przez takich speców od wizerunku, ułuda stworzona tylko po to żeby pokazać się w dobrym świetle, sprzedać siebie jako najlepszy produkt na rynku. I nie jesteśmy tego w stanie zmienić, ważne, żeby choć czasami umieć odróżnić te działania marketingowe od prawdy


I tylko szkoda że ja nie byłam karmiona piersią :D